Witajcie,
od kilku dni czytam Wasze historie. Moja jest jedną z wielu, ale jak dla każdego z nas to osobisty dramat.
Swoje w życiu już przeszłam, wiele widziałam, przeżyłam. Nie ma to pejoratywnego wydźwieku - zawsze sponton, szaleństwo, brawura. Związki dynamiczne, partnerzy o silnych osobowościach alfa, nieustanna rywalizacja, pasja, namiętność. Aktywne życie. Dobra praca. Realizacja siebie w 100%.
I poznałam jego. Niespełna 3 lata temu.Totalnie inna bajka. Rodzina niemalże hrabiowska. Mądry, inteligentny facet. Nie wiem dlaczego, ale scielo mnie totalnie. Pierwszy raz w życiu. A wiosen juz na karku trzydziesci. Oszalałam na jego punkcie, choc nikt kto mnie zna nie wierzył, że mogłam się zakochać w kimś tak odrębnym niż ja. Był tak zdystansowany, introwertyczny,a z drugiej strony totalnie czuły i wrażliwy. Zero agresji, chęci do kłotni, nawet asertywność na poziomie nano.
Ale oszalałam. Pierwsze problemy zaczeły się już na początku. W trywialnej,ale jakże ważnej intymnej kwestii. Nie wychodziło, on zamykał się jeszcze bardziej, ja obwiniałam siebie o to. Wcześniej nie miał żadnych poważnych, długotrwałych relacji - kilka miesięcy to max.Miesiac, dwa, trzy. Nie wiedziałam co robić, jak pomóc. Kochałam i nie rozumiałam,co się dzieje. Zrobiłam niefajną rzecz, weszłam w jego telefon. Znalazłam sms i połączenia z poprzednią jak to się brzydko mówi "fuckbuddy". Wpadłam w szał. Przepraszał, powiedział, że rozmawiał z nią o tym problemie, bo z nią mu zawsze wychodziło i chciał porady. Stanęło na tym, że kocha mnie tak bardzo, że stres go zabija. Sytuacja później jakoś doszła do normy, wręcz stało się rewelacyjnie, jednak coś stało się złego z moim zaufaniem.
Kłóciliśmy się i godziliśmy. Nie potrafiliśmy bez siebie żyć. Zupełnie jakby we mnie włączył się jakiś mechanizm destrukcyjny. Wszczynałam awantury, on się odcinal, ja pękalam i błagałam o powrót. Chłod emocjonalny kontra wulkan. Nie potrafiłam zrozumieć, że on nigdy nawet nie płakal. Po prostu chłodna , niewzruszona skała. Na początku pisał wiersze, później rzucaliśmy w siebie obelgami (ja wiodłam prym). Poodcinałam sie od części znajomych, stal sie centrum mojego wszechswiata. Zrezygnowałam z pasji. Utrzymywałam jednak kontakty z kolegami (mam ich więcej niż koleżanek), bardzo dobre relacje z wszystkimi exami, przyjacielskie. Nie chciałam spotykać się z jego znajomymi. Raz, że nie ta bajka, dwa omawiał z nimi i całą rodziną nasze problemy. To mnie doprowadzało do furii.
Nie potrafiłam żyć z nim w zgodzie, nie potrafiłam bez niego. Nigdy wcześniej nie znalazłam się w tak abstrakcyjnej sytuacji. Spytacie, WTF po co byliście ze sobą? Bo gdy nie było awantur, był raj. Taki, jakiego z nikim wcześniej nie przeżyłam. I walczyłam zaciekle za każdym razem o pogodzenie się.Czego ja nie robiłam...Szkoda słów. Stałam się zaborcza i zazdrosna.
Apogeum zdarzyło się w zeszłym roku. Kłótnia, jak wiele innych przedtem. 2 tygodnie nie odzywania się. W tym czasie byłam w szpitalu (onkologia). Po wyjściu dowiaduję się, że on z kimś jest. Powiedział mi, że spotyka się, bo jest inna niż ja, spokojna , cicha i owszem spał z nią, żeby przełamać ostatnie granice. Kiedyś powiedziałam mu, że granicą byłaby osoba 3 w naszej relacji. Czy była granicą? Nie. Rozmawialiśmy. Kochałam go nadal. Byłam totalnym wrakiem wtedy. Nawet za dobrze nie pamiętam tego okresu, bo chodziłam na prochach od psychiatry, popijałam winem. Nie chciałam się leczyć zdrowotnie, bo nie widziałam sensu. To był najcięższy okres w moim życiu. Po 2 miesiącach wrócił. Zerwał tamtą znajomość. Powiedział mi, że jestem i zawsze byłam miłością jego życia i zaczął się spotykać z kimś z desperacji, żeby uwolnić się od niesutającego bólu ,jaki sobie zadajemy. Byłam przeszczęśliwa, że jest obok znowu.
Sielanka trwała 2 miesiące. Nie potrafiłam jednak poradzić sobie z urazem, jaki nosiłam w sercu. Żal i pretensje wylewały się ze mnie, dusiłam się wrecz tym. Jezu czy to możliwe...ja go kochałam i nienawidziłam. Zrywałam i prosiłam o powrót. Totalnie popaliły mi się synapsy w mózgu. Potrafiłam wyrzucić go w nocy z domu. Tej samej nocy prosić by przyjechał. Przyjeżdżał. Chciał byśmy poslzi na terapię małżeńską. Dostawałam jeszcze większej furii.
Dwa tygodnie znowu zerwałam. Próbowałam standardowo pogodzić się. I odciął się. Zablokował telefon, portale społecznościowe. Powiedział mi, że kocha mnie,ale odkochać też się można. I nie chce mieć ze mną więcej kontaktu.
Nie przeżywam tego tak, jak wtedy, gdy byłam w szpitalu. Na jakimś poziomie świadomości, wiem, że dobrze zrobił. Ale serce... Wiem, jak to biednie i banalnie zabrzmi, ale nigdy nie będę potrafiła zaangażować się tak w drugą osobę. Zupełnie, jakby wszystko w środku się wypaliło. Nie wyobrażam sobie żyć z kimś innym, kochać kogoś. Przechodziłam tyle rozstań i zawsze to przebiegało w miarę bezbolesny sposób. Wiedziałam, że nie kończy się świat etc. Teraz czuję, że mnie nie ma. Odszedł on i wziął wszystko, co było we mnie. Zupełnie,jakby mnie wypatroszył.
Są ludzie w koło, robię masę rzeczy, jak się radzi w takich sytuacjach, ale jestem trochę jak robot. To nie sprawia mi radości.
Gorzej. Ja nie potrafię w sobie stłamsić nadzieji, że to chwilowe, że do siebie wrócimy. Że kolejnym razem się uda.
Czy ktoś kiedyś z Was przeżywał podobne szaleństwo?