Nie wiem jakie wasze są obserwacje na temat wychowania dzieci...
Dla mnie rodzice są totalnie przewrażliwieni na punkcie własnych pociech. Dzieciom wolno wszystko, a nikomu nie wolno ich upomnieć. Nie rozumiem jak można tolerować dziki wrzask na podwórku, wymuszanie kupna jakiejkolwiek rzeczy w supermarkecie, kopanie ludzi w komunikacji miejskiej. Rośnie nam pokolenie ludzi, których w dorosłym życiu nie będzie można skrytykować.
Podobne tematy
Niestety muszę się z tym zgodzić. Nie dalej jak kilka dni temu byłam świadkiem pewnej sceny w lodziarni:
weszła matka z około 10-letnim grubaskiem. Jojczył to kupiła mu loda i gdy tylko chłopiec tego loda (1 gałka na wafelku) dostał w rękę i raz liznął: lód mu spadł na ziemię.
Co zrobił chłopiec? Wydarł się na cały lokal i to jakieś 2 sekundy po upadku loda miał już gotowy tekst: "Popatrz, źle mi nałożyła i spadł!".
Co zrobiła sprzedawczyni? Zareagowała natychmiast: "Nałożę ci kolejnego".
Co zrobiła matka? Nic.
Moim zdaniem, każdy jeden popełnił tu błąd:
Chłopiec- bo zachował się maksymalnie niekulturalnie i od razu znalazł winnego: nie siebie,
Sprzedawczyni: bo uległa kaprysowi. Ciekawe czy gdyby mi przez nieuwagę wypadło ciasto z talerzyka, też by mi nałożyła za darmo kolejny kawałek?
Matka: Bo nie dała dziecku odpowiedniej lekcji.
Aewusia, myślę, że nie wszyscy są tak przewrażliwieni na punkcie dzieci, ale jednak sytuacje są. Jeśli matka jest zakochana w tym dziecku do nieprzytomności, to jej sprawa, chce pozwalać dziecku na wszystko, to niech pozwala, ale w stosunku do swojej osoby. Szlag mnie trafia, jak wymagają tego od innych.
Kilka sytuacji - nie wiem, czy przypadek, ale wszystkie zdarzyły się jak mieszkałam przez 2 lata w Warszawie. U siebie w mniejszych miejscowościach tak rażących przypadków nie widziałam.
1. Wracam zmęczona z całego dnia prób w szkole, mało miejsca w autobusie, ale tłoku brak. Padam na wolne siedzenie, lustruję, czy nie ma jakichś staruszek, które bardziej by paść potrzebowały i już spokojna rozsiadam się, zresztą wolne miejsce obok mnie zostało. Wchodzi matka z synem, może 14-letnim, normalnym, wysokim, dobrze zbudowanym. Matka siada obok mnie i pyta, a właściwie nie pyta, tylko oświadcza mi, że "synuś miał ciężki dzień w szkole, do tego 2 WF-y i sama chyba rozumiem, że powinnam mu ustąpić, bo on ma taaaaki ciężki plecak". Uśmieszki na twarzach innych pasażerów i mój dość radosny wybuch śmiechu obraził ją niepomiernie, do końca podróży rozmawiała z synem o... ZNIECZULICY.
2. Znowu w autobusie, tym razem tłok jak cholera, pani z dzieckiem może 1,5-rocznym (nie jestem dobra w ocenianiu wieku maluchów), mały cośtam sobie marudzi, mama daje mu butelkę, dziecko nie chce pić i zaczyna nią wymachiwać. W efekcie jestem obficie skropiona jakimś lepiącym się sokiem, a pani patrzy to na dziecko z zachwytem, to na mnie porozumiewawczo, jakby czekała, kiedy przyznam, że dziecko jest urocze. Dzieciak mały, wiadomo, nie zrobił tego specjalnie, ale ja na miejscu matki najpierw spaliłabym się ze wstydu, a jak już odrodziłabym się z popiołów, to przepraszałabym ofiarę mojego cudu tak długo, aż miałaby mnie jeszcze bardziej dość pewnie.
3. Wracam do domu, głodna jak nie wiem co, a że przesiadałam się przy jednym centrum handlowym, to postanowiłam zrobić zakupy i przy okazji coś na szybko zjeść. Wybór padł na KFC, zamówiłam, siadłam, jem. Pani z może 5-letnim chłopcem (to dalej nie jest wiek, który umiem ocenić
) pyta grzecznie, czy może się przysiąść, bo brak wolnych stolików. Pewnie, czemu nie. Gorzej, że chłopcu przestały smakować frytki, a na jakąśtam hamburgeropodobną kanapkę nawet nie spojrzał i... zaczął normalnie wyciągać ręce do moich "kurczaczków". Matka nic. Ja wymownie odsunęłam ten taki kartonik, co to w nim jedzenie dają, chłopiec marudzi, że on chce to, a matka... pyta, czy nie mogłabym mu oddać połowy, a ona EWENTUALNIE może za to oddać jego kanapkę. I do połowy zjedzone frytki. W takich sytuacjach się zastanawiam, czy ludzie czasem myślą...
Co do punktu 1: chyba sobie jaja robisz ![]()
Punkt 3 też jest przebojowy ![]()
Punkt 2 obserwuję co jakiś czas. Mniej rozgarnięci rodzice sądzą, że wszystko co robi ich dziecko jest wspaniałe, nawet zniszczenia. No i że wszyscy będą się tym zachwycać.
Zasłyszana historia od koleżanki. Swego czasu studiowała zaocznie wychowanie fizyczne na krakowskim AWFie. Wracała do domu w niedzielę przed dwudziestą pierwszą do domu, tramwaj raczej pusty (wiadomo dzień i pora). Na jednym z przystanków wsiadła starsza pani, stanęła nad koleżanką w teatralnej pozycji mrucząc pod nosem że młodzież jest nie wychowana i nie kulturalna (mimo że przed i za koleżanką było wolne miejsce). Obie przestałyśmy się dziwić, że obecna młodzież nie potrafi się zachować.
No to akurat są sytuacje ekstremalne
. Do takich mniej - często widzę sytuacje, gdzie np. wnusio z babcią z zakupów wracają, babcia niesie wszystkie torby, a wnusio - widać, że młody, ale chłop "na schwał", idzie i je loda.
Ja sama byłam dość rozpieszczona przez dziadków, z tym że moja mama usiłowała z tym walczyć, jednak ja sama wyleczyłam się dopiero, jak spędziłam wakacje z młodszą kuzynką, która swoim rozpieszczeniem wyprzedziła mnie na starcie o milion lat świetlnych - ale ją psuła cała rodzina. Jakoś tak ogarnęłam dopiero wtedy, jakie niektóre zachowania są denerwujące - zwłaszcza, że do tej pory to ja byłam pępkiem świata, przynajmniej dla dziadków. No i dziadkowie sami się napawali moim istnieniem, nie wymagali tego od innych, a u niej - rodzice, babcia - żądali tego od otoczenia. Jako przykład - jakaś rodzinna impreza, prezenty dla dzieci, ona chce rozpakować wszystkich. Nasz kuzyn, przyzwyczajony, że jej wolno, oddał spokojnie, ja z bliższymi kuzynkami i moim bratem narobiliśmy rabanu. Kuzyn się huśtał na koniku - daj - proszę. Któreś z "nas" się huśtało - daj - spadaj ;p. W ogóle jej matka miała jakiś kompleks księżniczki z Disneya - nie dla jej córki piaskownica, wyłażenie z domu przez balkon, łażenie po drzewach (ubierała ją w suknie z falbanami, po drzewach w tym to też bym nie skakała), dziewczynka miała siedzieć z dorosłymi i rozkosznie wyglądać. No i tragedia - bo jak my przyjeżdżamy, to wyłazimy przez ten balkon, biegamy, skaczemy... J. też chciała, ale została usadzona przez matkę pytaniem o treści mniej więcej takiej:
- Chcesz być damą, czy dzieckiem podwórka?
J. chciała być damą (sześcioletnią, ale co tam), więc siedziała dalej. Przeszło jej dopiero, jak urodziła jej się ciężko chora siostra i chcąc nie chcąc wszyscy jej odpuścili, gimnazjum też jej dobrze zrobiło. Jako dziecko jej nie znosiłam, teraz mamy całkiem dobry kontakt.
Jak to czytam, to wychodzę na osobę z psychicznej rodziny. Przysięgam, że ewenementem na taką skalę jest tylko moja ciotka i to dalsza
.
Niestety.... ale rodzice powinni pamiętać że wychowują dla kogoś partnera/kę życiowego!
Wychowują też pracownika: człowiek nie może być tzw. miętki, bo popełni samobójstwo przy pierwszej potyczce z kolegą z biura, a tymczasem wiele matek upupia dzieci i rozkaprysza.
Aewusiu, mój brat ma wnuczkę, która w styczniu skończyła dwa lata.
To śliczna, rezolutna dziewuszka.
To pierwsza wnuczka w obydwu rodzinach.
Nie mogę patrzeć, jak ją wszyscy psują, swoim pozwoleniem na niedozwolone zachowanie.
Majka może wszystko, włącznie z włożeniem tłuściutkiej łapki do mojego rosołu, w poszukiwaniu makaronu.
Jak coś zbroi, wszyscy radośnie "kwiczą" i zachwycają się jej sprytem, inteligencją i stanowczością, którą ja nazywam "oślim uporem"
Gdy w gronie rodzinnym, próbuję skrytykować "Księżniczkę", a przede wszystkim sposób wychowania przez synową mojego brata, bo jego syn, ma klapki na uszach i zbyt ciemne okulary, aby coś słyszeć i zobaczyć,wtedy słyszę: Poczekaj, poczekaj, będziesz miała wnuki, to zobaczymy, jak je wychowasz!
A ja odpowiadam, że moje wnuki, będzie wychowywała córka z zięciem, a ja ewentualnie, mogę je nauczyć wierszyków, zabaw i innych dziecięcych gier, których nie umieją dzisiejsze maluchy.
Co do Twojego nr1, to ta mamuśka nie kochała swojego syneczka, bo jeżeli wiedziała, że synuś taki zmaltretowany, mogła swoje ciało pozostawić w stanie pionowym, a dziecko usadzić na siedzieniu.
Też by się spotkała z dezaprobatą, ale jakoś by to wytłumaczyła, w razie głośniejszych "szeptów".
A dzieciaki z buteleczkami, będziemy mogły podziwiać, jak zaczną się upały, bo już nie jedno widziałam, nawet mamusię, która wyżlopała dziecku picie, komentując głośno swój wyczyn: "nie będziesz kropił jak kropidłem, nie jesteś księdzem. Maluch miał roczek, bo zapytałam, co zrobi, jak będzie mu się chciało pić?
Mama odpowiedziała, że jak poczuje mocne pragnienie, to nauczy sie, że nie można wymachiwać butelką. Nie będę mogła sprawdzić, czy nauka podziałała.
Mrozirma, jak Majka podrośnie i przestanie być tak dziecięco urocza, to się przekonają, kogo wychowali. Jednak przeciwko łapce w rosole protestowałabym stanowczo - ma miseczki pozostałej rodziny do kulinarnych poszukiwań
.
Eileen, ona zazwyczaj poszukiwania kończy na moim talerzu, a przy stole, nie słychać moich protestów, bo zagłuszają je śmiechy pozostałych domowników.
Ostatnio mi powiedziano, że psuję dziecku zabawę, bo je tylko karcę, więc pewnie nie będzie mnie lubić, gdy podrośnie.
Dużej straty nie będzie, ja mam kogo lubić, a to nie Majki wina, że dorośli, nie umieją jej wychować.
Szkoda mi tego dzieciaka, bo nawet nie wie, jaką krzywdę jej wyrządzają ci, co ją kochają.
Jest wiele prawdy w tym co piszecie i takich opowieści można by zapewne mnożyć i mnożyć. Mam jednak wrażenie, że w dzisiejszych czasach trochę za bardzo skupiamy się na tych gorszych przypadkach, a nie zauważamy tych lepszych. Nie jestem w stanie w prawdzie oszacować, ani badań żadnych nie znam, ale moim zdaniem, jest tyle samo grzecznych co i niegrzecznych dzieci, a więc płowa rodziców sukces odnosi, a połowa na polu wychowawczym polega.
A Ci co polegają, to bardzo często na własne życzenie, gdyż nie chcą przyjmować krytyki i brną w te swoje metody rodem z podręcznika "Jak doszczętnie schrzanić całe wychowanie".
Pracowałam z kilkoma rodzinami i mam przekrój tego różnego podejścia: jedni zauważają, że błądzą i skłonni są poprosić o pomoc i sugestie, a inni odwracają się plecami i błądzą jeszcze bardziej.
12 2013-04-20 18:42:51 Ostatnio edytowany przez HardVoman (2013-04-20 18:47:30)
W zeszłym tygodniu byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy jako opiekunka dla 2-letniego wulkanu energii.
Siedzę sobie z rodzicami chłopca na kanapie, on sam słabo zainteresowany moją obecnością, biega z kuchni do pokoju, aby pooglądać śmieciarkę. Rozmawiamy, opowiadam im o sobie, i nagle pada pytanie; " Czyli nie przeszkadzało by Pani, gdyby się wyrwał na spacerze, i zaczął uciekać?". Nie wiedziałam jak to pytanie traktować, ale w końcu musiałam coś odpowiedzieć, więc powiedziałam że owszem, przeszkadzałoby mi, i gdyby trafił się na spacerze ze mną taki wybryk z jego strony, zapewne nie wyszedłby na dwór przez cały następny tydzień. Mama chłopca była bardzo oburzona moim podejściem do sprawy, no bo jak to tak, ona gania swojego syna po mieście, a ja za pieniądze nie chcę?
3 lata temu też byłam na spotkaniu kwalifikacyjnym, na którym dla odmiany wszystko poszło dobrze, i zostałam zaproszona na okres próbny. Przyszłam na następny dzień, i wpadłam jak śliwka w kompot. Do tej pory nie jestem w stanie stwierdzić, kto mnie bardziej zmęczył; rozpieszczona i bezustannie becząca podopieczna, czy obsesyjnie trzęsąca się nad nią matka...
Ustalenie było takie, że mama małej jest na górze zamknięta w pokoju, i uczy się do sesji, a ja się opiekuję dziewczynką na dole. Oczywiście rzeczywistość miała się zupełnie inaczej. Gdy mama tylko znikała na górze, dziewczynka zaczynała płakać. Płakała tak bardzo, że aż łapała bezdechy, i nie mogłam ją niczym uspokoić. Myślałam, że to może jakiś lęk separacyjny, że za krótko mnie zna i nie ma do mnie zaufania, ale wystarczyło, że pobyłam z nią trochę dłużej, żeby zauważyć, że to matka jest winna tym wszystkim zwichrowaniom. Kobieta zjeżdżała po poręczy schodów, aby podejrzeć co robimy.
Wtedy mała słyszała skrzypnięcia podłogi, widziała jej cień i zaczynała płakać, a ona patrzała na mnie tak, jakbym jej dziecko chciała wrzucić do worka i podłożyć na tory kolejowe. Tłumaczyłam, że sama sprawia, że dziecko czuje się niepewnie, bo czuje jej lęki. Mówiłam, że gdy była na górze, mała zaczęła interesować się zabawkami, i pomału się relaksowała. Problem powrócił wraz z jej obecnością. Doszło do tego, że matka popłakała się dla odmiany, a dziecko widząc jej łzy, już kompletnie skojarzyło mnie z czystym złem, i nawet nie chciało się ze mną pożegnać. :-/
Osobiście jestem też bardzo wrażliwa na słownictwo dzieciaków. Nie podoba mi się, gdy mówią do mnie per TY. Pewnego dnia zwróciłam dwóm chłopców w wieku ok. 6 lat uwagę, że nie mówi się "Co ona powiedziała?", tylko "Co ta Pani powiedziała?". Jeden z nich rozpłakał się rzewnie, przyszła zdenerwowana matka, bo musiała ruszyć siedzenie i przerwać plotki, syn nawciskał jej, że krzyczałam na nich, i dostałam reprymendę, że jak jeszcze raz będę krzyczała na jej dzieci, zgłosi zawiadomienie na policję.
Oczywiście próbowałam sprostować relację małego, ale w starciu z nim byłam bez szans... Bardziej hardcorowy przypadek miał miejsce zimą. Z Boskim wzięliśmy Merdatego na spacer, i spotkaliśmy trzy dziewczynki w przedziale wiekowym mniej więcej od 3 do 8 lat. Ich Tata szedł z psem w nieznacznej odległości za nimi. Małe z twarzyczek jak aniołeczki, dosłownie.
Ale gdy w pewnym momencie usłyszałam z ust najstarszej zwrot skierowany do średniaczki: "Co Ty pie*dolisz?", to uznałam, że to nie są aniołki, a diabełki wcielone.
Oczywiście zero reakcji ze strony Taty, a sama nauczona doświadczeniem, wolałam się nie wychylać...
Ja córkę wychowuję od pierwszych miesięcy jej życia i dostaję szału, jak ludzie z otoczenia próbują mi ją psuć. "Masz, pobaw się moją komórką", "No to co, że poniszczy", "Zostaw, ja podniosę/przyniosę/wytrę/posprzątam", "Dlaczego mamusia cię tak tresuje, przecież ty jesteś dzidziusiem i wszystko ci wolno". Grrrrrrr.
za zepsucie całkiem niemało odpowiedzialne są babcie/dziadkowie. Moja koleżanka postanowiła dziecko dać pod opiekę niani jednak, bo nie chce, by babcia małą zepsuła, a wyczuwa, że dokładnie tak by było
Efektem jest jej podopieczna, pierwsza wnusia, która ma 4 latka i jeszcze chodzi z pieluchą (od 4 miesiąca życia z babcią).
Z męzem jestesmy przeciwnikami beztresowego wychowania.Dziecko powinno byc wychowywane w dyscyplinie,ktora nie ma nic wspolnego z przemocą.Dziecko nie moze czuc sie jak pepek świata i rządzic domem,czy uwazać ,ze jego fanaberie kazdy musi spelniać.Kolejnosc "hierarchi" powinna byc zachowana,czy to w domu, czy to w szkole, czy to w pracy.Takie są realia,i nikt sie nas nie pyta czy to sie komus podoba czy nie
Zawsze to podkreslam ze zdrowa umiarkowana dyscyplina i oczekiwany respekt to nie jest znecanie sie ani przemoc
No chyba ,ze dla kogos odmowa kupna "zabawki" w sklepie to jest przemoc ekonomiczna,kara na rower- przemoc psychiczna, a wyniesienie dziecka do swojego pokoiku,gdy samo dobrowolnie nie ma zamiaru tego dokonac -przemoc fizyczna, to owszem taką "przemoc" dopuszczamy w ostatecznosci:) Kary jak i nagrody to podstawa wychowania..
Aktualnie wielu dzieciom brakuje korekty ,często nie widze ani nie slysze nagan kiedy niefortunnie sie zachowuje,z tej racji ze jest to kojarzone ze stresowaniem dziecka i część rodziców panicznie boi sie reprymendowac ,jesli sytuacja tego wymaga.
Ze skrajnosci przechodzi sie w skrajnosc.Kiedys do przesady nalezalo podesjcie takie jak "dzieci i ryby glosu nie mają" aktualnie panuje trend "dziecko ma decydujący glos dot. zasad i regul gdziekolwiek sie pojawi" W jednym i w drugim oblęd
Dlatego najlepszy jest Zloty środek
Chociaz przyznam sie, że gdy jestem świadkiem tego co autorka opisuje, to az mi czasami gula skacze i krew w zylach sie gotuje ![]()
16 2013-04-21 02:40:41 Ostatnio edytowany przez Kyntia (2013-04-21 02:54:04)
W zeszłym tygodniu byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy jako opiekunka dla 2-letniego wulkanu energii.
Siedzę sobie z rodzicami chłopca na kanapie, on sam słabo zainteresowany moją obecnością, biega z kuchni do pokoju, aby pooglądać śmieciarkę. Rozmawiamy, opowiadam im o sobie, i nagle pada pytanie; " Czyli nie przeszkadzało by Pani, gdyby się wyrwał na spacerze, i zaczął uciekać?". Nie wiedziałam jak to pytanie traktować, ale w końcu musiałam coś odpowiedzieć, więc powiedziałam że owszem, przeszkadzałoby mi, i gdyby trafił się na spacerze ze mną taki wybryk z jego strony, zapewne nie wyszedłby na dwór przez cały następny tydzień. Mama chłopca była bardzo oburzona moim podejściem do sprawy, no bo jak to tak, ona gania swojego syna po mieście, a ja za pieniądze nie chcę?
Ja jako matka byłabym bardzo zdziwiona Twoją odpowiedzią.
Bo dla dwulatka termin tydzień, jest jak wieczność.
Jeszcze dzień,dwa by dziecko przełknęło,ja też, to sowita kara + tłumaczenie. A jeśli dziecko ma problemy ze skupieniem się to już jak grochem o ściane nieiedy.
Ale tydzień?
Takiej niani raczej bym tez nie przyjęła i nie chodziłoby tu o pieniążki.
Kara tak,ale adekwatna do przewinienia i wieku.
Nie podoba mi się, gdy mówią do mnie per TY. Pewnego dnia zwróciłam dwóm chłopców w wieku ok. 6 lat uwagę, że nie mówi się "Co ona powiedziała?", tylko "Co ta Pani powiedziała?". Jeden z nich rozpłakał się rzewnie, przyszła zdenerwowana matka, bo musiała ruszyć siedzenie i przerwać plotki, syn nawciskał jej, że krzyczałam na nich, i dostałam reprymendę, że jak jeszcze raz będę krzyczała na jej dzieci, zgłosi zawiadomienie na policję.
Oczywiście próbowałam sprostować relację małego, ale w starciu z nim byłam bez szans... Bardziej hardcorowy przypadek miał miejsce zimą. Z Boskim wzięliśmy Merdatego na spacer, i spotkaliśmy trzy dziewczynki w przedziale wiekowym mniej więcej od 3 do 8 lat. Ich Tata szedł z psem w nieznacznej odległości za nimi. Małe z twarzyczek jak aniołeczki, dosłownie.
Ale gdy w pewnym momencie usłyszałam z ust najstarszej zwrot skierowany do średniaczki: "Co Ty pie*dolisz?", to uznałam, że to nie są aniołki, a diabełki wcielone.
Oczywiście zero reakcji ze strony Taty, a sama nauczona doświadczeniem, wolałam się nie wychylać...
O tak... Zgadzam się.
to per Ty, jest zmorą jakąś.
Pamiętam że gdy miałam jakies 17 - 19 lat,małe dzieciaki tak pięknie mówiły 'dzien dobry pani". Głupio się wtedy czułam,bo jaka ze mnie pani.
A teraz?
Aż się tęskni za tamtymi czasami.
To jeszcze nic...dzieciak jak zwrócisz uwagę potrafi Cię wyzwać i obrzucić najgorszymi wyzwiskami,a jak pójdziesz do jego matki, to malo po twarzy nie dostaniesz, bo jej skarbek nigdy w życiu! Aniołek,ja się czepiam i sru drzwiami przed nosem.
Aż czasami ma się ochotę,nie dziecko,ale tę matkę za ucho i do góry i do rozumu przemówić.
Dziecko musi znać swoje granice, musi być prowadzone łagodną,ale stanowczą i nieugięta ręką.
A my musimy miec silniejszą wolę,nerwy i upór od nich
I pamiętajmy że każde dziecko jest inne....
Naprawdę mam przykład w swojej rodzinie. Tak piekna,mądra dziewczynka...a tak zepsuta...
Jako półtoraroczna dziewczynka znała tak brzydkie słowa że mi jedynki ze zdumienia wypadały...
Jak do matki można powiedziec - odpie*** sie su**? bo mama chciala jej wytrzec buzke...
Czar pryska...a mama hihihi - jej reakcja...
Ale cóż babcia klnie jak szewc,mama jak szewc to dziecko ma sie kulturalnie odzywac?
Czasami nie zdajemy sobie sprawy ile dziecko wynosi z domu i swoim zachowaniem pokazuje obraz naszej rodziny.
Nie jest to oczywiscie tak, ze jak zle sie uczy,klnie i bije to tak jest w domu....czasami czynniki zewnetrzne potrafia zepsuć dziecko,pomimo usilnych staran rodzica aby tak nie nastapilo.
Bo nie jestesmy w stanie kontrolowac np. 7 latka 24h - szkola,podworka (w szkole co sie dzieje to "apokalipsa').
Poltoraroczna dziewczynka tak sie wyraza szok....
Wczoraj moj 7letni syn zostal zaatakowany przez 11latka za to ze ten mlodszy chcial sie z nim pobawic ten starszy nie mial ochoty z mlodszym sie pobawic wiec go wyzwal kur... odpier.... sie kur... bo ci wyj....
Sama tego nie widzialam ale opowiadal mi to moj M wiec pytam go zszokowana jak zareagowal czy dal mu bure....gdzie tam wyjasnil mi ze ten 11latek jest nadpobudliwy i agresywny i nie ma co jemu tlumaczyc
Moja reakcja po tym co uslyszalam od M to=klotnia na calego
a moj syn po tym incydencie sie przerazil wytlumaczylam mu wszystko ....ale nie wiem czy nastepnym razem sie do niego odezwie
ja co prawda klnę za dużo,ale moje dzieci np.syn 12 letni takich słów nie uzywa,nawet przy kolegach nie zauwazyłam,2 latek jeszcze z bardzo mówić nie umie wiec nie wiem jak bedzie ![]()
jak ja byłam mała i powiedziałam do mamy na TY to prawie sciera po plecach dostałam
nigdy więcej nie próbowałam tak powiedziec
a teraz widzę że to jest normalne wsród dzieci
moje dzieci nauczone są co wolno a czego nie,starszy syn juz ma taki nawyk że czasami pyta sie czy może sobie np.jogurt zjeść,wiem to trochę głupie ale chyba zostało mu to z młodszych lat,gdy o wszystko sie pytał
mam znajomą która swoje dzieci wyszkoliła tak,aby chodziły po kolegach i o jedzenie sie prosiły,chociaz w domu biedy nie ma
przychodzą do córki mojej drugiej znajomej,bawią sie tam razem dajmy na to 10 min,i ta co przyszła mówi do matki tej drugiej
-proszę pani jestem głodna
-a co chcesz zjeść-pani pyta
-4 kanapki sklejone,z jakąs wędlina
dobra można to raz czy dwa przełknac ale nie codziennie,to nie instytucja charytatywna
więc teraz ta moja kolezanka odpowiada do tej dziewczynki,że jak jesteś głodna to idz do domu sie najedz
i tak jest wszedzie gdzie by to dziecko nie poszło to woła jeść,a mataka co jej tam nic sobie z tego nie robi,bo zamiast zająć się dziecmi od switu do nocy lata po 15 koleżankach
druga kolezanka ma syna który może wszystkich trzaskać ,gryźć,szczypać dobrze że jeszcze dobrze nie mówi bo pewnie nawyzywałby
a ona siedzi i ma to gdzieś,tylko że jak synusia ktoś lekko trzepnie to jest wojna
dzieciom od małego trzeba wpajać co wolno,a czego nie
Lena, z tym niemówieniem na "Ty" do rodziców, to chodzi o takie "niech mama usiądzie?" na przykład? Do tego mam mieszane uczucia, chyba wolałabym, żeby moje dziecko mówiło po prostu "Mamo, usiądź", wydaje mi się, że tak też można z szacunkiem, wszystko zależy od tonu. W ogóle większość chyba tak mówi, chociaż w podstawówce miałam koleżankę, która właśnie w ten sposób zwracała się do rodziców. Ja mówię normalnie, nawet jak byłam mała - może z 5 lat - to miałam okres, w którym mówiłam do mamy po imieniu, ale nie z jakiegoś pokazania, kto tu rządzi, tylko wszyscy tak do niej mówili i jakoś tam mi się uwidziało, że tak lepiej. Już nawet nie pamiętam, czy mi to wytłumaczyła, czy po prostu samo do mnie dotarło, że coś z tym nie tak, teraz mówię normalnie. Chociaż w sumie kiedyś stworzyłam śmieszne hm... przezwisko? zdrobnienie? (coś pomiędzy) od jej imienia i zdarza mi się tak powiedzieć, ale tylko jako żartobliwa forma, mamie się ta nazwa podoba i też się śmieje, więc problemu nie ma. Wydaje mi się przy mówieniu po prostu "Mamo" jakaś bliższa niż przy "Niech mama...". Chociaż mój kuzyn młodszy o rok ode mnie sam kilka lat temu zaczął zwracać się w 3. osobie, a jego 7-letni brat mówi normalnie.
Przypadek dziewczynki chodzącej po ludziach - masakra. Z ciekawości, ile ma lat? Bo chyba w pewnym wieku zaczęłoby jej się robić głupio przy takich pytaniach.
A co myslicie o mowieniu do rodziców po imieniu? ja sie z tym spotkałam
21 2013-04-21 21:12:27 Ostatnio edytowany przez lena812 (2013-04-21 21:16:02)
Lena, z tym niemówieniem na "Ty" do rodziców, to chodzi o takie "niech mama usiądzie?" na przykład? Do tego mam mieszane uczucia, chyba wolałabym, żeby moje dziecko mówiło po prostu "Mamo, usiądź", wydaje mi się, że tak też można z szacunkiem, wszystko zależy od tonu. W ogóle większość chyba tak mówi, chociaż w podstawówce miałam koleżankę, która właśnie w ten sposób zwracała się do rodziców. Ja mówię normalnie, nawet jak byłam mała - może z 5 lat - to miałam okres, w którym mówiłam do mamy po imieniu, ale nie z jakiegoś pokazania, kto tu rządzi, tylko wszyscy tak do niej mówili i jakoś tam mi się uwidziało, że tak lepiej. Już nawet nie pamiętam, czy mi to wytłumaczyła, czy po prostu samo do mnie dotarło, że coś z tym nie tak, teraz mówię normalnie. Chociaż w sumie kiedyś stworzyłam śmieszne hm... przezwisko? zdrobnienie? (coś pomiędzy) od jej imienia i zdarza mi się tak powiedzieć, ale tylko jako żartobliwa forma, mamie się ta nazwa podoba i też się śmieje, więc problemu nie ma. Wydaje mi się przy mówieniu po prostu "Mamo" jakaś bliższa niż przy "Niech mama...". Chociaż mój kuzyn młodszy o rok ode mnie sam kilka lat temu zaczął zwracać się w 3. osobie, a jego 7-letni brat mówi normalnie.
Przypadek dziewczynki chodzącej po ludziach - masakra. Z ciekawości, ile ma lat? Bo chyba w pewnym wieku zaczęłoby jej się robić głupio przy takich pytaniach.
wiesz chodzi mi o takie TY, np ty pójdziesz,ty bedziesz - nie Ty mamo,tylko po prostu Ty
co do dziewczynki ma ona 6 lat,ale nic sobie z tego nie robi
ja na jej miejscu bym sie wstydziła,a na matki to juz całkiem
rozumiem ze raz na jakiś czas można u kogoś zjeść,ale bez przesady ledwo przyjść i po 5 minutach mówic "proszę Pani jestem głodna i chcę to" nosz kurde jeszcze jakieś życzenia i wybrzydzania co chce jeść
z racji tego ta dziewczynka i jej brat sa po prostu od ludzi i swoich kolegów wypraszani bo ile można karmić cudze dzieci
co do mówienia do rodziców na Ty? ja nie mówię,w zasadzie chyba nie znam nikogo kto by mówił,nie no moja kuzynka tak do tesciów mówi (niby tesciów bo bez slubu)
nie mam nic do tego chociaz jakoś dziwnie to brzmi ![]()
natomiast swego czasu kiedy zaczęłam się spotykac ze swoim,jego chrzesniak do mnie na TY wyskakiwał,powiedziałam swojemu że sobie nie zyczę,niech mówi Pani albo ciocia
mówił jakis czas,teraz juz odpuściłam bo głupio sie czuje żeby 20 latek mówił mi ciociu ![]()
Chodzilo mi konkretnie o dzieci ktore mowią do rodzicow po imieniu, ludzie dorosli to już inna bajka
Nasza Mloda w zabawie,podczas wyglupow z ojcem coraz częsciej do męza po imieniu mowi, są to sytuacje kiedy sie wydurniają,takie typowe na luzie, ,mąż jest zupelnie bierny,kiedy podczas wariacji corka do niego po imieniu zawoła,Ja mimo tego zwracam jej uwage,ale albo zero odbioru ,albo slysze od niej abym sie nie wtrącala
Mam mieszane uczucia co do tego
Podobno dzieci powinny tak jak mieć stałą porę do spania, tak mówić do rodziców per "mamo", "tato". Z czysto psychologicznych względów; koleżanka jest fajna, ale nie wie więcej, nie uratuje, nie doradzi, nie pomoże załatwić mądrze sprawy, która wymaga mądrego załatwiania. Mama i tata tak.
Wbrew pozorom dzieci czują się bezpieczne, mając "kogoś nad sobą".
Ale....znalazłam co na ten temat mówi psycholog. Może okaże się pomocne:) :
"Rodzice są dla dziecka i dorosłego - osobami szczególnymi. Wychowują, wprowadzają w świat, dają przykład zachowania i postępowania.
- Aby rodzina funkcjonowała prawidłowo, a młody człowiek został przygotowany do życia, musimy zachować pewien porządek - mówi Krystyna Waszkowska-Wójcik, dyrektor Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 2 w Rzeszowie, pytana o to, czy pozwolić, aby dziecko zwracało się do mamy, taty po imieniu.
Nie poleca aż takiego skracania dystansu w rodzinie. Mama jest mamą, tato - tatą. Zachowujmy hierarchię, jako że rodzice są odpowiedzialni za wychowanie dzieci i ich edukację, za przytulanie i przyjemności, za bezpieczeństwo. Ale ich rola też bywa niewdzięczna, bo są od zakazów i nakazów.
Dziecko musi mieć ukształtowany obraz matki i ojca. Wiedzieć, że mama nie jest kumpelką, że kocha i przytula, ale też wymaga, zakazuje, pilnuje, aby odrobiło lekcje, umyło zęby, wyłączyło wreszcie komputer."
Dziecko powinno wiedzieć, że mama jest innym człowiekiem, wzorem, a nie koleżanką. Tak ono też uczy się, że istnieją w świecie autorytety, do których można się odwoływać i czuć przy nich bezpiecznie.
Psycholodzy uważają, że w początkach rozwoju małego człowieka nie jest wskazane, aby malec "tykał? dorosłego wołając za nim po imieniu ( ty, daj mi to, zrób mi tamto!). U zarania życia tworzy się model podporządkowania, współpracy i szacunku dla drugiego człowieka.
- Skracanie psychicznego dystansu nie ugruntowuje dziecka w jego roli - tłumaczy psycholog - ponieważ nie może ono czuć się wszechmocne. Mało tego - może mieć kłopoty w dorosłym życiu, nie respektować zasad społecznego współżycia, przekraczać wszelkie granice wobec innych, a także wobec siebie (agresja skierowana ku sobie, uzależnienia itd.).
Zdaniem psychologa, pozwalając sześciolatkowi, aby mówił dorosłemu po imieniu (bo wyluzowanych rodziców to bawi) dajemy mu wyraźny sygnał, że wolno nie respektować pewnych granic.
- W konsekwencji kilkulatek (a potem starszy) może dowolnie naruszać lub lekceważyć obowiązujące normy i zasady, najpierw w przedszkolu, potem szkole, w dorosłym życiu - ostrzega psycholog.
- Miewa problemy z realnym postrzeganiem rzeczywistości, a opiekunkę w przedszkolu potraktuje jak równolatkę bez szacunku dla dorosłego. Mały człowiek w dorosłym życiu postrzega świat poprzez pryzmat tego, czego nauczono go w domu. Przekraczając dowolnie pewne granice może napotkać ostre i nieprzyjemne reakcje. Bez wyraźnej cezury dziecko traci oparcie, bezpieczeństwo. Rodzic mówiący w określonych sytuacjach "nie? - dowodzi miłości do dziecka. Dorośnie - zrozumie (czasem, kiedy będzie miało własne potomstwo).
Z doświadczenia psycholog wynika, że dorastająca młodzież potrzebuje granic i ideałów.
- Zawsze będzie życzyć sobie wzorowania na kimś, a najbliższym autorytetem jest mama i tata, później świetny nauczyciel, o szerokich horyzontach i nie pozwalający na spoufalanie się. A skracający dystans ojciec - może usłyszeć od nastoletniej pociechy -"spadaj, Staszku?.
Wraz z dorastaniem przesuwamy granice, pozwalając na więcej. Dorosłe dziecko, zwracające się od dzieciństwa do matki, ojca po imieniu, nie może automatycznie przenosić tej formy na teściów? Pozwólmy dojrzeć sytuacji, nie śpieszmy się. Może polubimy zięcia, synową tak bardzo, że pozwolimy mówić sobie po imieniu."
Droga autorko- to jak "chowają" swoje dzieci ich rodzice nieraz spowoduje,że obleją się rumieńcem gdy taki książe/księżniczka odpierdzieli jakiś karygodny numerek w stylu:rzuci się na podłogę w sklepie,nie da się wyprowadzić z sali zabaw i będzie wyć i kopać,będzie drzeć twarz w restauracji,odpowiadać po chamsku rodzicom.
Mimo,że sama mam dziecko to do szału doprowadza mnie jak mnie dziecko kopie w autobusie czy w poczekalni u lekarza bo rodzic nie może mu zwrócić uwagi i dopilnować by nie machał nogami.Wkurza mnie jak jakiś maluch sięga po moje rzeczy w stylu:torebka,kluczyki,podchodzi i wyrywa mi coś z ręki a mamusia rozkosznie się uśmiecha.
Chwilami zastanawia mnie fenomen dzieci u lekarza- wrzeszczą,biegają,zabierają ludziom ich rzeczy a rodzice biegają za nimi po poczekalni robiąc jeszcze większe zamieszanie.
A wystarczyłoby wziąć kredki,kolorowankę czy poczytać dziecku książkę.Nie widziałam jeszcze dziecka,którego by to nie zajęło.
HardVoman napisał/a:W zeszłym tygodniu byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w sprawie pracy jako opiekunka dla 2-letniego wulkanu energii.
Siedzę sobie z rodzicami chłopca na kanapie, on sam słabo zainteresowany moją obecnością, biega z kuchni do pokoju, aby pooglądać śmieciarkę. Rozmawiamy, opowiadam im o sobie, i nagle pada pytanie; " Czyli nie przeszkadzało by Pani, gdyby się wyrwał na spacerze, i zaczął uciekać?". Nie wiedziałam jak to pytanie traktować, ale w końcu musiałam coś odpowiedzieć, więc powiedziałam że owszem, przeszkadzałoby mi, i gdyby trafił się na spacerze ze mną taki wybryk z jego strony, zapewne nie wyszedłby na dwór przez cały następny tydzień. Mama chłopca była bardzo oburzona moim podejściem do sprawy, no bo jak to tak, ona gania swojego syna po mieście, a ja za pieniądze nie chcę?
Ja jako matka byłabym bardzo zdziwiona Twoją odpowiedzią.
Bo dla dwulatka termin tydzień, jest jak wieczność.
Jeszcze dzień,dwa by dziecko przełknęło,ja też, to sowita kara + tłumaczenie. A jeśli dziecko ma problemy ze skupieniem się to już jak grochem o ściane nieiedy.
Ale tydzień?
Takiej niani raczej bym tez nie przyjęła i nie chodziłoby tu o pieniążki.Kara tak,ale adekwatna do przewinienia i wieku.
Ja uważam, że mały nawet nie jest jeszcze do końca świadom, ile to jest tydzień... Sama pewnie nie wytrzymałabym z nim tyle czasu w domu, gdy pogoda zachęca do wyjścia na spacer, i tak jak piszesz po dniu, może dwóch, wyszłabym z nim na miasto. Tutaj chodzi o stosunek mamy tego chłopca, do mnie, do mojej pracy. Ja jestem po to, aby zaopiekować się dzieckiem. Nakarmić, zorganizować zabawę, zadbać o rozwój oraz higienę i przede wszystkim zapewnić bezpieczeństwo, a ganianie 2-latka po ulicy nie zalicza się do bezpiecznych czynności. Może nie zauważy schodów, spadnie, uderzy się niefortunnie, a ja nie zdążę dobiec i go złapać ? Może wbiegnie na jezdnie i potrąci go samochód ? Może podbiegnie do psa, który go ugryzie ? I kto temu będzie winien ? Ja, bo nie zapewniłam mu bezpieczeństwa. Jeśli matka nie reaguje na to, co wyczynia jej syn, i zamiast wprowadzić jakieś zasady, woli za nim biegać, to proszę bardzo - to jej dziecko, i to ona będzie odpowiadała w razie (odpukać!) nieszczęścia. Najgorszy jest jednak jej sposób myślenia, że skoro ona to znosi, to ja też muszę. Gdybym zamiast palnąć tydzień, palnęła dwa dni, byłoby to samo, bo jej się nie mieściło w głowie, dlaczego mogę zastosować karę w postaci szlabanu na wyjście za to, że uskuteczniał ucieczki. Dla niej w ogóle spacer był jednym z kluczowych, moich obowiązków. Może dlatego, że była cały czas w domu.
To bieganie za dzieckiem jest dla mnie nieporozumieniem i porażką rodzica.Jeśli rodzic nie potrafi poskromić swego dziecka to jakim prawem wymaga tego od opiekunki?
Jestem mamą starszego już dziecka ale pamiętam spacery z dwulatką.Nie było możliwości by dziecko nie szło trzymając się mnie za rękę po chodniku czy przechodząc przez ulicę.Oczywiście na trawnikach,placach zabaw,w zamkniętym ogrodzie nie ma takiej konieczności.
Sądzę,że gdyby moje dziecko tak się zachowywało,że ucieka lub dziecko,które miałabym pod opieką to po prostu chodziłoby ze mną w szelkach.Jest to upokarzające,owszem ale BEZPIECZNE.
dziecko,które miałabym pod opieką to po prostu chodziłoby ze mną w szelkach.Jest to upokarzające,owszem ale BEZPIECZNE.
A no właśnie miałam się zapytać jak zapatrujecie się na takie szelki. Powiem szczerze, że widziałam raz i wcale mnie to nie raziło. Wydaje mi się, że jest to dobre rozwiązanie, bo dziecko, które niekoniecznie chce trzymać rodzica za rękę, może czuć swobodę, a jednocześnie, rodzic może je kontrolować i ewentualnie uchronić od upadku.
Ja takie szelki praktykowałam gdy moja córka zaczynała chodzić.Miałam problemy z kręgosłupem więc trudno było mi co chwila się schylać i podnosić córkę.
Wydaje mi się,że dobrze sobie poradziłam z poskramianiem nadmiernej motoryki córki i po prostu nie uciekała,słuchała mnie.
Ciebie to nie raziło ale przyznam,że moją dwulatkę to chyba by rozjuszyło.Poza tym jako dwu-trzylatka była już na tyle kumatym dzieckiem,że nie dałaby się zaprząc w szelki:).Wyjątkiem była nauka jazdy na nartach:)
Nie jestem za tym by chronić od upadku- zresztą takiego zdania są także fizjoterapeuci.Dziecko MUSI upadać po prostu.Przez to uczy się upadać amortyzować upadek,upada na ręcę a nie np prosto na twarz.Jesli się tego nie nauczy to może sobie poważną krzywdę zrobić gdy będzie starsze.
Jak widzę trzy- czterolatki w szelkach to hmmm...Jeśli to samo dziecko chodzi na spacery przedszkolne normalnie,za rękę to na miejscu takiego rodzica spaliłabym się ze wstydu.
Gorzej jak dziecko się zorientuje, że na szelkach można się położyć... ![]()
Czytam co mówi psycholog o mówieniu do rodziców po imieniu. Może to prawda.
Jednak jestem żywym i dorosłym przykładem, że nie zawsze.
Mówiłam rodzicom po imieniu od kiedy byłam małym dzieckiem. Dla mnie było jasne jak słońce, że niema różnicy czy używam imienia mojej mamy czy mówię 'mamo' ona i tak jest u władzy, tak samo co do taty. Nigdy nie było sytuacji żebym wyzwała, któreś z rodziców, ani sytuacji w której ignoruje ich zakazy i nakazy. Trzeba było wracać z podwórka jak mama mówiła, i jakkolwiek mi się to nie podobało to mogłam co najwyżej ładnie poprosić o więcej czasu
Nie robiłam scen w sklepach, nie ruszałam cudzego jedzenia z talerza, nie śmiałam łazić do koleżanek i prosić się o jedzenie, wiedziałam, że do starszych ludzi trzeba być grzecznym ustąpić miejsca, mówić 'pani,pan'.
Jak ktoś nie umie wychować dziecka, to mówienie 'mamo i tato' tego nie zmieni.
Nigdy nie dostałam od rodziców listy nakazów bez wytłumaczenia, wiedziałam dlaczego ustępuje komuś miejsca w autobusie, dlaczego nie wyśmiewam dziwnych ludzi i dlaczego nie depczę mrówek.
Wszyscy zgodnie twierdzili, że byłam najgrzeczniejszym i najbardziej kulturalnym dzieckiem.
Z rodzicami rozmawiałam i rozmawiam o wszystkim. Mam i miałam do nich zaufanie, mam zaufanie do ich rad. Teraz nie mówię im już po imieniu, ale nie mówię też 'mamo i tato' raczej 'dzióbku' 'kotku' i takie tam śmieszne słowa.
A co do Pań w przedszkolu albo szkole, broń boże żebym do obcej osoby dorosłej mówiła na 'Ty' kiedy byłam dzieckiem, do głowy mi to nie przyszło, uważałam to za porażkę. Jak przypadkiem w rozmowie zamiast 'pani rozumie' powiedziałam 'rozumiesz?" to się cała czerwona robiłam
Też mi się wydaje, że dużo zależy od rodziców - bo jak rodzic nie potrafi wychować dziecka, ba nawet się nigdy nad tym nie zastanowił, co robi dobrze a co źle, to dziecko będzie sprawiało kłopoty do końca, są na szczęście też rodzice, którzy potrafią trzymać rękę na pulsie, i mimo, że czasami pozwolą powiedzieć sobie po imieniu, to są na tyle mądrzy i mają wyrobiony szacunek u dziecka, że to nic w wychowaniu dziecka nie zepsuje. I tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć i rozmawiać z dzieckiem.
A odnośnie spacerów dwulatków (sama mam taką dwulatkę): zachowanie na spacerze może się zmieniać prawie z dnia na dzień - sama to w tym tygodniu przerobiłam - ledwo szła na spacer ładnie za rączkę i w ogóle bardzo grzecznie, a w tym tygodniu nagle diabeł wcielony, pędzi, nie słucha, kłóci się (u takich dzieci czasami różne fazy nagle przychodzą, trzeba je przerobić, a po jakimś czasie ustępują). Trzeba to teraz przerobić z dzieckiem ;/ Ale co fakt to fakt - BEZPIECZEŃSTWO przede wszystkim.
Ja się dziwię, że ta matka tak się oburzyła przy tej rozmowie o pracę. Chyba powinno jej bardziej zależeć na bezpieczeństwie dziecka niż na jego swawoli. Cóż, nie każdy jest mądrym rodzicem ;/;/;/
32 2013-04-28 01:16:27 Ostatnio edytowany przez Kyntia (2013-04-28 01:25:56)
A wystarczyłoby wziąć kredki,kolorowankę czy poczytać dziecku książkę.Nie widziałam jeszcze dziecka,którego by to nie zajęło.
Mojemu możesz wyczarować złotego słonia który przez trąbe puszcza banki mydlane i będzie miał to głęboko gdzieś. Jak nie spotkałaś i nie widziałaś to mało sie znasz na dzieciach.
Dziecka nie można zaszufladkować, to są odrębnę osobowości. Możesz czasami na rzęsach stawać a i tak Twoje plany spalą na panewce. Tylko wkurza mnie obojętność rodziców na takie zachowania....wzruszanie ramionami,czy suszenie zebów. Za 10 lat będa suszyć zabki do kuratora sądowego.
Ja się dziwię, że ta matka tak się oburzyła przy tej rozmowie o pracę. Chyba powinno jej bardziej zależeć na bezpieczeństwie dziecka niż na jego swawoli. Cóż, nie każdy jest mądrym rodzicem ;/;/;/
Ja się nie dziwię. Ja zatrudniając wymagam i ja oceniam. A jak ktoś mi mówi że tydzien nie wychodzenia dla dwulatka to norma...
Niania może mieć swoje zdanie. Może i ma je zachować dla siebie i albo przyjmuje tę pracę albo rezygnuje.
Proste.
A Ty już od razu matke oceniłaś po 2 wpisach niedoszłej niani. Gratuluję dorosłości ![]()
.
Mojemu możesz wyczarować złotego słonia który przez trąbe puszcza banki mydlane i będzie miał to głęboko gdzieś. Jak nie spotkałaś i nie widziałaś to mało sie znasz na dzieciach.
Dziecka nie można zaszufladkować, to są odrębnę osobowości. Możesz czasami na rzęsach stawać a i tak Twoje plany spalą na panewce. Tylko wkurza mnie obojętność rodziców na takie zachowania....wzruszanie ramionami,czy suszenie zebów. Za 10 lat będa suszyć zabki do kuratora sądowego.
Kyntia- to nie jest kwestia szufladkowania.Ja po prostu jeszcze nigdy nie widziałam by rodzice u lekarza poczynili ten trud i zabrali dla dziecka jakieś zabawki,kredki czy książeczki.Jeśli kupisz dziecku przed pójście do lekarza jakąś drobną zabawkę,która mu się podoba czy kredki i kolorowankę to raczej bata nie ma by dziecko choć przez chwilę tym się zajęło.Oczywiście są takie dzieci,którym to nie wystarczy- rodzic też musi się asystować,kolorować z dzieckiem,rozmawiać po prostu.Jak widzę tych rodziców co nawet nie próbuję tylko z całej siły trzymają dziecko na kolanach a ono wije się jak piskorz i ryczy to tak sobie myślę,że może zapadli w śpiączkę i dlatego nie pamiętają gdy sami byli dziećmi.
Nawet odrębne osobowości można czymś zająć zainteresować.Tylko trzeba wiedzieć czym i jak to zrobić.
Zgadzam się, każde dziecko da się ujarzmić,czymś zainteresować,a w jaki sposób to chyba rodzic wiedzieć powinien najlepiej.