Witajcie, zacznę od początku będzie łatwiej...
Swojego męża poznałam 4 lata temu układało się między nami super, wiadomo były jakieś spięcia jak to w każdym związku głównie o telefony jego mamusi która potrafiła na 5 godzin jego pobytu u mnie zadzwonić 7-8 razy. Ale wszystko sobie wyjaśnialiśmy w ten sam dzień, potem słodki dziobasek i już zgoda. Wszystko było ok, planowaliśmy życie razem ślub itd, zaczeliśmy planować zamieszkanie razem. I zaczęły się problemy jego rodzice mają domek i zaproponowali byśmy sobie zaadaptowali piętro na mieszkanie z własnym wejściem itd. Więc po długim namyśle się zgodziliśmy. Chcieliśmy zrobić tam remont, podnieść dach itd. Jego rodzice niby się zgodzili, nawet zaczęli gadać, ze nam pomogą finansowo. Więc zaczeliśmy remontować zrobiliśmy część w której miały się znajdować sypialnie wpakowaliśmy tam 2,500zł i nagle jego ojciec powiedział, że na podnoszenie dachu się nie zgadza "bo nie będzie sobie z chaty robił stodoły byśmy mogli my tam mieszkać" Jak to usłyszeliśmy automatycznie zrezygnowaliśmy z dalszych prac, bo już wiedzieliśmy, że się nie dogadamy. Ale oczywiście włożonej kasy do dzisiaj się nie możemy doprosić... Po tej sytuacji znaleźliśmy okazyjne mieszkanie w bloku i finansowo pomogła Nam moja mama, pożyczyła nam kasę tyle ile mogła. Wtedy narzeczony powiedział, choć zapytamy moich rodziców czy by troszeczkę choć nie pomogli i co usłyszeliśmy " jak masz pieniądze to kupuj sobie i nigdy więcej nie przychodz do mnie po kasę". Więc we mnie wtedy coś pękło i kompletnie sie zraziłam do tego faceta.Nie dla tego, że kasy nie pozyczył, tylko za to co powiedział i jakiem tonem to zrobił.
Pojechaliśmy sobie za granicę by zarobić na ślub i remont mieszkania. Wszystko było ok wtedy jeszcze narzeczony czasami zjeżdżał na weekend bo robił szkołę zaocznie a ja zostawałam w nl. I pewnego dnia gdy miał wracać do mnie po egzaminach ja czekałam na niego jak głupia a on co zrobił? Perfidnie mnie okłamał...
napisał mi popołudniu że już wyjeżdża, potem mi pisał gdzie niby jest itd. Ale kłamstwo nie trwało długo, bo łatwo obliczyć ile mnie więcej może trwać droga. I jak się okazało nie wyjechał jak mówił bo go mamusia prosiła by został sobie dzień dłużej itd, a mnie bezczelnie okłamywał całą noc, że jedzie a ja głupia czekałam na niego. Wściekłam się totalnie, bo to nie było jego pierwsze kłamstwo związane z jego rodziną. . Trudno bo trudno było ale mu wybaczyłam jakoś. Po powrocie do pl nieświadoma ciąży, poroniłam załamałam się tym faktem i wpadłam w depresję, było mi bardzo ciężko z tego wyjść. I wtedy w nasze życie zaczął się wpychać mój szwagier, wyciągając mojego faceta wiecznie gdzieś, gdy ja go tak bardzo potrzebowałam, a on mnie zostawiał bo wiecznie coś chciał jego brat. Codziennie były jakieś telefony a to jego matka " przyjedź mi ciasta w piekarniku pilnować" itd albo szwagier " przyjedź pójdziesz ze mną do sklepu do samemu mi się nie chce", a ten głupi wsiadał na rower i jechał po każdym ich telefonie. Potrafili zadzwonić 8 razy na dzień, bałam się czy mi czasami zaraz z szafy nie wyskoczą tyle ich było w naszym życiu. I zaczeły się Nasze awantury głównie o jego rodzinę, że nie potrafi być wobec nich asertywny. Ze ślubem też robili problemy, że chcieli wystawne wesele ale do niczego nie chcieli się dołożyć. Miałam ich już naprawdę dość. po ślubię teściowa uspokoiła się trochę z tymi swoimi telefonami i głupimi pretekstami, ale za to szwagier dbał o zajęcie dla mojego męża. Nie było jeszcze tygodnia od ślubu by mąż tam nie był a jesteśmy rok po ślubie. Potrafi prosto po pracy zajechac do nich bo coś chcieli a potem do domu. Leci na każde ich skinienie palca, olewając mnie i swój dom. U siebie w domu może mieć nie zrobione, ale pojedzie do nich bo trzeba coś tam zrobić. I wiecznie są o to takie kłótnie że mam tego dość. Mam ich serdecznie dość!! Normalnie czuję ich oddech na plecach. Przez nich oddaliliśmy się od siebie bardzo, a on w tym nic nie widzi. Jego matka to kłamczucha i plotkara już doświadczyłam jej umiejętności, a ojciec kierowca tira który wiecznie nie ma kasy choć sporo zarabia, tylko wydaje na głupoty,a zgrywa wielkiego bogacza i do nas po kasę na święta przychodzi pożyczyć.
Oni nam w niczym jak dotąd nie pomogli, a po wszystko przychodzą po kasę której nie oddają, po sprzęty które oddają ale zepsutę, a mój mąż jak taki ślepiec niczego w tym złego nie widzi, jeszcze potrafi ich bronić albo kłamać dla nich.
Codziennie są kłótnie- awantury o nich ile byście znieśli takich teściów? Ja mogę powiedzieć "choć jedziemy gdzieś tam" a zadzwoni mama, synek przyjedz, to on na rower i jedzie do nich.
Usługuje im jak pies on u nich robi, a oni w tym czasie oglądają tv w salonie.
Nerwowo nie wytrzymuję już tej sytuacji jestem tak zmęczona ich obecnością, że uciekła bym najchętniej gdzieś.
Kocham męża ale nie mogę dłużej znosić takiego jego zachowania. Musi się trochę odciąć od nich albo ja odejdę od niego.
Nie chcę mu stawiać ultimatum, chcę po prostu by zrozumiał, że już ma swoją rodzinę i teraz nią powinien się zająć a nie lataniem na usługi mamy, taty i brata.
Co wy o tym sądzicie? Czy ja przesadzam?
Pozdrawiam
1 2013-05-17 11:44:28 Ostatnio edytowany przez stłumiona123x (2013-05-17 11:46:59)
Podobne tematy
Witaj...
Nie jestes pierwsza, nie jestes ostatnia ani tez nie jestes w srodku tego oka cyklonu. Raczej gdzies na poczatku, nawet tu na forum.
Ten patologiczny temat zaczyna w realnym swiecie raczkowac wychodzac na swiato dzienne i coraz bardziej przelamywac bariery tematu tabu.
Coz Ci moge doradzic. Smiech i ignorancja na zaczepki tesciowej to praktycznie najlepsze lekarstwo.
Bedac u niej w dommu nie podskoczysz, bo bez wzgledu na status rodzinny jestes tylko gosciem.
NIe probuj wchodzic z butami miedzy syncia a mamusie, bo indoktrynacja jej na synu wzgledem Ciebe rosnie zamiast malec.
Tu wychodzi zasada, ze synowych to ja moge miec 5 ale synka mam tylko jednego.
Na poczatek "odcinamy pepowine, czyli koniec problemow z tesciowa" potem "tesciowie... nieodcieta pepowina..."; "toksyczn trojkat z tesciowa" na tym forum i zakrec sie wokol tematu toksycznych zwiazkow, relacji i etc.
Molestowanie moralne i blog "moje dwie glowy" na cito.
Zapoznanie sie z "apelem do Pani ropuchowej" wskazane.
W razie czego odhaczam sobie ten temat na obserwacje niejako wspoltowarzysz niedoli...
Witajcie...
Podpisuję się dwoma rękami pod tym wątkiem...bo wydaje mi się,że mojego małżeństwa nie da się uratować...A wszystko zaczęło się od teściowej...Byliśmy parą na medal,zgodni,zakochani i stojący za sobą murem...Teraz,po licznych kłótniach,awanturach z jej powodu,nie potrafimy na siebie patrzeć,rozmawiać...Jest ciągłe wypominanie,brak jakiejkolwiek relacji damsko-męskiej,brak wsparcia i przyjaźni...
gdyby ktoś kiedyś mi powiedział,że będę w takim punkcie-martwym,drętwym,toksycznym i wypalającym od środka,nigdy nie zostałabym żoną...
Teściowa wtrącała się do nas jeszcze przed ślubem,ale potem jej pomysły przerosły nawet moje oczekiwania...Swoją pierwszą rocznicę ślubu musieliśmy podpiąć pod rocznicę teściów,bo tak chcieli...i nici z naszej romantycznej chwili...pierwsza Wielkanoc-kłótnia,bo przed świętami nie przyszliśmy osobiście z życzeniami-choć byliśmy umówieni do nich na obiad w drugi dzień świąt...przekazywanie wieści o ciąży-teściowa wydusiła tylko jedno słowo"konsternacja"...pierwszy dzień babci naszej córki-wybrała fryzjera zamiast możliwość wyściskania wnuczki...
co jakiś czas słyszę też o tym,że lepiej będzie dla nas ,gdy zostawimy jedno mieszkanie w razie rozwodu(jesteśmy w trakcie sprzedaży mieszkania)...a teraz jest w stanie mijać mnie i dziecko razem ze swoją córeczką,praktycznie przejeżdżając mi po palcach ...wchodzi do naszego mieszkania bez przywitania się ze mną...
Po prostu mam dosyć...
mąż zmienił się nie do poznania,a ja mam ochotę wykrzyczeć tej kobiecie,że zniszczyła moje małżeństwo,moje marzenia i naszą miłość...Przykładów można mnożyć tysiące...ale naprawdę nie zasłużyłam na takie traktowanie,bo każdy potrzebuje normalnych relacji z drugim człowiekiem,a nie tylko obmawiania za plecami,przechodzenia obok jak powietrze...
Pozdrawiam wszystkich Towarzyszy Niedoli...
Mi "mamusia" narzeczonego również rozwaliła związek, wpędziła mnie w depresję i paranoję. Gdy się zaręczyliśmy i jej to oznajmiliśmy to radość, gratulacje, cud, miód, malina. Wtedy jeszcze nie wiedziałam. Od tych zaręczyn się w sumie zaczęło, w międzyczasie zamieszkaliśmy razem. Telefony od mamusi codziennie, kilka razy dziennie, on zawsze wychodził kiedy mamusia dzwoniła. Po każdej rozmowie następowała kłótnia, to było chore, mamusia mu coś nagadała, a on nakręcony wszczynał okropne kłotnie. Oni byli bogaci, ja kończyłam ostatni rok studiów, dorabiałam wieczorami i weekendami, ale kasy miałam zdecydowanie mniej, mamusia miała więc świetny pretekst, żeby na mnie nagadywać, i zaczynało się "bo jestem z nim dla kasy, bo się nie dokładam tyle co on, bo ja czycham na ich majątek", no mówie Wam coś strasznego. Wynajmowaliśmy mieszkanie, chciałam tanią kawalerkę z 1000-1200zł, ale oczywiście mamusia się uparła, że synek nie będzie żył jak dziad i ostatecznie wynajeliśmy kawalerkę, ale w najdroższej dzielnicy w mieście, w mega wysokim standardzie, za niemalże dwa razy większe opłaty. Mówiliśmy o tym na początku, powiedziałam, że nie stać mnie na tak drogie mieszkanie, ale oczywiście narzeczony twierdził, że to on jest mężczyzną, że ma pieniądze i to on będzie pokrywał koszt wynajmu bo go na to stać (dodam, że on pracował, pensję miał ok. 2.000zł + dwa razy (!) tyle od rodziców, co miesiąc). Wydawało mi się to rozsądne, że skoro jedna strona jest bogatsza i chce mieszkać w lepszych warunkach to normalne, że dokłada więcej, zwłaszcza, że sytuacja u mnie wyglądała tak, że potrzebowałam skończyć ten ostatni rok studiów, dostać dyplom i miałam nagraną pracę na etat, za taką samą pensję jak on. Wydawało mi się, że to tylko kwestia czasu, ukończyć rok i można zakładać rodzinę. Jakże się myliłam. Nie było kłótni, w której on (po rozmowie z mamusią oczywiście) nie wypomniałby mi tego, że mam mało pieniędzy, że on pokrywa większość kosztów etc. Awantury były naprawdę bolesne i poniżające dla mnie, to było dziwne, tak jakby on po tej rozmowie z mamą wpadał w jakiś amok, a jak się wykrzyczał to przepraszał, mówił "Boże, co ja mówię, przepraszam Cię kochanie, bo tak mnie ta mama nakręca, nie wiem czemu jej słucham", w szoku byłam, ona go czarowała, hipnotyzowała czy o co chodziło? Dochodziły również nieprzyjemności związane z jej przeogromną zazdrością, raz narzeczony powiedział jej (może trochę nieopatrznie), że robię najlepszą zupę na świecie i że koniecznie mamusia musi spróbować mojego rosołu. Od tej pory nie miałam już totalnie życia z tą kobietą, gdy doszło do sytuacji, że musiałam coś ugotować dla jego rodziny to mamusia ostentacyjnie odmawiała posiłku, bądź przywoziła coś ze sobą, zrobionego przez siebie (!) prosiła mnie tylko o talerz i jadła to przy stole, na moich oczach, gdy ja podawałam przygotowany przez siebie obiad (!). Było wiele podobnych sytuacji, nie sposób tego opisać, mogłbym mówić o tym dniami i nocami, naprawdę. Co jeszcze dziwniejsze, mój narzeczony widział to co ta kobieta wyprawia, ba, nawet upominał matkę, sam mówił w rozmowach ze mną, że ona jest psychiczna i że on jej nie rozumie. I co? Udało się tej kobiecie doprowadzić do przełożenia naszej daty ślubu na czas nieokreślony, wyprawiała takie cyrki, że to głowa mała, ryczała, groziła, że nie przyjdzie, błagała, krzyczała, tak wsiadła swoimi awanturami mojemu facetowi na psychę, że nie dało się planować ślubu, po prostu - nie dało się. On sam stwierdził, że musi się od niej odciąć bo jest toksyczna. Ograniczył z nią kontakt, kilka miesięcy było cudownie, udało się nam wyprzeć ją z naszego życia i to było naprawdę cudowne życie. Niestety wszystko wróciło. Załatwiła sprawę podstępem, skontaktowała się z moim narzeczonym przeprosiła go i mnie (mnie przeprosiła w taki sposób, że kazała mojemu facetowi przekazać mi "przeprosiny" (!), dla mnie żenada), wiedziałam, że znowu knuje, ale mój facet cały w skowronkach, że wojna zażegnana dał się ugłaskać. Krótko po tej sytuacji zaprosiła synka do domu (mieszkaliśmy w mieście 300km od niej) na obiad. Ja nie dostałam zaproszenia, pod pretetem, że chciała z synkiem oczyszczającą rozmowę przeprowadzić. Wiedziałąm, że coś planuje, ale miałam związane ręce, nie mogłam się wprosić, choć przyznam, że próbowałam, aczkolwiek narzeczony stwierdził, że matka się zmieniła i żebym dała jej szansę. I wiecie co? Pojechał do niej w piątek wieczorem, w sobotę w południe jeszcze do mnie dzwonił, że są z mamusią na zakupach, że wszystko się wyjaśniło, że mama się zmieniła, sytuacja jest w porządku, etc. Dodał, że bardzo mnie kocha, że nawet takie krótkie rozstanie ze mną rodzi w nim tęskntę, że jestem miłością jego życia i kocha mnie ponad wszystko. Czule się pożegnaliśmy i było słodko. Następnego dnia (niedziela) przyjechał rano do domu i co? Stwierdził, że mam się wyprowadzić, że chce się rozstać, że potrzebuje być teraz egoistą i myśleć o sobie, tak po prostu: wczoraj kocham cię, dziś wypie*dalaj. Nie udało się nawiązać z nim żadnego dialogu, od tamtej pory (było to 2-3lata temu) nie widziałam go więcej ani razu, nie miałam z nim żadnego kontaktu. Nie wiem co ta kobieta z nim zrobiła i jak w ciągu jednego dnia, ale dopięła swego.
Całe szczęście teraz mam cudownego partnera i normalną relację z jego rodziną
Aczkolwiek uważajcie, gdybym wiedziała, że takie rzeczy sie dzieją to po pierwszych akcjach z jego mamusią już by mnie tam nie było. NIE IGNORUJCIE TEGO TYPU DZIWNYCH ZACHOWAŃ, od razu nogi za pas i w las ![]()
Lady Campari.Niezłe piekiełko:( To przykre,że dorosła osoba - matka- może tak manipulować związkiem,w którym jest miłość i zamiast łączyć dwójkę ludzi,tak podle rozdziela to uczucie na pół.Wiesz,gdybym wiedziała,że moje relacje z mężem też tak się skomplikują z powodu dziwnych i wrednych relacji z teściową i bratową,pewnie też bym się grubo zastanowiła nad wspólnym życiem i zakładaniem rodziny z tym człowiekiem.Chociaż uchodziliśmy za wzorowa parę,teraz nasze małżeństwo jest w opłakanym stanie:(Nie potrafimy już dojść do porozumienia ,bo konflikty spiętrzyły się.Poza tym nikomu normalnemu i wrażliwemu nigdy nie spodoba się omijanie obok bez zauważenia,po prostu jak nieczyste powietrze...Dla mnie bardzo ważnym elementem wspólnego życia jest dobra relacja z członkami rodziny...
Byłaś w lepszej sytuacji,bo w narzeczeństwie prościej brać nogi za pas...Gorzej,gdy jest się żoną i mamą,wtedy odpowiedzialność za ten krok jest dużo większa...
Cieszę się,że teraz masz lżejsze życie i radośniejsze relacje...Ja już nie pamiętam jak to było,gdy byłam akceptowana i traktowana jak człowiek - teraz,gdy tylko się odwracam,jestem obgadywana za plecami:(
Dzięki takiej "pomocy" teściów jestem po rozwodzie ![]()
Musisz postawić swojemu mężowi ultimatum. Choć pewnie tego nie zrozumie i uzna, że jesteś zaborcza. Może zatem warto zacząć od wizyty u mediatora lub psychologa.
Postawa teściów to jedno, ale to nie oni niszczą Twoje małżeństwo. To Twój mąż podejmuje decyzje co do tego komu poświęcać swoją uwagę, czas, zaangażowanie. I to on "porzuca" Cię na swoich rodziców i brata. To on dokonuje wyborów, on ustala swoje priorytety. I do niego powinnaś mieć żal i z nim próbować cokolwiek ustalać.
Moje małżeństwo coraz bardziej się rozsypuje, do mojego męża nie docierają żadne argumenty posłuszny jak pies rodzicom i bratu. Mój drugi szwagier miał właśnie komunię i co oczywiście? mąż leciał na każde skinienie jak pies zostawiając mnie i nasze domowe obowiązki. Bo jego rodzina zamiast przygotowywać imprezę to leżeli przed tv a szwagier tylko na kompie, a ten im wszystko robił. Nawet ze swoim bratem szedł do fryzjera jako przyzwoitka, bo tamten nie chciał iść sam. To jest jakaś paranoja ;( A przez całe przyjęcie również robił za brata przyzwoitkę do chodzenia na papierosa, do kuchni itd. A ja większość imprezy przesiedziałam sama, a jak w domu mu zwróciłam uwagę to mi odp " to mogłaś sobie przyjść do Nas". Latał na każde skinienie. Jestem tym tak cholernie zmęczona. A po przeczytaniu tych waszych historii jestem już pewna, że moje małżeństwo zbliża się ku końcowi niestety. Przynajmniej jedna strona będzie zadowolona- rodzice odzyskają domowego parobka i służącego, a szwagier przyzwoitkę. Nie potrafię tego w nim zmienić, on cały czas pokazuje, że wybiera ich nie mnie. Widocznie ja nie jestem dla niego rodziną i kimś ważnym! ;(
Bierz męża do psychologa, koniecznie, ratujcie to dla swojego dziecka.
Bierz męża do psychologa, koniecznie, ratujcie to dla swojego dziecka.
To nic nie da, a im bardziej na to bedzie naciskac meza, tym mocniejsze argumenty na nie sama bedzie dostawac.
Ja takie kroki poczynilem, zeby po slubie koscielnym potrzasnac zona w tej kwestii terapii psychologicznej. Zaproponowalem sam i nic, zrobilem wyklad w czym jest problem zahaczajac o zagadnienie toksycznego trojkata i tez nic, za co w rewanzu mi sie dostalo, ze ze wszystkiego co do tej pory robillem "zlego" wyczyscilem sie jak lza. WTF???
Wiec poszedlem po wsparcie do bliskiej Nam osoby duchownej - nomen omen ktora znala zone od dawna i przygotowywala Nas do slubu - by przy okazji pogadala na ten temat z moja zona. wiazanke riposty jaka dostalem za to od lubej to juz sobie daruje, bo uszy wiedna. Final... wiadomo.
Jedyna sensowna metoda wstrzasu na mezu stlumionej123x jest calkowite odciecie sie od niego. Dopoki on nie poczuje tudziez odczuje ze traci zone, to takie dzialania sa psu na bude.
A po tym co widze w opisach autorki, to Jej maz czuje sie tam "wsrod swoich" jak paczek w masle i ani mysli o jego sprawach stricte rodzinnych.
W watku "tesciowie... nieodcieta pepowina" macie tam to opisane szerzej jak takie zycie mlodego malzenstwa z "przyssanymi" tesciami wyglada i jak mozna probowac temu przeciwdzialac. Drastyczne ciecia sa wskazane na poczatek a nie przyklepywanie problemu psychologiem, bo to przyniesie skutek odwrotny od Waszego - zamierzonego.
Sposoby na pozbycie się teściowej ;
1. wprowadż zasady w domu nie ważne, że mieszkasz u teściowej, ale nie pozwól , żeby wtrącała się w twoje życie
2.wszystkie sprawy, ploty teściowej wyjaśniaj od ręki stawiając ją i jej synka, w 4 oczy, pokaz że kłamie wtedy będzie postawiona pod ścianą, zgotuje się na pewno, bo synek będzie zmuszony usłyszeć kłamstwo z jej ust, pomimo tego, że zna on prawdę;)))))))))))
3. jeżeli to nie pomaga to się wyprowadź
4.jezeli się wprowadziłaś a będzie chciał , żebys wróciła to ma wprowadzić te zasady bo inaczej będzie miał kłótnie on i teściowa , a wtedy zmiękną bo będą mieli dosyć awantur po 4 dniach, a teściowa wpadnie w furię , że chcesz rządzić w jej domu i pokaże jaka naprawdę jest;)))))))))))))))TE ZASADY ZADZIAŁAJA JEŻELI MĄZ BEDZIE TAK SAMO CIĘ KOCHAŁ JAK MAMUSIĘ
Perswazje slowne do meza czy do tesciowej nic tu nie zmienia. Zgadzam sie, ze nalezy podjac kroki radykalne/wstrzasowe - ale czy autorka watku jest na to gotowa?
Też uważam że tylko zdecydowane ruchy przyniosą efekt. Miałam podobną sytuację zaraz po ślubie, trwało to tak rok, najgorsze były kłamstwa, że nie był u mamy, że tramwaj się zepsuł, że autobus stał w korku, że musiał w pracy zostać dłużej..... w końcu wystawiłam mu walizki... wybrał mnie
a teściowa nie miała wyjścia i musiała odpuścić. Tylko że tak jak ktoś tu już napisał, to nie twoja teściowa rozbija wasz związek, a twój facet. To on musi wybrać i podjąć decyzję, a jak synek się postawi, to matka w końcu odpuści....
kaka02 my mieszkamy na swoim jakieś 10km od teściów a i tak ich zasięg do Nas dociera. Wypracowałam z mężem tyle, że chociaż się przyznaje do tego jak tam był itd, ale jego matka jest tak żenująca, że szok. On przychodzi i mi mówi byłem dzisiaj u rodziców itd. A jak się z Nią widzę po 2-3 dniach ona mi mówi że nie widziała mojego męża od miesiąca pfff... wtedy aż mam chęć wyjść jak mam jej słuchać. I jak ona daje nam spokój na trochę to mój szwagier mąci. Bo potrzebuje przyzwoitki do wszystkiego co robi, nawet jak gra to ktoś ma przy nim siedzieć i patrzeć a chłopak ma 22 lata. Jak gdzieś z mężem jedziemy i szwagier zadzwoni tak z godzinę przed wyjściem to zaraz są pytania " po co? gdzie? na jak długo? po co Ty tam skoro to nie męża rodzina? " I najlepiej żebyśmy jechali tam na godzinę i potem do niego, bo mu się nudzi. Drażniące to jest. Nie ma dnia bez jego telefonu, czuję jakbym miała dziecko już. Mąż może wejść po pracy do domu odłoży telefon wejdzie pod prysznic i już dzwoni jego brat, czy mąż przyjedzie do niego bo on chce mu coś pokazać w grze, albo czy pójdzie z Nim do sklepu. Męczące to jest ![]()
A do wystawienia mężowi walizek powoli dojrzewam jeżeli się nic nie zmieni, bo nie ukrywam że byłoby to dla mnie trudne, bo bardzo go kocham.
nic tylko powiedziec
"kocham cie ale nie czuje sie abysmy tworzyli rodzine i abym byla tobie wazna. Albo zmniejszysz kontat z rodzina albo nigdy wiecej nie wracaj i masz na to 2tyg," moze na poczatek po prostu nie spijcie razem przez te 2 tyg, nie rob obiadkow itd...po porstu nie zyjcie razem a bok siebie, daj mu czas.
poza tym, spytaj go czy on wogole lubi z toba spedzac czas?
Witam
Chciałabym podzielić się z Wami moja historią od sierpnia tego roku jestem mężatką wypadało by napisać "szczęśliwą mężatką" ale wręcz przeciwnie.
Zacznijmy od początku, z mężem poznałam sie w pracy on kierownik, ja stażystka (różnica wieku 2 lata), nie od początku miedzy nami zaiskrzyło. Po kilku miesiącach pracy ok 4 postanowiliśmy sie umówić. Było cudownie wspaniały mądry facet troskliwy opiekuńczy no cud miód. Po pierwszej randce wiedzieliśmy juz że chcemy sie dalej spotykać. Po 2-gim spotkaniu byłam pewna ze chce by to on był moim mężem i ojcem moich dzieci, po niecałym roku zaręczyny i na następny rok od zaręczyn ślub.
Po paru miesiącach bycia razem zamieszkaliśmy razem w wynajmowanym mieszkaniu (tzn. on wprowadził sie do mnie). Im bliżej ślubu było tym większe kłótnie wynikały miedzy nami o to by wprowadzić sie do niego (wieś oddalona o 30 km od naszej pracy). Miesiąc po ślubie uległam, powiedziałam że możemy spróbować ale jak będzie źle to sie wyprowadzamy on na to przystał.
Spytacie czemu od razu miało być źle ... no cóż jego ojciec lubi wypić, matka furiatka, intrygantka . Od początku mieszała miedzy nami jak przyjeżdżał na randki ze mną dzwoniła i wyzywała go ze natychmiast ma wracać do domu bo mieszka w ich domu i ma sie słuchać notabene miał wtedy 27 lat (po kilku miesiącach takich ekscesów wprowadził sie do mnie). Zawsze było źle starałam sie jak mogłam by mnie polubiła wspólne zakupy , co gotowałam to posyłałam dla jego rodziców.
Na parę miesięcy przed ślubem usłyszałam od niej że będzie sie musiała jakoś do mnie przyzwyczaić (jak do pryszcza na nosie). Rok przed nami pobierał sie brat mojego męża , bratowa była juz wtedy w ciąży, teściowa niemal rozwaliła ich małżeństwo mówiła bratowej że ta złapała go na dziecko (choć je planowali), wyzywała od najgorszych i doradzała synowi by sie rozwiódł (a na świecie było już 3 miesięczne dziecko). Tłumaczyłam teściowej ze nie może tak robić ze rozwala małżeństwo że bratowa odejdzie z córeczką a jej syn będzie nieszczęśliwy i sie załamie. Było bardzo źle wyprowadzki etc. A potem nasz ślub i zamieszkanie u niego. Zapomniałam wspomnieć ze zamieszkaliśmy w 1 pokoiku na jednym poziomie z rodzicami (dom jednopoziomowy) wspólna kuchnia wspólna łazienka wszystko wspólne do tego mieszkanie przejściowe ze z kuchni idzie sie do naszego pokoju. Wszyscy nam tego odradzali ja zapierałam się rekami i nogami ale uległam jego płaczą kłótnia i lamentom. Pierwsze tygodnie jakoś udawało nam sie nie skakać sobie do gardeł choć było ciężko. Teściowa nie dopuszczała mnie do kuchni miałam 2,5 godziny od przyjazdu z pracy na posprzątanie syfu jaki ona zostawiła w kuchni by móc nam przygotować obiad. Niejednokrotnie nam palił sie obiad o ona sobie kolacje szykowała
i nie dopuszczała nas do kuchni. Do pokoju jak wchodziła to właziła z marszu bez pukania biegiem, po kilku kłótniach praktykowała jednoczesne pukanie i wchodzenie. Zatem wszelkie kontakty fizyczne miedzy mną a mężem zanikły, no bo jak skoro zaraz może wejść. Co byśmy nie robili zaraz przylatywała co zaś robimy , co my znowu wyprawiamy. zaglądała przez ramię i wtrącała nos w nieswoje sprawy. Mąż wkońcu zdenerwowany jej wścibstwem na nią naskoczył, ja wtedy leżałam bo sie źle czułam. No i sie zaczęło ona sie przestała do mnie odzywać teść też. W końcu pewnego pięknego słonecznego sobotniego poranka pytam grzecznie teściową przechodzącą koło mnie jak taran "czy może mi mama powiedzieć o co chodzi, co ja mamie zrobiłam ze mama mnie tak traktuje" no to w nią jakby wstąpił jakiś demon wydarła sie ze źle ja traktujemy, ze ona chciała ostatnio cos synowi powiedzieć a on na nia tak wyskoczył. No to mówię ze co ja mam z tym wspólnego skoro mnie przy tym nie było i to jej syn na nią wyskoczył wiec czemu ona na mnie drze buzie. No to dowiedziałam sie ze wszystko to moja wina ze to przeze mnie on tak ja traktuje i to ja go tak zniszczyłam, no to jej mówię że to jest jej syn i to ona go wychowywała przez 27 lat nie ja i to złe wychowanie to nie moja wina tylko siebie może za to obwiniać. Potem dowiedział sie ze jestem chytra i zachłanna ze powinnam gotować na 4 osoby i ich karmić a nie ze gotuje dla mnie i dla męża tylko. Pragnę wspomnieć ze umawiałam sie z teściową ze każda sobie gotuje bo mnie nie smakuje jak ona gotuje (robi to brudno i niezdrowo). W ta pamiętną sobotę to jak staliśmy tak sie spakowaliśmy i wyjechaliśmy do moich rodziców (którzy mieszkają kupę kilometrów od nas). Teściowie pożegnali nas krzykami żebyśmy sie wyprowadzili skoro nam nie pasuje, mąż z łzami w oczach prosił bym nie jechała sama i żebym go nie zostawiała ze wynajmiemy mieszkanie.
Niestety byliśmy zmuszeni wrócić (no bo praca) mężowi przeprowadzka przeszłą a ja jestem na skraju wytrzymania. Teściowa jak wraca to sprawdza zaraz co i czy gotowałam. Postanowiłam przestać gotować bo na 4 osoby gotować nie będę bo nie dam rady a ja jeść nie muszę. No to po kontroli garnków , którą przeszłam negatywnie było do razu do mojego męża " to co nic nie jedliście, to ona juz nie zamierza gotować?" Prawda jest taka ze choćby mi flaki z pupy wychodziły to ja mam posprzątać ugotować i cicho siedzieć. Codziennie wstaje o 4 rano wracamy z mężem o 16 z roboty i ja miałam czas na "wszystko" do godziny 18.30 jak wraca teściowa bo ona potem je kolacje ... i ja w tym czasie musze posprzątać i najlepiej naszykować obiad na 4ro.
Mieszkamy tam dopiero 1,5 miesiąca a ja juz nie daje rady.
Mój dzień wygląda tak ze wstaje o 4 szykuje sie i idę do roboty o 16 wracamy i zamykam sie w tym jednym pokoju i patrze w ścianę i czekam na kolejny dzień (no bo nie wychodzę z pokoju żeby nikomu nie wadzić i nie stwarzać pretekstów do kłótni). Codziennie musze brać coś na uspokojenie bo inaczej nie potrafię normalnie funkcjonować.
Między nami jest bardzo źle powiedziałam że chcę rozwodu albo żebyśmy sie wyprowadzili i wynajęli coś. Oczywiście to do męża nie dociera bo on chce odłożyć i sie dorobić. Tylko prawda jest taka że jak tam pozostaniemy to nas jako MAŁŻEŃSTWA już nie będzie bo ja albo odejdę albo z nerwów mi sie coś stanie albo juz sama nie wytrzymam i z sobą skończę. Nie dociera jak pytam czy wybiera nasze małżeństwo i święty spokój czy marne 400 zł oszczędności.
Zapomniałam wspomnieć że jeszcze w przeciągu tego 1,5 miesiąca maż trafił do szpitala z ostrym zapaleniem wyrostka (notabene po zjedzeniu mielonego mamusi która gotuje ze starego , gotuje b.tłusto i bardzo dużo dodaje sztucznych ulepszaczy). Przez to wszystko przechodziłam sama, teściowie raz odwiedzili męża w szpitalu, a ja jak ta głupia wstawałam jeszcze wcześniej bo o 3.20 by jechać do niego na 6 rano do szpitala potem na godzinę 7 do roboty o 12 godzinie (mam pracę częściowo w terenie ) wpadałam zobaczyć jak sie czuje no i po robocie o 15.
Po powrocie męża ze szpitala do domu, byłam pielęgniarką, kucharka, sprzątaczką. Potrafiłam gnać 30 km i ryzykować (ze jak sie wyda ze w czasie pracy pojechałam i załatwiam inne sprawy) by zmienić mu opatrunek , bo jego mama w niczym mi nie pomagała nawet tego nie mogła zrobić.
Teraz jak ja podupadłam na zdrowiu z tego wszystkiego to musze dbać sama o siebie mąż a tym bardziej teściowie maja mnie ...pozostaje w tym wszystkim sama. Codziennie kłócę sie z mężem o to byśmy się wyprowadzili to on obiecuje ze wyprowadzimy sie po nowym roku , żeby nie przed świętami. Potem na drugi dzień znowu jestem w punkcie wyjścia tzn. mąż nie zgadza sie na wyprowadzkę.
Powiedziałam ze wyprowadzę sie sama albo z nim bo ja już nie daje rady.
Proszę poradźcie coś co ja mam zrobić??
Tytuł wątku "Przeprowadzka z miasta na wieś - stres i zmiany" założony
przez bznwrblwsk
znajdziesz ten wątek w dziale STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA na stronie drugiej. Wątek liczy ponad 40 stron i naprawdę jest bardzo poruszający oraz miejscami wstrząsający- dla ciebie idealny.
Przeczytaj go sobie koniecznie, bo to kopalnia wiedzy.
Pozdrawiam.
18 2015-11-19 15:11:53 Ostatnio edytowany przez gagatka0075 (2015-11-19 15:32:31)
Nie zmienisz teściów ani męża, w tej stresującej sytuacji zmienisz się jedynie Ty...w pełną pretensji zrzęde z wrzodami żołądka ( w najlepszym wypadku). Szkoda życia na tak bezsensowna walkę.
W takiej sytuacji wyprowadziłabym się natychmiast. Bez demonstracji i wojen, dla świętego spokoju, z zapowiedzeniem mężowi oczywiście, że jeśli chce, niech dołączy. Co wybierze, się okaże. Choć myślę, że jeśli stać go było czasem na asertywność i stawanie po Twojej stronie, nie oleje Cię.
Kontakty z tesciami radzę ograniczyć do minimum. Są jego rodzicami, i jacy by nie byli, nie możesz wymagać od niego całkowitego odcięcia się. Ale Ty w obliczu ich traktowania nie zmuszaj się na więcej niż wypada, a w czasie jego bywania u nich najlepiej zająć się sobą, pasjami, zakupami, rozerwać się. Warto też organizować wspólny czas z mężem na tyle intensywnie, by nie miał go wiele dla rodziców, jeżeli ich wymagania wobec niego nie są podyktowane potrzebą pomocy, a tylko bzdurnym widzimisię.
kiedys mieszkałam z teściami ale nie wytrzymałam zbyt długo. Odkąd mieszkamy sami, mam lepsze relacje iz mężem i z teściami, nawet nie ma porównania. uważam, że para czy po prostu dorosli samodzielni ludzie nie powinni mieszkac teściami / rodzicami.
i macie swoje oszczędności i chore godzenie się na mieszkanie z rodzicami.