Witam serdecznie,
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to forum poświęcone kobietom. Tym lepiej. Potrzebuję właśnie wypowiedzi kobiet. I ich pomocy. Jestem dwudziestotrzyletnim mężczyzną, który we wczesnej młodości (miałem wówczas 16 lat) bardzo mocno zakochał się w pewnej dziewczynie o 5 lat starszej. Okazało się, że dziewczyna ta zechciała ze mną być. Nasz związek jednak trwał bardzo krótko, bo 2 miesiące. Zostawiła mnie, bo sama miała ze sobą masę problemów natury psychologicznej i emocjonalnej (na jedno wychodzi). Po dwóch latach- wciąż czekając i gorliwie ją kochając- postanowiłem, że odważę się ponownie nawiązać z nią relację partnerską. Chciałem aby dała nam szansę. Udało się. Byliśmy ze sobą równe 5 lat z paroma dniami stycznia. Zerwała ze mną przez sms-a tłumacząc swój wybór tym, że chce "abyśmy zostali przyjaciółmi". Dodała też, że nie oznacza to iż mnie nie kocha. Później jednak dowiedziałem się, że "się odkochała". To nieco dziwne, gdyż pod koniec grudnia mijała nasza rocznica, były prezenty, czułe słowa, doskonały seks. Potem był sylwester, dobre relacje i jeszcze trochę seksu. Były słowa "kocham Cię" itd. I tu pojawia się moje pytanie do Pań. Co mogło się stać? Innymi słowy- jaka motywacja może kryć się za taką decyzją, która wydaje się tak dalece sprzeczna z obserwowanymi przeze mnie faktami (słowa, gesty, wspólne noce itd)? Pragnę tu zaznaczyć, że nigdy nie była ona ofiarą mojej agresji rozumianej jako działanie fizycznie wymierzone w nią. Nawet nie trzasnąłem szufladą, nie obraziłem wulgaryzmem itd. Owszem, bywałem niezadowolony z różnych drobiazgów i miewam tendencję do irytowania się bzdurami, ale nie uważam, że mogło to przesądzić o naszym bycie lub niebyciu. Bardzo ją kocham i jestem prawdziwie zrozpaczony. Zapewniała mnie, że nie zakochała się w nikim innym, więc opcja romansu czy upatrzonego faceta odpada całkowicie. Osoby postronne również nie miały na nią wpływu (tak twierdzi, ale wiedzą Panie i Panowie jak to bywa z ludźmi. Jedno gadają, drugie robią). Cały czas się z nią targuję, choć spotkałem się z nią twarzą w twarz i pozwoliłem jej odejść. Był to przejaw mojej miłości do niej. Ten gest kosztował mnie więcej niż jakakolwiek rzecz, którą miałem okazję uczynić w życiu. Jednakże po 2 dniach mój umysł zaczął to wszystko trawić i broni się, bo wyrwano mi 1/4 mojego życia, a ten próbuje rozpaczliwie odzyskać ten kawał mnie. Niestety, nasza relacja nie rokuje poprawy. Proszę, napiszcie co o tym sądzicie. Wiem, że to niewiele informacji, ale i tak dużo jak na jedną wypowiedź. Zależy mi na moim związku z nią bardziej niż na własnym życiu. Czuję się okłamany i wykorzystany, gdyż dawałem z siebie 100% siebie. Chciałbym wiedzieć, czy mam działać dalej, czy też zacząć godzić się z końcem... Pozdrawiam serdecznie i proszę o poważne odpowiedzi na poziomie. PorzuconyGregory.