Z mezem jestem od 6 lat, 3 po slubie. Niedanwno zostalismy rodzicami.Jestem szczesliwa matka,ale czuje sie samotnie.. Moj maz "nalogowo" gra w gry.Nasze malzenstwo dzieli sie na dwa swiaty : jeden moj i jego drugi.Jego swiat : rano wstaje do pracy,wraca o 14.30 i do wieczora bez kiwniecia palcem siedzi i gra i tak od kilku lat.Moj swiat to dziecko,obowiazki i wszystko co sie wiaze z zyciem codziennym.I zawsze sama.Maz woli pograc na komputerze niz wysc.Nie jestem wymagajaca,nie trzeba mnie zabierac do teatru zeby byla zadowolona,ale on zawsze ma wytlumaczenie.To nie mamy pieniedzy,to jest zmeczony,bo przeciez chodzi do pracy.Nigdy nie kwapil sie zeby w czyms kolowiek pomoc.wszystko msuialam robic sama...Czesciowo moja wina bo wyreczalam go we wszystkim.Kiedy prosze zeby zajal sie chwile dzieckiem,synek dalej placze a maz sobie gra..i tlumaczy se ze dziecko grymasi.Innym razem wlancza telwizor,dziecko lezy na podlodze bo Tatus nie zauwazyl ze zsunelo sie z maty...Na spacery chodzimy sami..bo on jest albo chory albo mu sie nie chce.
Kiedy planowalismy rodzine obiecal ze bedzie sie angazowal i na tym sie skonczylo...Znajomych nie mamy bo nigdzie nie wychodzimy,mam kilka kolezanek z pracy,ale one sa duzo starsze maja swoje rodziny i spotykamy sie sporadycznie .Mam 28 lat a czuje sie jak stara baba,nie mam nic z zycia poza tym marazmem...Dzieki dziecku i chodzeniu na spacery spotykam nowych ludzi.Przez reszte lat siedzialam tak w domu i patrzylam jak gra...
Kiedys nie zdawalam sobie spraw domu lezy,ten problem jest tak powazny..czasami zaluje ze przymykalam oko na wszystko i sama doprowadzilam do tego co jest dzisiaj..Mam na mysli wchodzenie mu w dupe...
Od narodzin dziecka jest wiecej obowiazkow,nie wymagam od meza niczego specjalnego,al przyniesienie wannieki z woda byl problem,zawsze bylo nie teraz,bo akurat gral.Wyniesienie smieci,ja nie moge bo nie bede ubierac noworodka zeby wyniesc smieci,wiec zbieralo sie po kilka workow na balkonie...Wykrzyczal mi kiedys ze jaka ze mnie matka ze dziecko placze a ja robie cos innego..A sam siedzial w pokoju i patrzyl jak plakalo..
Jest strasznie uparty,ja zawsze ustepowalam..Probowalam na spokojnie i zloscia,nic nie nie zmienilo...
Ostatnio powiedzialam ze mam dosc,chce sie rozejsc.Zyje jak samotna kobieta wiec po co mi Maz? Do klotni,po to zeby mial za darmo sprzataczke i kucharke,ze pojde i wszystko za niego zalatwie po urzedach...Obiecal ze sie zmieni...
I dzisiaj kolejna klotnia...Wstalam wczesniej ,wyszlam z sypialni,wzielam dziecko zeby sie wyspal,bo jest przeziebiony..gotowalam obiad a on wstal i poustawial mi swoje szklanki i kubki na szafce,jakby nie umial wsiadzic do zmywarki,lozko nie poscielone...Ja posprzatam,wkoncu nie mam co robic..Dziecko placze..
Od 3 miesiecy pralka sie psuje,mial zagladnac..nie mial czasu...zreszta jak inne kilka rzeczy...Powiedzialam dzisiaj zeby zlozyl papiery o rozwod,bo ja nie mam sily ciagle naprawiac sowjego malzenstwa...
Szkoda mi dziecka,bedzie mialo rozbita rodzine,troche sie boje jak to bedzie wygladac,mieszkamy w Niemczech i mam nadzieje ze sobie sama poradze....Moglabym zacisnac zeby i zyc tak dalej...ale nei wiem czy chce..Teraz jest ostani dzwonek zeby moze cos naprawic ale jak??????? co mam zrobic???
Podobne tematy
Jest uzależniony od komputera. I to zdrowo uzależniony, skoro przedkłada granie na kompie nad potrzeby swojego kilkumiesięcznego dziecka. Tu chyba niezbędne będą drastyczne rozwiązania - wizyty u specjalisty od uzależnień, wyniesienie komputera z domu etc. Groźbą, która może na niego podziałać, żeby wziął się za siebie i jedyną chyba alternatywą, kiedy za siebie wziąć by się nie zechciał jest wniosek rozwodowy. Ale tak na poważnie, a nie na żarty, jak w twoim wpisie: "Powiedzialam dzisiaj zeby zlozyl papiery o rozwod,bo ja nie mam sily ciagle naprawiac sowjego malzenstwa".
O dziecko to ty się nie martw. Lepiej być wychowywanym przez jednego, szczęśliwego rodzica, niż dwójkę nieszczęśliwych. Swoją drogą, jak on nie zwraca uwagi na płacz niemowlaka, kiedy siedzi przy komputerze, jeśli on tak odlatuje w swój wirtualny świat, to po prostu strach zostawiać go samego z tak małym dzieckiem.
o leczeniu nie ma mowy..powiedzialby ze sama mam sie leczyc ..jak go znam..Nie chce pochopnie podejmowac decyzji,musze sie nad tym zastnowic
Ale nad czym tu się zastanawiać..kochana a dam sobie rękę uciąć że od zawsze tak było że coś obiecywał ble ble ble i tak to trwało bo miałaś nadzieję że jednak się zmieni.
A czy dasz sobie radę...jasne że tak i jak napisała wont lepszy jeden rodzic a szczęśliwy
Czy Twój mąż ma jakiś powód aby zmienić swoje podejście? Jak rozumiem, to przez 6 ostatnich lat tak właśnie żył i było dobrze. Czasem coś tam naobiecywał, potem i tak nie musiał się tym przejmować i dalej jakoś się toczyło... Aby w ogóle chciał pomyśleć o zmianie, to musi mieć naprawdę silną motywację do tego!
no wlasnie ale jak go moge zmotywowac?kiedy rozmawiamy o wszystkich tych klotniach i o jego obojetnosci,wychodzi na to ze wszystko to moja wina.Powiedzial mi ze odkad pamieta tylko sie na niego wydzieralam...owszem dochodzilo do klotni,bo ja zawsze mowilam ze nie podoba mi sie takie zycie..On komputer a ja wiecznie sama...Powiedzilam mu ze skoro od zawsze na niego krzyczalam to po co mi sie oswiadczyl? moglismy sie wtedy rozejsc i kazde zaczeloby zycie od nowa.Nie mieli bysmy nic wspolnego..Dzieci w planach tez jeszcze nie bylo...Chcialabym to naprawic bo maz jest dobrym czlowiekiem i jak kazdy ma swoje wady..u niego to wlasnie obojetnosc i egoizm...
Czy napawde nie moge go jakos zmotywowac..???moze podzialal by wstrzas o rozwodzie,gdybym zadzwonila do adwokata popytac...??
Witaj Balbinko ja mam identyczna sytuacje z tym ze ja jestem rok po slubie i nie mam dziecka, ale maz zachowuje sie bardzo podobnie, gra w gry calymi dniami jak ostatnio powiedzialam , ze obawiam sie iz jest to juz uzaleznienie to odpowiedzial, ze jestem chora, nie mam juz sil...ja wiem mi jest latwiej odejsc bo nie ma dziecka, ale i tak ciezko podjac ta ostateczna decyzje bo przeciez nie po to wychodzilo sie za maz:(
Na pewno Cię nie pocieszę.
To jest typ faceta, który ma słomiany zapał. Zapewne dużo mówi, a mało robi.
Wraca z pracy o 14.30 i twierdzi, że jest zmęczony...Nic nie robi, nie pomaga, gra na komputerze, nawet nie pomoże. Widzisz, że on znowu obiecał zmianę, a jest dalej tak, jak było.
Rozwód to dobre posunięcie. Całe życie byś się męczyła, a masz dopiero 28 lat.
Ja po swoim mezu wynosze nawet puszki po piwie, wiem to smieszne, ale jak ja tego nie zrobie to on tym bardziej, a ja chce miec ladne, czyste mieszkanie, nie mowie juz o tym ze jak toczy jakas wirtualna walke a wejde do pokoju, poniewaz chce porozmawiac, to krzyczy ze mam dac spokoj bo teraz gra...no daj spokoj:((
Też mam takiego w domu. Jakbyście zobaczyły stolik RTV to całe centrum medialne, jak nie jedna konsola to druga, to znów jakiś film sensacyjny, zwariować można. Weekend się nie obejdzie bez imprezki i dwudniowego kaca, ostatnio do tego nawet doszło, że poszedł na złość mi na miasto, a był już wstawiony i jak wracał, to go pobili i okradli, a "szczęśliwie" miał ze sobą 500 zł ze zwrotu podatku i wszystkie dokumenty.
Ślubu nie mamy, mamy jednak 2,5 letnią córeczkę. Mieszkam u niego, z teściami w dodatku, ale nienawidzę tego domu i najchętniej uciekłabym stąd daleko. Jednak nie stać mnie na wynajem mieszkania, z rodzicami też nie było by życia, bo muszę się ciągle dostosowywać do ich trybu życia, a gdzie czas na swoje sprawy? Pracuję u rodziców w sklepie, nawet pełnego etatu nie mam, na ciuchy szkoda, fryzjer dwa razy do roku, opłacić żłobek na mojej głowie, lekarstwa małej jak chora, ubrać ją też ja muszę, a ostatnio ze wszystkiego mi wyrosła, jedzenie do domu sprowadzić i ugotować też na mojej głowie. Bo jak wyślę jego na zakupy to zwiezie masę fast-foodów i słodyczy a nic zdrowego ;/ W dodatku ostatnio nie ma nawet o czym rozmawiać on ma swoje życie ja swoje, kiedyś starałam się go ciągnąć za język, co u niego w końcu na tym polega związek, żeby prowadzić jakiś dialog, interesować się sobą nawzajem, ale się irytował a nawet traktował to jak napad na niego, z kolei on się o nic mnie nie pyta (ewentualnie telefon, kiedy będę w domu, bo on chce wyjść lub potrzebuje auto).
Stan tej rzeczy mnie dobija, już rok temu chciałam od niego odejść, nawet na miesiąc wyprowadziłam się do rodziców, mówił, że zmądrzeje, że się zmieni, ale i tak jest po staremu. Teraz obrałam inną strategię, jakoś jeszcze wytrzymam z rok, chcę szkołę skończyć na opiekuna medycznego w ruszyć za granicę a potem ściągnąć córcię. Mała też będzie większa, będzie łatwiej mi się nią zaopiekować samej, a nawet przedszkole czy opiekunkę znaleźć. A on niech tu sobie siedzi sam. Teraz siedzę cierpliwie, robię co mam zrobić , kilka zadań do zrealizowania na ten rok, sprawy ruszą do przodu. Cierpliwość.
Małej też na zdrowie wyjdzie ograniczenie kontaktów, niech nie patrzy na tą bezproduktywną monotonię, harującą matkę dla wiecznie niezadowolonego tatusia ;/
Balbinka pomyśl o sobie i o tym co chcesz w życiu osiągnąć, czasami trzeba być w pewnym stopniu egoistą, masz jeszcze szansę ułożyć sobie życie od nowa. Odpadnie Ci dużo obowiązków, a nawet jak czegoś nie zrobisz na czas, to nikt Ci nie będzie marudził, że jesteś niezaradna czy powolna. Wiem, że przy małym dziecku ciężko cośkolwiek ponad planowego zrobić, ale jak mały będzie miał już roczek, sprawy zaczną się lepiej układać a z każdym kolejnym miesiącem będzie łatwiej ![]()
To twoj chociaz Ci auto daje, bo ja jego autem jezdze tylko jak z imprezy trzeba go scholowac, wracajac z pracy ide do niego siadam no i pytam jak minal dzien, czy dobrze sie czujesz to odpowiada mi jednym slowem dobrze albo, normalnie i koniec rozmowy, a ja sie tez prosic o rozmowe nie bede wiec ide w swoja strone, a on do 12 w nocy moze sobie swobodnie pograc i popijac piwko, my mieszkamy na swoim, ale zadna to rewelacja bo to odejscie to rowniez mieszkanie mi wstrzymuje, nie chce zostac bez niczego
A moze zepsuj mu ten komp jak bedzie w pracy ale tak jakby Sam sie zepsul
mysle, ze jakbym zepsula mu ten komputer to jeszcze w ten sam dzien pojechalby go naprawic i na drugi dzien mialabym to samo, on sie nigdy nie przyzna, ale ja widze ze jest juz po prostu od neigo uzalezniony
Shatterfly - dobrze, ze znalazlas jakas opcje na wybrniecie z tej patowej sytuacji. Wazne, ze cokolwiek zmierza ku lepszemu.
Niestety dzieczyny , Wasi faceci sa ewidentnie uzaleznieni od gier komputerowych. To juz nie jest hobby, czy rozrywka. Z tego co piszecie, to mozna podciagac pod jednostke chorobowa.
Nawet jak wymusicie na nich zainteresowanie domem, dzieckiem, to bedzie tylko chwilowe i dla swietego spokoju. Za czas jakis powroca do swojego swiata gier.
Jedyna nadzieja, to, zeby oni sami zauwazyli ten problem, ze swoje zycie zamieniaja w wirtualny swiat. Ale, zeby tak sie stalo, to trzeba kubel zimnej wody wylac im na leb - awantury, grozby nie zdadza sie na nic.
Z kazdym rodzajem uzaleznienia mozna wygrac tylko jednym - KONSEKWENCJA. Jezeli straszycie go czyms (rozwod,wyprowadzka itp), to nie tylko straszcie, ale robcie to!
Byc moze sie otrzasnie, jak dostanie pozew, czy zauwazy brak drugiej polowy w domu. To jest jednak tylko byc moze, rownie dobrze moze pozostac przy swoim, ale czy wtedy warto marnowac zycie na kogos takiego?
Ps jakis czas temu byla glosna sprawa w USA o zaglodzenie niemowlaka, bo mamusia nie mogla oderwac sie od kompa.
nie mam pojecia co to znaczy uzaleznienie od gry
ale nie jedna tu pisze ze zawsze tak bylo, lub po slubie tak bylo, wiec
po co slub brac??
po co dziecko??
Dziewczyny ja nie wiem ku czemu zmierza ten swiat...jak bylam mlodsza patrzylam na dziadkow,ich szacunek do siebie,milosc..W kazdym malzenstwie sa klotnie..Ale kiedys sie naprawialo bledy a teraz ...ludzie sie poprostu rozchodza..Mialo sie po 7 - ro dzieci i jakos dawalo rade,malzonkowie sie wspierali.Facet potrafil naprawic cos w domu,umial wszystko..a moj maz dopiero pol roku temu dowiedzial sie gdzie sa narzedzia...wczesniej musialam sama wszystko robic..teraz zaczelam wymuszac.
Nie wiem co sie dzieje z tymi chlopami...Moj mi powiedzial ze skoro nie podoba mi sie jego hobby to on znajdzie sobie inne i tez mi bedzie nie pasowalo..Bez sensu..
nigdy nie pwoiedzialam ze nie podoba mi sie jego granie..niech gra ale z umiarem..Jezeli nei reaguje na placz dziecka,lub na nic nei ma czasu to juz przesada...
Brzanka26 ja tez zbieram zawsze butelki i wszystko co lezy na biurku po zanim on wyniesie to mnie szlak predzej trafi...
Nie wiem co robic...Widac duzo kobiet ma problemy,faceci pewnie z kobietami tez ...Czasami zastawialam sie czy moze powinnam docenic to ze jest spokojny,nie pije i nie wluczy sie gdzies po lokalach...
Chcialabym zeby wszystko bylo normalne,mam cudownego brzdaca..zawsze marzylam o dobrej rodzinie..rodzinma Meza mowila ze on od zawsze komputer...Kiedys imponowalo mi ze ma taka wiedze i tyle potrafi...Zycie ejst cholernie trudne..
Szkoda nerwów na ciągłe ciągnięcie chłopa za uszy, żeby coś trochę chociaż pomógł. Po twoich słowach:
"Moj mi powiedzial ze skoro nie podoba mi sie jego hobby to on znajdzie sobie inne i tez mi bedzie nie pasowalo"
to stwierdzam, że on strasznie konfliktowo nastawiony?
A jak Ty się czujesz? Ty dbasz o jego potrzeby, obiadki, czyste ubranka, posprzątany pokój, a jak z Twoimi potrzebami?
Autorko Twoj maz jest prawdopodobnie uzalezniony,a w zwiazku z tym Ty wspoluzalezniona .
Zgłos sie do poradni i zajmij sie swoja terapia.Ty tez potrzebujesz leczeni,a maz ,jak zobaczy ,ze ma problem to moze cos z tym zrobi ,poki co to nie ma szans zeby to zmienic ,gadaniem czy klotniami.
Zajmij sie soba przede wszystkim ,zeby dziecko mialo normalna rodzine ,inaczej to obydwoje z maluszkiem sie umordujecie.
Podejrzewam ,ze jest Ci ciezko odejsc od meza,ale jak skorzystasz z pomocy terapeuty i poznasz mechanizmy uzalenien, bedzie Ci łatwiej z ta cała sytuacja.
Trzyma kciuki za decyzje.
Shatterfly no wlasnie nie mam czasu dla siebie...chetnie pochodzilabym na basen..bo mam zbedne kilogramy..ale nie mam rodziny tutaj(mieszkam zagranica) a maz sie nie zajmie malym..prosilam nieraz.Niestety musze zawsze byc zdana na siebie...dlatego czuje sie samotna bo niedosc ze mieszkamy tu sami to spedzam czas sama ze soba..Dziecko sprawia mi najwieksza radosc i zajmowanie sie nim..Nie wiem co sie stalo z moim zyciem,moglam od poczatku to zeminac.Teraz maz sie przyzwyczail i trudno cos zmienic...Wychodzenie na zakupy czesto konczy sie kwasem..wogole mam wrazenie ze nie umiemy ze soba przebywac bo nigdy tak naprawde tego nie robilismy...On nie lubi chodzic na zakupy,zawsze mnie popedza,ja tego nienawidze..wole sama chodzic..Wiec czasamis ie glowie po co mi to bylo...skoro wszystko sama..i zawsze sama...to tak jakbym nie mialam meza...czesto zdarza mi sie wpominac jak wygladalo moje zycie kiedys..Bylam weselsza,mialam wiecej energii..Teraz jest inaczej...Kiedys nasza sasiadka powiedziala mi ze nie pasujemy do siebie..Niestety miala chyba racje ![]()
Balbinka, wiem o czym mówisz. Mam to samo w domu, tyle tylko, że rodziców moich mam blisko, ale co z tego skoro pracują i też mają jeszcze dwójkę dzieciaków w wieku przedszkolnym i szkolnym. Nie chcę na nich zrzucać swoich dodatkowych obowiązków, bo swoich mają co niemiara, a teściowa nieodpowiedzialna, w dodatku nie podobają mi się jej poglądy wychowawcze, które wdraża jak się opiekuje małą.
Słuchaj, a pomyślałaś może o jakiejś opiekunce, nawet na godzinkę czy dwie w tygodniu, żeby wyjść i zrobić coś dla siebie? Przyjmą Ci dziecko do żłobka? Wiem, że żłobek się źle kojarzy, ale moja chodzi i jestem bardzo zadowolona, szybko postępy robi dziecko, jest komunikatywne, troszkę byś odetchnęła i miała szansę stanąć na własne nogi.
Pamiętam, że pierwszy rok po urodzeniu dziecka umęczyłam się strasznie, cały czas uwiązana w domu z dzieckiem, kilka pierwszych miesięcy spędziłam praktycznie w domu, bo urodziłam na początku zimy, prawa jazdy jeszcze nie miałam, więc musiałam wiecznie na transport innych liczyć, nawet na zakupy nie wychodziłam z domu. A jak się szło na spacer to zanim cały majdan się spakowało, i wybrało to dobre 1,5 godziny mijało. Plecy bolą, bo jednak to są ciężary przez cały dzień dźwigane, nawet to kilkukilogramowe dziecko parędziesiąt razy w ciągu dnia podnieść unieść i przenieść swoje robi.
Ale nie martw się będzie coraz lepiej, pomyśl o tej opiekunce, a może jakaś sąsiadka na emeryturze się nudzi i chciałaby pomóc, np. przypilnować dziecka gdy ma drzemkę a ty byś się mogła wymknąć trochę z domu?
Z kilogramami pozostałymi po ciąży walczę do dziś, i się ich pozbyć nie mogę, ale też wiecznie czasu brak lub szkoda pieniędzy na aerobiki czy zumby, dobrze tylko, że facetowi codziennie na piwko nie jest szkoda ;/
Radzę sobie z tym tak: wiem, że muszę odczekać jeszcze jakiś czas, kilka miesięcy, aż będę w stanie stanąć dobrze na własne nogi, wtedy wynoszę się do rodziców mam nadzieję, że nie na za długo, a potem jak ułożę sprawy sądowe, to szukam na stałe pracy w Niemczech i od razu jakiegoś małego mieszkanka. Potem tylko pozostaje mi małą sprowadzić do siebie. Przedszkole, może jakaś au pair i powinno się udać mam nadzieję ![]()
Ale to wszystko metoda małych kroczków, coś codziennie w tym kierunku nie daje mi zwariować i dodaje cierpliwości.
Może jak się zajmiesz tylko sobą i dzieckiem, na męża zwracając minimum uwagi, to może on w końcu zauważy, że coś jest nie tak, może nawet poczuje się tak odizolowany jak Ty teraz? Może taki zimny prysznic sprawi, że zastanowi się nad całą sytuacją?
Nie mialam internetu pozniej malo czasu...
Shatterfly wiec obie jestesmy z DE
A ja postanowilam ostatecznie powalczyc jeszcze raz..mam zale do meza,on do mnie pewnie tez ale chce nam dac jeszcze szanse..kocham go..
Chodz dzisiaj znow bylo goraco..wychodzilam na gimnastyke z dzieckiem..szykowalam sie do wyjscia..dalam Mezowi dziecko a on jedna reka gral a druga trzymal malego...A dziecko sie darlo..Krew mnie zalewala ale nie chcialam nic mowic i znow prowokowac klotnie...Klotnia zrobila sie sama...wzielam dziecko i powiedzialam zeby zszedl na dol ze mna i zniosl mi wozek.krzywo popatrzyl(pewnie mu przeszkodzilam w waznej grze)..powiedzialam ze od tego jest zeby pomagal..Dzien wczesniej prosilam i biedny zapomnial mi zniesc wozek..Bo oczywiscie w biegu robi kanapki,w biegu sie zalatwia i w biegu wychodzi do pracy...Dzisiaj doszlo do wymiany slow,poraz kolejny i powiedzialam zeby sie nagral bo jak wroci komutera nie bedzie...Zastanawialam sie czy mam to zrobic..Ale stwierdzilam ze powinnam juz dawno to zrobic...Tak mnie wkurzyl ze odlaczylam komputer..zostal monitor i reszte schowalam...i teraz jak wroci to sie zdziwi..
Znajoac zyci bedzie zly..uslysze pewnie kilka milych slow..ale niech sie zastanowi nad soba..Bylabym nawet sklonna mu zepsuc..jezeli to nie pomoze to wtedy bede wiedziala ze niema o co walczyc ale sprobuje..
Druga rzecza bedzie twoja rada zebym zajela sie soba...jezeli bede to robic dam mu do zrozumienia ze jestem sama ze soba szczesliwa...
Mam dosc bycia samotna zona i matka...
A ty poradzisz sobie napewno,Niemcy to nie Polska-tu nie dadza zginac..Czy ty jestes w trakcie alb
o po rozwodzie??
Dziewczyno, przemysl co robisz i poczytaj swoje posty. On się nie zmieni, a Ty tylko będziesz przesuwać granice, by dzanowny Pan się nie zliscil. Pewnie z tym komputerem była duza afera, a jutro będzie dalej grał. Kto wygrał? Ty , dziecko, komputer ?
On jest chory - dopóki nie zdecyduje sam by się zmienić i sam nie porzuci komputera na nic Twoje tańce, krzyki itp.
Ktoś dobrze Ci poradził byś zajęła się sobą (ale nie by go zmieniać) i poszła na terapię. Co dalej zobaczysz potem.
raki
Dziewczyno!! jak to zabrzmialo...nie wzielam twojego postu na powaznie..wiem co pisze i co pisalam..Czlowiek popelnia bledy i trzeba dac mu szanse je naprawic...Dlaczego nasi dziadkowie zyli tak dlugo ze soba?a wspolczesne malzenstwa nie?
a dlaczego ja mialabym isc na terapie?Psycholog-przyjaciel za pieniadze? smieszne..dzisiaj tak jest. jak sie psuje to wyrzucic i skakac po terapiach u psychologow..ja czuje sie dobrze nie mam depresji wiec o jakiej terapii mowisz?
Balbinka
ja dopiero planuję się przenieść do Niemiec (a i to jak szkołę skończę w lutym i się trochę ogarnę) mam nadzieję że w przyszłym roku będę w trakcie. Bo tutaj w PL dla matki z małym dzieckiem perspektyw nie ma, o pracę trudno, żeby nie kolidowała z zajmowaniem się dzieckiem a wypłata taka, że usiąść i płakać, bo sama się za to nie utrzymam (dodam że jestem z mniejszego miasta). Rozwodu nie będzie, bo nie mam ślubu na szczęście, są wzloty i upadki (przez 3 ostatnie dni nawet ze sobą nie rozmawialiśmy, ewentualnie złośliwie, dziś jest trochę lepiej (też chyba dlatego że cały weekend przesiedziałam w szkole i odpoczęłam i od domu i od dziecka i od niego, zresztą wyszłam do ludzi, chyba tego mi było trzeba). Będę chciała odejść, będę miała gdzie to odejdę, wiem tylko że czeka mnie batalia w sądzie o prawa do dziecka, skoro chcę z nim wyjechać za granicę, ale to dopiero za pewien czas. Póki co realizuję elementy niezbędne, aby znaleźć pracę w DE - szkoła i uczę się języka.
Powiedz lepiej co było jak wrócił do domu a tu nie ma jego sprzętów? Przemyślał trochę sytuację?
raki
Dziewczyno!! jak to zabrzmialo...nie wzielam twojego postu na powaznie..wiem co pisze i co pisalam..Czlowiek popelnia bledy i trzeba dac mu szanse je naprawic...Dlaczego nasi dziadkowie zyli tak dlugo ze soba?a wspolczesne malzenstwa nie?
a dlaczego ja mialabym isc na terapie?Psycholog-przyjaciel za pieniadze? smieszne..dzisiaj tak jest. jak sie psuje to wyrzucic i skakac po terapiach u psychologow..ja czuje sie dobrze nie mam depresji wiec o jakiej terapii mowisz?
Nietety się zgodze w pełnej rozciagłości z Raki. Twój mąż ma problem ale Ty też. Nie widzisz prawdziwej sytuacji w swoim związku. Terapia to dobre rozwiązanie - nawet małżeńska. Twój mąż nigdy się nie zmieni o ile nie będzie tego chciał. Jest uzależniony, a ty go usprawiedliwaisz. W mojej ocenie jesteś osobą wspóuzależnioną.
Chcesz uratować swój związek ? To zajmij się sobą - wyprowadź się albo każ mu się wyprowadzić. Nie musisz od razu się rozwodzić. Idź na terapię i poproś męża aby zaczął terapię w kwestii swojego uzależnienia. To jest jedyny sposób aby ratować związek. Dopóki będziesz tkwiła przy mężu, to będziesz podsycała jego nałóg.
Gry komputerowe, alkohol dla mnie żadna różnica.
raki
Dziewczyno!! jak to zabrzmialo...nie wzielam twojego postu na powaznie..wiem co pisze i co pisalam..Czlowiek popelnia bledy i trzeba dac mu szanse je naprawic...Dlaczego nasi dziadkowie zyli tak dlugo ze soba?a wspolczesne malzenstwa nie?
a dlaczego ja mialabym isc na terapie?Psycholog-przyjaciel za pieniadze? smieszne..dzisiaj tak jest. jak sie psuje to wyrzucic i skakac po terapiach u psychologow..ja czuje sie dobrze nie mam depresji wiec o jakiej terapii mowisz?
a i jeszcze jedna rzecz, pisząc psycholog - przyjaciel za pieniądze oznacza, że nie masz bladego pojęcia o terapii. Kontakt z psychologiem nie ma nic wspólnego z kontaktami przyjacielskimi. Terapia to terapia, a przyjaźn to przyjaźń.
Nie trzeba mieć depresji aby chodzić do psychologa. Jesteś współuzależniona i ktoś ci to musi uświadomić.