Kilka ostatnio przeczytanych wątków i doświadczenie mojego męża, skłoniły mnie do zastanowienia dlaczego niektórzy rodzice za wszelką cenę nie chcą, aby ich dzieci studiowały?
W domu rodzinnym męża nie przelewało się, więc rodzice dążyli do tego, aby dzieci szybko się usamodzielniły i nie tylko nie wyciągały środków z domowego budżetu, ale też do niego coś tam dokładały. W pewnych okolicznościach niby jest to zrozumiałe, ale... mąż studiować miał za darmo, równocześnie po godzinach dorabiać, a mimo to musiał stoczyć całą batalię. Ostatecznie pracował i przeniósł się na studia w trybie wieczorowym, wykazał się odpowiedzialnością, operatywnością i samodzielnością, dokładając przy tym pewną, stałą kwotę do domowych finansów, a jednak do końca spotykał się z niezrozumieniem i zupełnym brakiem aprobaty swoich działań. Mało tego, jego siostra marzyła o stomatologii, ojciec wyraźnie się sprzeciwił, nigdy więc jego marzenia nie zrealizowała, o co zresztą do dziś ma ogromny żal.
Jak sądzicie - dlaczego niektórzy rodzice zamykają swoim ambitnym dzieciom drogę do wykształcenia i rozwoju zawodowego? Dla mnie jest to kompletnie niezrozumiałe...