Witam,
w wielkim skrócie opowowiem sytuację.
Jestesmy z żoną ze sobą równo 5 lat. Po ślubie rok i 10 miesięcy. Nie mamy dzieci.
Byliśmy ze soba bardzo szczęśliwi, nie było między nami żadnych problemów. Moja żona jest osoba bardzo uczuciową i wrażliwą.
1. Niestety dwa lata temu mój tata zachorowal na raka i ponad rok temu zmarł. Ślub wzielismy z żona juz w trakcie choroby taty, kochał żone jak córke a ona jego. Po smierci taty została mi poza żona tylko mama. Mieszkamy daleko od siebie. Wiec dosyc czesto do niej dzwonilem, ale żona to akceptowala z reszta sama do mamy dzwonila. Niestety nie jestem zbyt rodzinną osobą i świeta spedzalismy oddzielnie, poniekąd z tego powodu ze moja mama nie była gotowa na wychodzenie do innych ludzi. A ja przyjezdzajac do naszego spolnego miasta z zoną (raz na miesiąc albo żadziej) spedzalem czas z mama aby w jakis sposob wynagrodzic jej bol po stracie taty. Ja psychicznie wewnąt siebie nie mogłem sie chyba pogodzic z zaistniala sytuacją.
2. ostatnio mojej w pracy (tez mniej wiecej kilka miesięcy) nasilily sie negatywne ewmocje. Problemy etc.
Koniec konców coraz czesciej mialem zły humor, byłem poirytowany, cos mi przeszkadzało, kłucilem sie z kierowcami innych samochodow w czasie jazdy , ze xle parkującymi etc.
Jednoczesnie w dalszym ciągu nie widzialem świata poza żoną, byłem czułu i opiekunczy, martwilem sie o nia kiedy była chora. Dbalem o kazde jej potrzeby. Jezeli tylko czegos potrzebowala potrafilem zrobic wszystko aby to zdobyc.
Spedzalismy ze soba praktycznie caly czas nigdy sie nie nudzac, zawsze majac tematy do rozmowy, smiejąc sie i zartując.
Jednak po swietach, na ktore wyjechalismy oddzielnie , żona przyjechala do mojej mamy, zostawila towrby i powiedziala mi ze się wyprowadzila z naszego domu i że mnie zostawia.
Powiedziala ze juz dluzej nie wytrzyma tego ze jestem nerwowy (padlo oczywiscie jescze kilka argumentów ale juz nie tak istotnych).
Prosze zrozumiec, ze moja nerwowosc nie byla wybuchami gniewu połączonymi z agresja , zwyczajnie (albo jednak niezwyczajnie) moglem sie zdenerwowac ale po kilku minutach (nie wiem, ale nie dluzej niz 5 ) wracalem do normalnego humoru i staralem sie przeprosic zone i wyjasnic ze to ogolna sytuacja. Prosze uwierzyc ze w zasadzie nigdy, poza dwoma lib trzema wyjątkami nie podnioslem w zaden sposob glosu na zone, nie wspominając juz o jakichs agresywnych zachowaniach.
Staralem sie żonie wytłumaczyc że moje poddenerwowanie ma przyczyne w sytuacji zewnetrznej i ze moge sie zmienic.
Powiedziala ze mi nie wierzy, ze mi dawala sygnaly (naprawde ciezko czasem odczytac sygnaly jezeli ktos nie powoe czegos wprost) i ze jezeli bym sie zmienil to niebylbym soba.
Staralem sie wytlumaczyc zonie ze to co nas łaczy jest czyms o co warto walczyc. Zona caly czas plakala, mowiila ze mnie kocha, ale zdania juz nie zmieni.
W tej chwili rozmawialel tylko z jej rodzicami, ona wyjechala i nie chce ze mna rozmawiac, nie odbiera telefonu i nie odpisuje na esemesy.
Ja juz po fakcie rozstania, aby nie byc goloslownym w stosynku do żony, ale tez żeby samemu dojsc przyczyny swojego zachowania poszedlem na psychoterapię.
Znam juz przyczyny mojego zachowania, wiem jak sie ich pozbyc. Jednoczesnie wiem ze zona mnie kocha i że cierpi .
Moje pytanie jest banalnie proste i strasznie skomplikowane : Jak odzyskac żone, która jest dla mnie wzystkim, a i mam wrażenie że ja dla niej tez.
Widzialem w rozmowie po rozstaniu, ze moje argumentu na temat naszego związku do niej trafialy, ze sie imm w jakis sposob poddaje, a jednak trzymala sie swojego zdania z uporem maniaka.
Co zrobić????