Odkąd jesteśmy razem, wszystkie święta spędzamy wspólnie - mój (wówczas) chłopak, potem narzeczony, dziś mąż - spędzał je razem ze mną, w moim rodzinnym domu i z moją rodziną. W jego domu, w przeciwieństwie do mojego, świąt się nie celebrowało, nikt nie przywiązywał do nich wagi, więc też i on nie czuł potrzeby przebywania właśnie w tym czasie z rodzicami, natomiast chciał być ze mną. To dopiero ja pokazałam mężowi, że święta to wyjątkowy, ważny i rodzinny czas, takie chwile, które można poświęcić wyłącznie sobie i które niosą radość. I przyznaję, że dziś to ja mam do nich stosunek bardziej obojętny, natomiast mąż niesamowicie się angażuje i cieszy
.
Czy stresowały mnie pierwsze wspólne święta? Absolutnie nie - ani te pierwsze wspólne, czyli za czasów narzeczeństwa, ani te pierwsze wyłącznie nasze, już po ślubie. Ja bardzo dobrze czułam się w towarzystwie swojego mężczyzny, moi rodzice go uwielbiali, zresztą z wzajemnością, więc nie występował tu żaden czynnik stresogenny. Z kolei ja nie miałam problemu z gotowaniem, mało tego, czułam się w tej roli bardzo pewnie, dlatego przygotowanie świąt w naszym domu też traktowałam wyłącznie w kategoriach przyjemności.
Mojej teściowej właściwie nie znałam, a teść początkowo żył swoim życiem, nie integrował się z nami, ale mimo tego zapraszałam go do naszego domu. Niby relacje były w porządku, twierdził, że bardzo mnie lubi, również to okazywał, a jednak zwykle miał własne plany na święta, oczywiście te plany nas nie dotyczyły. Z czasem to się zmieniło, ale i jego nie ma już wśród nas, zatem temat teściów w moim domu nie istnieje, a mama, to jest zawsze mama, zupełnie inna bajka
.