Sprawa wyglada nastepujaco :
Syn (lat 28) zonaty, zaradny mlody facet, ktory skonczyl szkole i od najmlodszych lat pracowal, pomagajac w znacznym stopniu rodzicom. Rodzice sa dumni z tak obrotnego syna i sobie przypisuja jego operatywnosc - "tak zesmy porzadnie dziecko wychowali", "on sie nimi zajmie na starosc , bo to takie dziecko dobre"
Corka (lat 33) jest kompletnie niezaradna zyciowo. Byla trudnym dzieckiem, wagarowala, pila, zaszla w ciaze w wieku 17 lat. Szkoly nie skonczyla, nigdy nigdzie nie pracowala. Po 3 latach nieudanego malzenstwa (dziewczyna nie byla skora nawet do tego, zeby dzieciom pranie zrobic, robil to za nia maz, ktory utrzymywal rodzine i zajmowal sie dziecmi) ona wdaje sie w romans z facetem o 30 lat od niej starszym, w wyniku tej "milosci" rodzi sie kolejne dziecko. Kobieta wiaze sie z nowym towarzyszem, razem z trojka dzieci klepia biede jakich malo. Z kazdym problemem corka zwraca sie do matki, ktora na chwile obecna regularnie pozycza jej pieniadze i raz na tydzien podsyla paczki z jedzeniem, "zeby dzieci nie byly glodne". W zyciowej porazce corki rodzice juz tak ochoczo swojej zaslugi sie nie dopatruja - "no przeciez my za niej decyzji nie podejmujemy", " to nie nasza wina, ze tak sobie zycie ulozyla", "nie tak ja wychowalismy"
Pomijajac fakt tak skrajnej roznicy miedzy wychowaniem dzieci zastanawia mnie jedna rzecz :
za co tak naprawde mozna "obwiniac" rodzicow.(wszystkich, nie koniecznie tych z mojego przykladu) Czy oni naprawde nie odpowiedaja za jej porazke? Na ile rodzice sa odpowiedzialni za nasze dorosle zycie (w kontekscie wychowania). Przeciez oni nie tak ja wychowali...
Zapraszam do dyskusji ![]()