witam panie!
na wstępie przepraszam za tasiemcową długość wypowiedzi i nie czuję się dobrze, że jednak tutaj piszę, jednak ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do rozmowy z innymi o takich sytuacjach, nawet tutaj, przez neta. piszę to na forum dla pań, gdyż może płeć piękna lepiej zrozumie motywy "bohaterki" tej historii i niestety mojego życia. Uprzedzam, że nawet ten tekścior jest dużym skrótem całej sytuacji.
zacznę od faktu: rok temu zakochałem się w dziewczynie, w której nie powinienem był się nigdy zakochać. tym bardziej, że jest to moja pierwsza i jak na razie-jedyna miłość. tego już jestem pewien.
na początku byliśmy przyjaciółmi, miło się spędzało czas, tym bardziej, że oboje nie mieliśmy wielu kolegów i przyjaciół. jednak bardzo szybko staliśmy się dla siebie kimś więcej i wydaje mi się, że to ona pierwsza się zakochała.
pierwsze miesiące wspominam jako najlepsze miesiące w moim życiu, do czasu aż nie poznałem jej nowego chłopaka. nawet nie raczyła mi powiedzieć, że już nie jesteśmy razem.
i tutaj się zaczyna ta historia: chciała żebym był jej przyjacielem, próbowałem jeszcze o nią walczyć, jako o swoją dziewczynę. ale dosyć łatwo uległem, ponieważ wiedziałem, że ja wyjeżdżam na studia do innego miasta. zresztą, jak walczyć, skoro w ten sposób wymuszałbym coś na niej. nie chciałem żeby była sama, bo mimo, że mnie to bolało jak czarci to wciąż mi na niej zależało... zresztą teraz też niewiele się zmieniło. jednak olewała mnie, nie pisaliśmy już tak jak kiedyś, wydawało mi się nawet, że zmusza się do pisania ze mną, więc zdecydowałem, że nie chcę być dłużej jej przyjacielem.
wydawało mi się, że jej nowy jest w porządku i może lepiej się stało. ale tak nie było, on okazał się kobieciarzem i kłamcą. co chwilę ją zdradzał, okłamywał ją. w końcu z nim zerwała i mnie przeprosiła, że tak wyszło. mieliśmy być razem... o ile ona nie jest w ciąży z tamtym, bo to podejrzewała. bardzo mnie to i martwiło i bolało. tak, zgodziłem się, choć wiem, że wtedy była kolejna okazja, kiedy powinienem jej raz na zawsze podziękować. dwa tygodnie później, w dniu w którym miała robić test zastałem ją w łóżku z tym samym typkiem, którego teraz ponoć tak nienawidziła. twierdziła, że wtedy z nim do niczego nie doszło, ale jakie to miało znaczenie? jego ponoć nienawidziła, sama mnie obiecywała "złote góry". wyszedłem od niej załamany.
miałem po tym bardzo nieprzyjemne myśli, do tego stopnia, że w końcu interweniował psychiatra. po kilku miesiącach nasz romeo znowu ją zdradził. ja się nie odzywałem do niej przez cały listopad. było to trudne, ale kiedy napisała, co znowu się stało to pękłem. spotkaliśmy się i wróciliśmy do siebie. miałem jednocześnie marzenie i piekło, gdyż cały czas się bałem o nią, a ona nagle bardzo zatęskniła za swoim dawnym byłym. i to przetrzymałem, choć z zaciśniętymi zębami.
były zapewnienia, że żałuje tego co robiła i że mnie kocha. to trwało miesiąc. rzuciła mnie bez wyraźnej dla mnie przyczyny. i od połowy stycznia miałem się bardzo źle, cudem miałem siły na naukę do sesji, poza tym mój ogólny stan zdrowia był bardzo zły bez wyraźnej przyczyny. jedyne co było dziwnego to mały apetyt, ale mdłości, ciągłe wyczerpanie i migreny nie biorą się przecież z samego (i zaspokajanego) głodu.
przez ten czas prosiłem, próbowałem chociaż się dowiedzieć co się stało, w dniu w który zerwała przez gg, kilka godzin wcześniej tuliła się do mnie i mówiła, że mnie kocha.
w ciągu ostatniego miesiąca dowiedziałem się, że: powodem zerwania był znowu nasz romeo i to on ją przekonał, że "on już tak nie zrobił" (znowu zrobił), a ona chciała zostać mamusią. tyle, że ja przez 5 dni w tygodniu jestem poza rodzinnym miastem, więc ja jako potencjalny tatuś zostałem skreślony... może to i lepiej. testy przez te miesiące niczego nie wykrywały, ale podczas niedawnej operacji na torbiel okazało się, że zaszła z tym "romeo", tylko zarodek ponoć nie przetrwał.
teraz mówi mi, że chce to wszystko naprawić, chce mi wynagrodzić to, co przez nią przeszedłem. wiem jednak, że żadne wyjście nie jest dla mnie dobre, nie chcę po tym wszystkim być jej przyjacielem, zresztą po co mi przyjaciółka, na której nie mogę polegać? nie chcę być jej kolegą, ani znajomym, bo wtedy ten stan żałoby ciągnący się z miesięczną przerwą prawie trzy kwartały pozostałby nadal, a gdybyśmy znowu zostali parą, to najpewniej skończyłoby się to tak jak ostatnio.
reasumując: proszę o poradę. najważniejsze rzeczy powiedziałem, moja "ukochana" sama nie wie dlaczego tak robiła. zawsze w poważnych sytuacjach mogła liczyć na moje wsparcie, starałem się, żeby ona czuła się dobrze, choć mnie niejednokrotnie psychika się przez nią wyłączała. wiem, że to wszystko wygląda jednostronnie, ale proszę mi uwierzyć, że to prawdziwa historia i sam próbowałem szukać u siebie winy. zdarzało mi się na nią nakrzyczeć po kolejnej "zajefajnej" informacji o tym, co kiedyś zrobiła, ale to zawsze jednak była reakcja i to nieprzesadzona (nigdy bym jej nie skrzywdził).
co mam zrobić? ona do mnie nic nie czuje, chyba że jako "do przyjaciela", coraz bardziej podejrzewam, że sprawia jej przyjemność robienie mi przykrości, a ja dalej nie potrafię jej po prostu znienawidzieć. mam się jakoś zemścić, chociaż nie umiem? zerwać kontakt, żeby mieć powtórkę z listopada? proszę o pomoc.