Witam,
Pod koniec stycznia zerwałem z moją dziewczyną, z którą byłem w związku rok i 7 miesięcy.
Powód zerwania? Miałem dość kłótni, kłótni z których nie potrafiliśmy wyjść. Czepiała się dosłownie o wszystko, była mega zazdrosna, nie pozwalała na żaden damsko-męski kontakt. Musiałem kłamać, że nie pracuję z żadną dziewczyną, bo byłaby z tego potworna awantura i codzienne kontrolowanie. Przy próbach rozmowy oczywiście krzyk, foch i wyolbrzymianie. Nie dało się z nią na te tematy porozmawiać. Mimo tego, była strasznie piękną, inteligentną i cudowną kobietą. Mamy po 24 lata.
Każda kłotnia oddalał mnie od niej. Czułem się coraz bardziej "pusty".
Szczytem, kiedy już wybuchłem i czułem się jakby moje serce nie miało już jej imienia w sobie, były dwie sytuacje:
1) kiedy to zaprosiłem na facebooku (ehh jak ten facebook potrafi namieszać w związku...) kolezankę do znajomych. Co prawda była to koleżanka tylko "z widzenia", ale nie miałem żadnych złych intencji.
2) kiedy to byliśmy zaproszeni przez mojego znajomego na "domową posiadówkę" przy piwku. Rozmawiałem z nią o tym spotkaniu - strasznie się ucieszyła, gdyż znajomy był z pochodzenia włochem, a ona akurat ten język znała i miała okazję go potrenować.
Kiedy mieliśmy wychodzić, ta przeglądała na internecie modele sukni ślubnych jakiegoś projektanta. Zdenerwowałem się, ale okej... po chwili zaczęła słuchać ulubionych kawałków, a ja oznajmiając że już na nas czas zostałem obsypany kilkoma wulgarnymi słowami i potężnym fochem. Jako iż przez ten okres kłótni stałem się człowiekiem, który na takie reakcje reaguje coś w podobie "nie, to nie", wziąłem ją do samochodu i odwiozłem do domu. No sorry, bardzo ale przy takiej sytuacji chyba nie myślicie, że będę ją całował w rączke i przepraszał za poganianie... Nie te czasy...
No więc... gdy uświadomiłem ją o tym, że mam już dość, że nic do niej nie czuję, że przez to wszyustko poczułem się pusty na uczucia, pusty na cokolwiek, ta zaczeła płakać. Przepraszała. Mówiła, że ona wie... że ona wie że była dla mnie tak okropna. Wielokrotnie powtarzała, że się zmieni, że mnie kocha. Nie pozwoliła mi odejść.
Poprosiłem o danie mi czasu na przemyślenia. I... dała. Aż za dużo. W idealny sposób dała mi jednym słowem o sobie zapomnieć. Zero smsów, zero dzwonienia, zero maili, zero niczego.
No ale ok, pomyślałem, że chyba za bardzo do siebie wzięła to "daj mi spokój", choć tak chyba nie postępuje osoba, która kogoś nadal kocha... hm?
Po jakimś czasie, jak mój przyjaciel do niej zadzwonił (rozmawiali o tym, że chyba jednak powinna coś napisać), ta napisała smsa (był to okres jakiś 3 tygodni od momentu rozstania).
Spotkaliśmy się. Było cudownie. Ta piękna, malutka kobietka znowu w moich oczach. Było to cudowne uczucie. Sama radość spotkania się z nią. Mimo iż przez ten okres nie tęskniłem zbytnio za nią, to jednak te spotkanie rozpaliło mały płomyczek w moim sercu. Ona cały czas płakała - mówiła jak to ciężko jej się teraz pozbierać, nie radziła sobie z niczym. Egzaminy na studniach niepozaliczane, kłopoty w domu... Mówiła, że cały czas myśli o nas, tęskni za dotykiem, pocałunkiem. Widziałem, że było to prawdziwe. Gdy ją chwyciłem za rękę, miała dreszcze. Potrzebowała uścisku, więc ją przytuliłem. Rozmawialiśmy jakieś 6h.
Miałem ochotę na kolejne spotkania. Nie wiedziałem sam czy jeszcze ją kocham, ale na pewno nie była to ta sama miłość co na początku - żywiłem nadzieje, że jednak poprzez jej zmianę, mogę pokochać ją na nowo.
Intensywność spotkać wzrosła. Był etap, że nawet codziennie (tak jak wcześniej) się widywaliśmy.
Gdy myślałem, że jest już dobrze i chciałem się znowu poświęcić, przyszło pewne załamanie z mojej strony...
Spotkaliśmy się w gronie moich znajomych. Oba ich bardzo dobrze znała. Siedzieliśmy przy piwie, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Nagle zobaczyłem, że z kimś sms'uje. Myślę "ok, niech robi co chce". Stało się jednak to dość intrygujące i wręcz dokuczliwe, gdy wychodziła zapalić specjalnie by z kimś popisać. Nie wytrzymałem - spytałem z kim tak ciągle pisze, odpowiedziała, że nie powinno mnie to interesować. Zamurowało mnie. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, zwłaszcza, że nigdy nie mieliśmy przed sobą tajemnic. Nie przestałem, dopytywałem. Za którymś razem powiedziała mi, że pisze z koleżanką. Uwierzyłem jej.
Spytałem tylko czy mogę zobaczyć tego sms'a. Obraziła się, coś burknęła pod nosem, ubrała się i wyszła.
Zaraz zadzwoniła do mnie jej inna zupełnie koleżanka - powiedziała, że moja właśnie z nią pisała. Napisała do niej cokolwiek i tak zaczęła pisać specjalnie, by wywołać we mnie zazdrość.
Gdy to usłyszałem, poczułem się, jakbym spotykał się z 15-sto latką (nieobrażając oiczywiscie nikogo), ale przyznajcie, że takie zachowanie nie jest godne prawdziwej, dojrzałej kobiety. Nie uzyskała mojej zazdrości - wrecz przeciwnie. Pozwoliła na to, że jej szansa w moich oczach drastycznie zmalała.
Przepraszała mnie za to przez następne 5 dni. Po tych pięciu dniach pozwoliłem jej, żeby do mnie przyszła.
Rozmawialiśmy o tym zachowaniu. Wybaczyłem jej, choć powiedziałem, że mnie to zabolało. W nocy tego dnia spała u mnie. Kochaliśmy się. Było pięknie. Rano zawiozłem ją do domu.
Na drugi dzień w ogoóle się do mnie nie odzywała z rana. Po pracy (ok 14:00) zadzwoniłem do niej - mówiła, że myje włosy, na pytanie dlaczego (spytałem z głupoty), powiedziała, że widzi się z kolezanką. Szlag mnie trafił. Spytana czemu mi nic nie dała znać, odpowiedziała, że wiedziała że nie mam czasu, bo w pracy byłem... Wcześniej jak była taka sytuacja to pisała mi od razu smsa z pytanie czy w ogóle ją puszcze, albo czy nie mam nic przeciwko temu. Tym razem postawiła mnie przed faktem dokonanym. Czy tak zachowuje się kobieta, która mnie kocha i stara się obudzić we mnie moją miłość do niej?
Co do tych dwóch powyższych sytuacji (wizytą z kolezanka i "akcją zazdrość") jestem pewien że mówiła prawdę. Wiem, bo ją znam. Chodzi mi tylko o jej postępowanie, o jej zachowanie. Traktuje mnie jakby miała mnie głęboko w dup**!
Jak myślicie drogie Panie, co ona chce mi takim zachowaniem pokazać? Co chce wskurać?
P.S Przez ten cały dzień jak się z tą koleżanka widziała napisała mi tylko smsa jak już wróciła do domu (widział ją nawet mój kumpel w autobusie jak wracała od tej koleżanki), a dzisiaj od samego rana się już nie odzywa... Hm.. może nie odzywa się, bo nie odpisałem na wieczorne "dobranoc"?
Ehh... co ja mam robić? Sam nie wiem co czuję. Wiem, że jak znowu ją zobaczę to będę radosny, ale wiem też, że nie na długo. Co ona ode mnie chce?! Jak wg Was kobiety, wygląda ta cała sytuacja, moje zycie z nią?