Pierwszy raz piszę na jakimkolwiek forum o moim życiu prywatnym, ale jestem już tak zdeprymowana, że chyba potrzebuję pomocy. Poza tym ta wypowiedź jest może również nieco terapeutyczna. Można swój żal z siebie wyrzucić...
Mam 45 lat. Nie byłam nigdy zamężna. Miałam jakieś priorytety. Cele w życiu. Pochodzę z małej miejscowości z biednej rodziny. Ciężko w życiu pracowałam, by jakoś stanąć na nogi. Być niezależną. Od 10 lat mieszkam w Warszawie. Mam własny segment...skończyłam studia na dobrej, panstwowej uczelni. Miałam niezłą pracę na managerskim stanowisku. Tylko niestety od rana do wieczora pracowałam.
Byłam sama. Lata mijały. Czułam się samotna. Moim wielkim marzeniem było poznanie fajnego faceta, który po prostu by mnie pokochał. Rano bez makjiażu, w sobotę rozczochraną w miśkowatym szlafroku. Kogoś, kto chciałby ze mną cieszyć się każdym dniem. Zapisałam się na portal randkowy lecz szybko z niego uciekłam otrzymawszy wiele ofert pośrednio lub bezpośrednio oferujących seks bez zobowiązań. Zapisałam do biura matrymonialnego wyrywającego sporą kasę w zamian za zero ofer
Nie o takie znajomości chodziło.
Pewnego dnia przypadkowo poznałam starszego od siebie o 18 lat mężczyznę. Samotnego podobnie do mnie. Początkowo nie umiałam się zaangażować sceptycznie patrząc na ogromną różnicę wieku jaka nas dzieliła. Zdaję sobie sprawę, że takie związki nie są łatwe z wielu względów. Jednak po roku jego zabiegania zostaliśmy parą. Właściwie po 2 miesiącach bycia ze sobą zauważyłam, że zaczynam ginąć. Coraz mniej mnie było... wszystko zaczęło zależeć od niego, mówiło się i żyło wyłącznie w okół jego potrzeb. Znajomi równiez spostrzegli zmianę we mnie zawsze pogodnej, uśmiechniętej kobiecie. Otrzymywałam sygnały, że przestałam się uśmiechać, że jestem cicha, zamyślona, jakaś nie ja.
Ludzie, to nasze lustro faktycznie. Nie wiem dlaczego... ale chyba z tej mojej wcześniejszej samotności mimo wszystko brnęłam dalej w ten zły związek.
Nie będę opisywała szczegółów, bo któżby czytał taki elaborat. Powiem tylko, że mój partner ma zaburzenia osobowości. Niszczy mnie każdą chwilą. Jest wybuchowy, zmienny, zawsze zły, pełen pretensji. Nie potrafi dziękować za nic. Wszystko co dla niego robię uważa za oczywiste. Obraża mnie, oskarża... gdy płaczę podgłaśnia radio lub zamyka drzwi.
Jest osobą bogatą, ale mieszka u mnie i nie płaci za media. Ja piorę, sprzątam, gotuję... źle.
W sytuacjach choroby - mieszka u siebie, bo nie chce się zarazić...
Czuję, że ginę. Już nic nie zostało z tej pogodnej, pomagającej ludziom kobietki. Traz jestem widmem ciężko snującym się z podkowami pod oczyma. Nie mam czasu na zakupy dla siebie, na odpoczynek, na jakiekolwiek pasje. Jestem samotna i strasznie nieszczęśliwa. On niczego nie widzi i nie słyszy. Wiele razy mnie upokorzył w pełen okrucieństwa sposób. Początkowo nie rozumiałam dlaczego. Dziś wiem co to za rodzaj zaburzenia. Schizoidia.
Taka osoba może zniszczyć partnera nie widząc absolutnie przyczyny w sobie. Każdy partner osoby o schizoidalnych zaburzeniach osobowości - jest ofiarą.
Czuję się stara, brzydka, głupia. Coraz częściej sama wierzę, że nic nie umiem i jestem zerem.
Próbuję odnaleźć tę kobietę sprzed 5 lat, ale ona zniknęła.
Boję się odejść i przerwać niekonczące się pasmo udręczenia ponieważ od 5 lat pracuję w jego firmie. Kto dziś zatrudnia osoby 45 letnie? Takich pracowników się zwalnia. Nie stać mnie na życie bez pracy. Z perspektywy widzę jaką ogromną pomyłkę popełniłam. Pamiętam, że dwa razy w ciągu tej znajomości w jej początkowej fazie chciałam odejść. Byłam jednak o 5 lat młodsza. Łzy, prośby skłoniły mnie do pozostania.
Nie widzę światełka w tunelu. Jestem uwikłana w straszny, wyniszczający układ, a pragnęłam tylko miłości....
Podobne tematy
Jesteś mądrą kobietą i wiesz,że musisz uciekać z tego związku, który Cię niszczy.I tutaj nie ma innego wyjścia, tylko trzeba pomyśleć jak to zrobić.
Pracowałas na wysokim stanowisku, poszukaj pracy, masz doświadczenie, nie każdy pracodawca potrzebuje ludzi od razu po studiach bez doświadczenia.
Nie masz oszczednosci? Na pewno znajomi i rodzina by Ci pomogli, nie możesz tkwic w czyms takim tylko dlatego,że on Cię wyrzuci z pracy.
Niszczy Cię a to gorsze.Byłas u psychologa? To by na pewno pomogło.
Nie zadręczaj się, każdy potrzebuje miłości, ale tez zdrowego partnerstwa, a u Was tego nie ma.
3 2012-12-18 02:25:32 Ostatnio edytowany przez takasobiemamuśka (2012-12-18 02:26:41)
Ja częściowo uciekłam z toksycznego związku... znalazłam jeszcze siły......dążę do całkowitego uwolnienia...
warto...
Piszę częściowo, bo musimy jeszcze razem mieszkać pod jednym dachem...ale już czuję ulgę, wraca radość z życia, wraca nucenie pod nosem jak coś robie...
wiele rzeczy wraca... tych, o których myślałam, że już za mną...
Życzę dużo siły i samozaparcia w walce o swoje życie.
ps. pisz elaboraty...:) to takie forum, gdzie z chęcią je ktoś przeczyta ![]()
Popatrz w lustro,uśmiechnij się do siebie i powiedz samej sobie-jestem ładna,zaradna,mam dobre wykształcenie,wybrnę z tego g...na w które wdepnęłam i poradzę sobie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wybierz się do fryzjera, ze znajomymi na piwko a z nowym rokiem zacznij nowe życie! Całym sercem wierzę że sobie poradzisz,obie wiemy że nie będzie to łatwe,ale przecież masz dopiero 45 lat i wiele jeszcze radosnych dni przed Tobą. Uciekaj od drania i nie patrz za siebie,ON NIE ZASŁUGUJE NA TWOJĄ MIŁOŚĆ!!!!
pozdrawiam ciepło,
nitka-w
Agalit
Tkwisz w absolutnie chorym, nisczacym zwiazku. Nie trzeba wyzszej psychologii, zeby stwierdzic, ze Twoj partner wykazuje klsyczne cechy psychopatyczne i jeszcze te fobie w temacie choroby.
Bycie z kims takim u boku, spycha na bocznice. zatracasz siebie, swoja godnosc, radosc zycia. Wpadasz w czarna dzuire niemoznosci, z czasem robisz sie modelina w jego rekach.
Agalit - poczytaj sobie stronki, gdzie dziewczyny opisuja swoja "przygode" z psychofagami. Uwazam, ze znajdziesz tam wiele odpowiedzi na swoje watpliwosci, swoj bol.
wygogluj - Terapia przez pisanie
- Moje dwie glowy
- Uciekam do przodu,
Im wczesniej sie wyczolgasz z tego ukladu, tym latwiej Ci bedzie wrocic "do swiata zywych"
Pozdrawiam serdecznie i prosze poczytaj!
Przecież wiesz, co trzeba zrobić. DASZ RADĘ.
Jak Artemida. Wiesz co masz zrobić. I zrób to.
Od siebie dodam, że czytając cieszę się, że otworzyłaś się na związek. Problem znany już w USA i tzw Zachodzie od lat. Kobiet, które postawiły na kariery, samorealizacje a po 40-50 nagle stwierdziły że są same. I do poradni.
Mam nadzieję, że ten "falstart" nie zniechęci ciebie do szukania. I znalezienia. Czego bardzo życzę.
On niczego nie widzi i nie słyszy. Wiele razy mnie upokorzył w pełen okrucieństwa sposób. Początkowo nie rozumiałam dlaczego. Dziś wiem co to za rodzaj zaburzenia. Schizoidia.
Taka osoba może zniszczyć partnera nie widząc absolutnie przyczyny w sobie. Każdy partner osoby o schizoidalnych zaburzeniach osobowości - jest ofiarą.
Mam podobnie w życiu. Chyba mój facet też to ma. Co z tym zrobić? Wiesz już coś? Jest taki zimny i obojętny....., a ja głupia tak go kocham....
Jak Artemida. Wiesz co masz zrobić. I zrób to.
Od siebie dodam, że czytając cieszę się, że otworzyłaś się na związek. Problem znany już w USA i tzw Zachodzie od lat. Kobiet, które postawiły na kariery, samorealizacje a po 40-50 nagle stwierdziły że są same. I do poradni.
Mam nadzieję, że ten "falstart" nie zniechęci ciebie do szukania. I znalezienia. Czego bardzo życzę.
Nie bylabym taka krytyczna wobec kobiet, ktore postawily na kariery i samorealizacje .
Wiele kobiet nie postawily na kariery i tez zostaly z niczym, bo maz raczyl postawic na nowaszy model, badz tez szukac wrazen.
Rzeklabym, ze zostaly bardziej niz z niczym - z mizerna praca, badz tez bez pracy, doswiadczeniem zawodowym zadnym, worem problemow finansowych, zazwyczaj z dziecmi (bo okrotny nie byl i dzieci nie zabral).
Nie generalizujmy - poswiecenie rodzinie sukcesu nie gwarantuje, tak samo kariera nie zawsze daje szczescie.
Samotnosc nie jest przypadloscia kobiet sukcesu, tyczy wszystkich ludzi - moze jedni glosniej o tym mowia.
Czesto idealizujemy cos czego nie mamy i co nie pozwala cieszyc sie tym co posiadamy.
Podejrzewam, ze wiele kobiet/mezczyzn tkwiacych w bylejakich zwiazkach z radoscia pobyloby samych. Patrzac po otoczeniu sklonna bym byla stwierdzic, ze wiekszosc.
Oczywiscie najlepiej by bylo miec jedno i drugie - czasami sie udaje, czasami nie. Jak ze wszystkim.
Zajrzałam dziś tutaj i... czytając Wasze posty po prostu się rozpłakałam...
Dziękuję Wam wszystkim. To bardzo wspierające. Nie wygooglowałam polecanych stron o życiu innych kobiet z zaburzonymi facetami jak polecała jedna z Pań, ale oczywiście jak znajdę chwilę - poczytam. Tak się składa paradoksalnie, że jestem psychologiem. To jednak nie znaczy, że psychologowie nie mają problemów w życiu osobistym. Jeśli ktoś uważnie się psychologii uczył i pogłębia wiedzę - pewnie łatwiej jest mu pewne zachowania nazwać czy zdiagnozować. Taka diagnoza jednak ( by była trafna) musi być poparta obserwacją.
Jestem człowiekiem. Zdarzyło się. Psychopaci w pierwszym kontakcie zawsze wychodzą in +.
Mój partner ( raczej oprawca) również. Każdy kto go poznaje początkowo jest zachwycony... później oczywiście to się zmienia.
Któraś z Pań napisała, że chyba jej mąż jest podobny i... "też to ma". Hm...
Ja zanim się zorientowałam minął ponad rok. Teraz jestem pewna, ale tak na prawdę, to dla mnie niczego nie zmienia.
Ktoś może pomyśleć, że poprzez postawienie tej diagnozy próbuję usprawiedliwić jego czy też siebie. Jego dlaczego jest taki, a siebie dlaczego z nim jestem. Poniekąd tak.
Nie jest jasna etiologia tego zaburzenia i terapia daje bardzo słabe efekty. Zresztą tylko u osób młodych. Tutaj nawet nie ma po co rozpoczynać czegokolwiek. Zresztą te osoby bardzo rzadko do psychologów trafiają ponieważ jak napisałam w pierwszym poście - nie rozumieją, że przyczyny problemów są przez nie generowane. Niestety... gdyby na przykład" osoba chora na schizofrenię wiedziała, że obrazy ( mówię o omamach wzrokowych) jakie widzi są jedynie wytworem jej umysłu - nie byłaby chora.
Powiem Wam, że ja potrzebuję na prawdę pomocy. Pierwszy raz w życiu nie potrafię sobie poradzić. Boję się odejść. Mam zaburzone poczucie bezpieczeństwa. To jest niemały problem. Boję się, że sobie nie poradzę...głównie z powodu pracy. Są problemy na rynku. Ja nie byłam jakimś top managerem. Byłam średniego szczebla. Teraz jestem managerem, sprzątaczką, marketingowcem, rekruterem, ale przede wszystkim BAŁWANEM. Nic nie wiem i o niczym nie mam pojęcia. Cokolwiek dla tej firmy robię - robię źle. Nie daje mi się prawa decyzyjności, ale z niej się mnie rozlicza. Stek absurdów.
Poza tym Dobre Duszki ( wszyscy Państwo, którzy tak rzeczowo odpowiedzieli na mój post) jestem osobą, która nie znosi samotności. Ja więdnę, umieram jak rzucony na bruk kwiat. Tylko przy kimś mogę kwitnąć, żyć, dawać... heh...
Tak się składa paradoksalnie, że jestem psychologiem. To jednak nie znaczy, że psychologowie nie mają problemów w życiu osobistym.
A mają... Ja pamietam jak na studiach nasz wykładowca nam mówił "często nawet psycholog potrzebuje wizyty u innego psychologa, sam nie daje rady..., nie wstydźmy sie tego. Jednak psychologowi łatwiej jest zdiagnozować problem, gorzej z rozwiązaniem dla siebie.."
Psycholog, nie psycholog - przecież to też człowiek...
Powiem Wam, że ja potrzebuję na prawdę pomocy. Pierwszy raz w życiu nie potrafię sobie poradzić. Boję się odejść. Mam zaburzone poczucie bezpieczeństwa. To jest niemały problem. Boję się, że sobie nie poradzę...głównie z powodu pracy. Są problemy na rynku. Ja nie byłam jakimś top managerem. Byłam średniego szczebla. Teraz jestem managerem, sprzątaczką, marketingowcem, rekruterem, ale przede wszystkim BAŁWANEM. Nic nie wiem i o niczym nie mam pojęcia. Cokolwiek dla tej firmy robię - robię źle. Nie daje mi się prawa decyzyjności, ale z niej się mnie rozlicza. Stek absurdów.
No właśnie - masz szerokie doświadczenie
. Trzeba wierzyć..., to chyba wiesz, prawda? Trzeba spróbować, nie zamykać się..., szukać... Każdy ma chwilę słabości, normalne przecież, trzeba czasem zaryzykować, każdy się boi, jak mówią "tylko głupcy się nie boją". Ja też zaryzykowałam... bałam się o siebie i dzieci. Wyjechałam z nimi do UK...., one bez języka do szkoły, obawy - jak sobie poradzą.... a teraz - sama radość, jak mają wolne to juz nie mogą się doczekać kiedy pójdą, język łapią w lot..., ja też nie mogę narzekać, skoro one są zadowolone, to i ja się cieszę..., jakoś sobie radzimy... Mam tez swoje problemy.... z moim facetem...., z moim byłym.... Wierzę, ze się uda. Tu na forum jest wiele mądrych osób, nie tylko terapeuci, psychologowie, ale właśnie zwyczajne osoby, "po przejściach", które maja wiedzę i doswiadczenie, i to dzieki nim wierzymy, że damy radę, że wszystko jest do przejścia ![]()
Poza tym Dobre Duszki ( wszyscy Państwo, którzy tak rzeczowo odpowiedzieli na mój post) jestem osobą, która nie znosi samotności. Ja więdnę, umieram jak rzucony na bruk kwiat. Tylko przy kimś mogę kwitnąć, żyć, dawać... heh...
To możne trzeba zmienić "ziemię" i zacząć podlewać piękny kwiat.....
12 2012-12-22 01:54:58 Ostatnio edytowany przez takasobiemamuśka (2012-12-22 02:02:51)
...:)
Takie trwanie tylko niszczy...
... sama dobra diagnoza to zawsze tylko diagnoza...początek... ![]()
A rozpytywałaś może troche w sprawie pracy, czy czegoś innego, czego potrzebujesz, by sobie pomóc?
Chociaż jakiś początek działania....
... właśnie po to by nie być osamotnioną, by cieszyć się życiem i tę radość przenosić dalej...
?....
Znalazłam coś dla siebie... tzn miejsce gdzie jest wiecej takich jak ja. Na obecnym etapie życia uważam .że je przegrałam. nic nie osiągnęłam. Jedyne co mam to dwoje dzieci i męża przez którego popadłam w depresję. apatię. To związek .który zniszczył mnie całkowicie przez który nie mam chęci wstawać z łóżka. teraz powoli zaczynam rozumieć swoje błędy. Dziwię się jak bardzo dałam się stłamsić. zniszczyć. Nie wiem jak się podnieść .pozbierać. Sama nie pracuję . jestem kurą domową z dziećmi. która wszystko robi sama aż wieczorem pada na pysk bo nie mam siły nawet na telewizor. Mąż mój uważa że już się dość napracował w życiu ma 37lat i siedzi sobie w domu już 5 miesiąc. A ja kombinuję jak płacić rachunki. kupować jedzenie. czuję się tak jak bym miała trójkę dzieci. Sama muszę kręcić . kombinować co kiedy zapłacić skąd wziąć pieniądze żeby popłacić ...bo coś znowu wyłączą i tak w kolo. długi rosną. nie mam siły dalej tak żyć. chyba wolałabym zostać sama z dziećmi i wiedziałabym że wtedy sama robię wszystko. Nie napisałam nawet połowy ale coś tam z siebie wywaliłam wreszcie komuś obcemu. przepraszam za pisownie
ale gnojek sie tobie trafil..............
myslalam, myslalam i dochodze do wniosku, ze musisz wyjechac b.daleko...ty masz 45lat i sie boisz o prace......jak mam 60 i tez powinnam wszystko rznac, moje zycie kreci sie wokol psychpaty.....postaw wszystko na jedna karte....
ja niestety w zwiazku mam podobnie tyle tylko ze moj juz obecnie maz nie jest bogaty i nie chce nawet lozyc na 3 naszych dzieci...to boli-te zmiany nastroju, upokozeniawyzwiska,ostatnio mnie nawet opluł...zbieram sie zeby wziac rozwod ale robie to od tygodnia i mi nie wychodzi
ach......jak ja sobie przypomnę 12 lat do tyłu i to wszystko na co ja sie godziłam i jak bardzo dałam się poniżać to zastanawiam się dlaczego jestem taka głupia bezdennie głupia. bo już bardziej głupią być nie można. wczoraj był sylwester a ja zostałam w domu z dziećmi bo mój pan mąż pojechał do rodziców świętować a my w domu sami w taką noc. ....zresztą do dziś nie wrócił zostawił nas bez pieniędzy na życie . mam postanowienie noworoczne żeby skończyć ten SYF( małżeństwo) który mnie niszczy bo zgubiłam siebie. czeka mnie ciężka przeprawa ale wolę chleb z margaryną ale spokój. ja wiem jedno zmarnowałam piękne lata ale coś chyba do cholery jeszcze przede mną. trzeba myśleć pozytywnie. kiedyś byłam niesamowicie obrotna. nie było dla mnie sprawy nie do załatwienia i dałam się tak stłamsić. a chciałam być kochana, tylko troche miłości chciałam bezpieczeństwa a narazie to mam długi do spłacania ale dzisiaj mam taką chęć do życia i do zmian. boję się tylko żebym sie nie ugieła. czasem po prostu nie mam siły na nic, byłam tak zamotana że zachorowałam. bardzo silna nerwica przerodziła się w depresję, nudności, zawroty głowy, bóle głowy, że można ściany gryżć , zaburzenia hormonalne. tabletki na depresję i to wszystko 18 kg do przodu i ze wszystkim sama, zawsze sama. dzięki terapi wiem że na to wszystko pracowałam przez ostatnie 10 lat. wszystkiego jeszcze nie napisałam bo się wstydzę. ale wczoraj coś we mnie pękło i mam nadzieję że dam radę dla dzieci. a może znajde ludzi co mi pomogą. pokażą jak zacząć wychodzić z takiego bagna, jak to zacząc układać. i powoli zacznę pisać więcej. mam nadzieję , że ktoś to przeczyta. strasznie się wstydzę tego. pozdrawiam
18 2013-01-02 12:32:43 Ostatnio edytowany przez Silly Hopes (2013-01-02 12:35:24)
ach......jak ja sobie przypomnę 12 lat do tyłu i to wszystko na co ja sie godziłam i jak bardzo dałam się poniżać to zastanawiam się dlaczego jestem taka głupia bezdennie głupia. bo już bardziej głupią być nie można. wczoraj był sylwester a ja zostałam w domu z dziećmi bo mój pan mąż pojechał do rodziców świętować a my w domu sami w taką noc. ....zresztą do dziś nie wrócił zostawił nas bez pieniędzy na życie . mam postanowienie noworoczne żeby skończyć ten SYF( małżeństwo) który mnie niszczy bo zgubiłam siebie. czeka mnie ciężka przeprawa ale wolę chleb z margaryną ale spokój. ja wiem jedno zmarnowałam piękne lata ale coś chyba do cholery jeszcze przede mną. trzeba myśleć pozytywnie. kiedyś byłam niesamowicie obrotna. nie było dla mnie sprawy nie do załatwienia i dałam się tak stłamsić. a chciałam być kochana, tylko troche miłości chciałam bezpieczeństwa a narazie to mam długi do spłacania ale dzisiaj mam taką chęć do życia i do zmian. boję się tylko żebym sie nie ugieła. czasem po prostu nie mam siły na nic, byłam tak zamotana że zachorowałam. bardzo silna nerwica przerodziła się w depresję, nudności, zawroty głowy, bóle głowy, że można ściany gryżć , zaburzenia hormonalne. tabletki na depresję i to wszystko 18 kg do przodu i ze wszystkim sama, zawsze sama. dzięki terapi wiem że na to wszystko pracowałam przez ostatnie 10 lat. wszystkiego jeszcze nie napisałam bo się wstydzę. ale wczoraj coś we mnie pękło i mam nadzieję że dam radę dla dzieci. a może znajde ludzi co mi pomogą. pokażą jak zacząć wychodzić z takiego bagna, jak to zacząc układać. i powoli zacznę pisać więcej. mam nadzieję , że ktoś to przeczyta. strasznie się wstydzę tego. pozdrawiam
Witaj wiki1704 ![]()
Fajnie, że trafiłaś tutaj. Nie martw sie wiele osób to przeczyta
, wiele też będzie próbowało doradzić..., cos napisać.... I nie wstydź się...., naprawdę. Nie ma czego. Nikt tu się nie będzie z Ciebie śmiał, ani nie będzie zły. I czytaj! Dużo czytaj..., odnajdziesz siebie wśród wielu postów na pewno:).
Mi to właśnie czytanie pomaga stanąć na nogi, zawsze kiedy mam gorszy, słabszy dzień - znajduję choc chwilkę żeby poczytać. Pomaga ![]()
Pozdrawiam Cię serdecznie i trzymaj się
Dasz radę ze wszystkim wiki1704, silna jesteś..., wiesz przecież...
Madra i poukladana kobieta z Ciebie.. Mysle, ze nie mozesz odejsc, bo zwyczajnie brak Ci odwagi a niszczona w ten sposob stracilas pewnosc siebie, ktora mialas i z malej miejscowosci z biednej rodziny wyszlas na ludzi.. Chcialas byc kochana i kogos miec nie widzialas wad poniewaz gdy mezczyzna chce zdobyc kobiete potrafi nawet stanac na rzesach aby tylko pokazac jaki to on idealny... Teraz juz wszystko wiesz, teraz duzo czytaj na tym forum podbudujesz sie ... Zacisnij piesci i nie mowiac nic nikomu zacznij szukac innej pracy stac Cie na to tak samo jak kiedys tak i teraz .. Dasz rade! Potem malymi krokami zdobedziesz sppkoj ja to wiem tylko chcij i nie marnuj chwil z tym ,,psychopata,, jestes wolnym czlowiekiem i masz prawo do szczescia
usmiechnij sie pomozemy Ci przejsc przez to wszystko, ale potrzebna jest nam tez Twoja pomoc
pozdrawiam i sciskam kciuki z calych sil ![]()
Moja kochana.
Po pierwsze chce Ci powiedzieć, że moja znajoma miała 60 lat kiedy mąż ją porzucił, i w dodatku straciła pracę. Bez konkretnego wykształcenia była, więc w gorszej sytuacji niż Ty.
I ona ta znajoma, wyjechała sobie do Londynu nagle, bo miała ochotę wszystko rzucić. A teraz mieszka w Londynie, poznała innego mężczyznę i jest zadowolona.
To od was zależy czy ktoś będzie w stanie was złamać.
Też byłam w toksycznym związku, a mój partner wtedy był psycholem. Było minęło.
Niema co tracić czasu na takie głupoty, jak nieudany związek z kimś takim.
Życie jest tylko jedno, umrzeć możesz nawet jutro i nie sądzę byś chciała żeby Twoim ostatnim doświadczeniem był taki beznadziejny układ.
Moim zdaniem z natury powinien nam się włączać instynkt, ucieczki i ochrony siebie. Bo kiedy ktoś Cię krzywdzi albo atakuje albo niszczy to już nie jest chłopak i przyjaciel tylko wróg i jak na wroga powinno się na niego reagować,
Czy Twoje życie może stać się gorsze jeśli go rzucisz i stracisz tą pracę? może tak może nie, ale jeśli tak to na chwile, jeśli jednak z nim zostaniesz, pogorszy się na pewno.
Hej.. przedstawię swoją sytuację odnośnie toksycznego związku- ze strony osoby która była toksyczna i chyba nadal jest. Może to co napiszę teraz będzie tłumaczeniem się dlaczego itd, bądź zwalaniem winy na kogoś obok. Nie wiem.
Mam 25 lat - jak tu nie patrzeć mieszkam obecnie z mamą - samotną odkąd się urodziłam. Ma za sobą 2 krótkie małżeństwa, z moim ojcem dużo ją kosztowało zarówno życie jak i sam rozwód - wiem z opowiadań. Mam też siostry, które narobiły ogromnego bałaganu w życiu swoim, mamy i moim (choćby związki z kryminalistami, niechciane ciąże, a nawet ukryta ciąża-z której wyszło piękne cudowne dziecko-doroślejsze obecnie niż jego matka). Od 11 roku życia same problemy rodzinne, zero dzieciństwa bo musiałam dorosnąc- stałam się ( z perspktywy czasu) chyba "partnerką" mojej mamy. Każdy problem, kłopot dzieliła ze mną, z dzieckiem a ja nie umiałam sobie z tym radzić. Każdy gniew, żal obarczała mnie - chyba pierwszy raz sama przed sobą się do tego przyznaje - ale to prawda. Potrafiła się gniewać na mnie, nie odzywać kilka dni, wyzywać, porównywać. Najgorzej mnie bolało, że naprawdę starałam się chciałam pokazać, że jestem inna niż moje siostry. W szkole nigdy jej nie zawiodłam, świadectwa z paskiem, wyróżnienia itp. A i tak mi się obrywało, za złą ocene typu 4 - przesiadywałam nocami nad książką, wyzywana od głupków. Bolało mnie to że zawsze mówiła to zamień mnie na inną matkę ( tu zazwyczaj mmay koleżanek z którymi się trzymałam), albo że odda nas do domu dziecka.straszne. Nie w sposób było można ją zadowolić. Zawsze tłumaczyłam sobie, że życie spowodowało w niej to że nie potrafi się cieszyć- zgadza się tylko że jej życie wpłynęlo na moje. Czasem nawet próbował-wiem głupie- w wieku 12 - 13 lat popełnić samobójstwo-ale bałam się.Obecnie nie umiem z nią rozmawiać. Żal mi jej, strasznie ją kocham, ale wykańcza mnie..
W moim życiu przeżyłam śmierć koleżanki-samobójstwo. Była mi najbliższą osobą, mogłam na nią liczyć, była wesoła i miała bardzo duzo przyjaciól i żadnego wroga, wydawałoby się że znałam ją, znałam tam problemy nastolatki ale nigdy prze nigdy nie pomyślałabym że tak to się skończy. Byłam przy jej śmierci, widziałam jak leżała, skoczyła z 7 piętra. Winiłam się za to. długo dojść nie mogłam do siebie. psiałam pamiętniki, listy do niej - oczywiście mama je znalazła przeczytała- i zapytała, czy grób mi ma przygotować obok niej.. apo prostu tam był upust moich emocji..
po roku czasu zaczęłam się spotykać, z moim już byłym chłopakiem. Wcześniej bardzo go lubiłam, wręćz marzyłam aby kiedyś móc z nim porozmawiać, zaprzyjaźnić. I udało się byliśmy parą 6 lat. Całkiem niedawno zakończył związek, bo nie mógł ze mną wytrzymać.
Jest to dobry chłopak, pomocny, z otwartym sercem, nie okłamywał mnie, nie zdradził. Nie mogę powiedzieć złego słowa na niego, choć nie raz płakałam. Płakałam bo chyba sama sobie krzywdę robiłam. Byłam zazdrosna, chorobliwie zazdrosna, bałam się że ktoś mi go odbierze.
Może zacznę od początku:P gdy się spotykaliśmy byliśmy nastolatkami po 18 lat. Ja za wczasów się wyszalałam tzn. koleżanki koledzy i imprezy, on nie..Był sportowcem, i sportu oddał się całkowicie. Do momentu kiedy mnie poznał i poszedł do pracy. Wtedy nie wiedziałam co to znaczy związek, bałam się. Nie chciałam, nie wierzyłam.a On starał się jak tylko mógl. tak przez 2 lata. później role się odwróciły, chciał pokazać jak on się czuł. Nie chciałam żeby cierpiał. Starałam się. ale co z tego że starałam się nie w tą strone co trzeba. Nie chciałam go stracić, więc wzięłam na smycz....Mieliśmy zasade że imprezy w clubach spędzmay razem, ja żandych kolegów on koleżanek...a dlaczego taki tok myślenia z mojej strony - bo mama mi mówiła, że facet nie powinien mięć koleżanek, a ja nie chciałam mieć kolegów by nikt nie mówił że jestem mu nie wierna..- chore wiem...Każdy osobny wyjazd, zresztą kązdy wyjazd kończył się kłotnią, a naprawdę starał się jak mógł chłopak, nie powinnam mieć zazdrosych a miałam..bo źle spojrzał, powiedział...choć czasem na żarty robiłam mine, czasem i on to i tak później miało to fatalny finał...wymiana zdań..zaczęłam go kontolować, sprawdzać telefon, gg i czasem dowiedziałam się o sobie nie miłych rzeczy - że jestem głupią małpą która się wepchnęła, ale później starałam się ogarnąć, byłam bardziej wyrozumiała, widziałam błędy i uczyłam się na nich, walczyłam z samą sobą, a on - on się odsunął...kiedy ktoś mnie obraził nie powiedział koleś przestań a jedynie to jest jego zdanie , nie mogę przecież mu zabronić jego zdania....kiedy starałam się o prace, wogóle nie pytał co i jak, boli mnie ten fakt bo gdy kumpel był na rozmowie non stop wydzwaniał do niego jak mu poszło...kiedy otworzył własną działalność, czasu nie miał na mnie, na nasze przyjemności...robił po 12 - 14 h,gdzie połowa z tego czasu to czas przeznaczony dla znajomych na kawce, piwku itp. Zaczął jarać jointy, a ja nie mogłam nie potrafiłam tego zaakceptować, zawsze gdy usłyszałam o jarani =u to we mnie rosło, miałam z tym przykrą sytuację właśnie odnośnie koleżanki która popełniła samobójstwo..nie mówie że nie paliłam próbowałam ale chyba wbrew sobie a zaakceptowaniu mnie w jego oczach...wszsytko zaczęło się sypać, dni piękne przeplatały się ze złymi...Ostatni urlop spędziłam sama, on sam...pomyślałam dobrze, może odpoczniemy i wszytsko się ułoży. Jednak mój urlop przyspożył mi wiele przykrości, po powrocie z niego podjęłam decyzje o rozstaniu, nie mogłam wytrzymać tego że go ranie, brakiem zaufania, kontrolą...i co mnei zdziwiło, kiedy mówiłam mu że to koniec, podszedł i powiedział: jesteśmy tyle lat razem kochamy się i prztrwamy to...wtedy po ponad 5 latach uwierzyłam że on mnie kocha, otworzyłam się na niego na jego rodzine...wtedy nie zwróciłam uwagi na jego słowa, że kumple radzą mu ze mną zerwać i że on nie kieruje się nimi ale bierze to pod uwagę.. po 2 miesiącach skonczyło się, oznajmił że coś w nim pękło....
a ja teraz wiem, że sama spowodowałam to co było po latach brak zaufania, kontrola i jakieś głupie zasady....nie wytrzymał ze mną....teraz widze jak bardzo podobna jestem do mamy, łapie się na tym...nie chce być taka, chcę doceniać to co jest koło mnie, czuć się szczęśliwa...a nie jak ona ciągle do wszystkiego negatywnie nastawiona....nie chce go stracić, ale nie chcę go też ranić - wiem jak się dusił bo ja się dusze teraz, straszne ale był moim tlenem...odkocznią w pewnym sensie od domu...
jestem młoda choć chciałabym już mieć dom, dzieci...dzień przed rozstaniem jeszcze mówiliśmy jak będzie wyglądał nasz ślub...
jestem toksykiem, wstyd się przyznać....i walcze z tym.....nie chce być zgorzkniałą babą...czuje ból i czuje się samotna, ale to przez to że nie czuje się dobrze sama z sobą....
nie odzyskam go, choć wiem że dla niego też ważna jestem....mamy kontakt....jednak i on i wsumie ja boimi się o mnie, że się nie zmienie...a tak bardzo chcę czuć że mam szczęście chociażby z tego że żyje, nie chce już nikogo dusić...chcę ufać!
Witam wszystkich,
Rozpoczęłam poszukiwania pracy. CV wysyłane jak w kosmos.CISZA. Znajoma pracuje w HR i ostatnio otrzymała 637 aplikacji na jedno ogłoszenie na Przedstawiciela Handlowego. Rynek jest trudny...
Ja międzyczasie spędziłam Sylwestrową noc sama, a mój "Partner" pojechał do brata do Belgii. No przecież dawno go nie widział...
Miałam urodziny. Nic. Nawet nie złożył życzeń. Widząc, że dostałam kwiaty i dobry krem do ciała zapytał czy mogę ją zapytac czy jemu też kupi?
Następnego dnia się ochoczo zabrał za użycie kremu na sobie, bo mu skóra wysycha...
W pracy jeden koszmar.
Dziś właśnie godzinę temu moim mieszkaniu zjadł dobre rzeczy, które zakupiłam, porozlewał wodę, porysował mi teczką na metalowych kółkach drewnianą podłogę, o którą bardzo dbam ( bo kosztowało mnie wiele wysiłku, by na nią zapracować). Odsunął talerze i opowiedział mi jaki jego brat jest "WIELKI" jaki mądry, cudowny... że zarządza jedną z największych firm w Belgii ( to samo już słyszałam milion razy)...
Później jak ja zaczęłam ledwie opowiadać o problemie w domu, że wczoraj zrobiło się spięcie i jedna żarówka w łazience eksplodowała niczym bomba... ale już po pierwszych słowach... złapał się za głowę i powiedział, że nie może rozmawiać, bo go głowa boli.
Zamilkłam. Jak zresztą milionowy raz w ciągu całej znajomości. Pomaszerował w tym momencie z uśmiechem do kuchni i przyniósł sobie kawał makowca... ja siedziałam przy stole bez słowa... bardzo smutna. Zmęczona po 11 godzinach pracy z jedną 15 minutową przerwą na szybki obiad. Łzy same zaczęły rzęsiście spływać po policzkach.
Wyjęłam papierosa i wyszłam na balkon. Za minutę zajrzał do mnie i powiedział... no to jadę już do domu...i wyszedł.
Hej.. ...
jestem toksykiem, wstyd się przyznać....i walcze z tym.....nie chce być zgorzkniałą babą...czuje ból i czuje się samotna, ale to przez to że nie czuje się dobrze sama z sobą....
nie odzyskam go, choć wiem że dla niego też ważna jestem....mamy kontakt....jednak i on i wsumie ja boimi się o mnie, że się nie zmienie...a tak bardzo chcę czuć że mam szczęście chociażby z tego że żyje, nie chce już nikogo dusić...chcę ufać!
Hej ![]()
Jesteś bardzo mądrą dziewczyną, pomimo młodziutkiego wieku, masz dużą samoświadomość. A to juz jest duży plus, wiesz, jaki masz problem.... Może spróbowałabyś jakiejś terapii, to naprawdę pomaga. Jesli juz wiesz, że chcesz się zmienić, wiesz gdzie leży problem to dobry kierunek.... Poczytaj o kobietach kochających za bardzo. Jest tu na forum wątek, dziewczyny są tu super
, mają wiele książek, ale tez i mądrych rad, dużą wiedzę ![]()
mwa25 napisał/a:Hej.. ...
jestem toksykiem, wstyd się przyznać....i walcze z tym.....nie chce być zgorzkniałą babą...czuje ból i czuje się samotna, ale to przez to że nie czuje się dobrze sama z sobą....
nie odzyskam go, choć wiem że dla niego też ważna jestem....mamy kontakt....jednak i on i wsumie ja boimi się o mnie, że się nie zmienie...a tak bardzo chcę czuć że mam szczęście chociażby z tego że żyje, nie chce już nikogo dusić...chcę ufać!Hej
Jesteś bardzo mądrą dziewczyną, pomimo młodziutkiego wieku, masz dużą samoświadomość. A to juz jest duży plus, wiesz, jaki masz problem.... Może spróbowałabyś jakiejś terapii, to naprawdę pomaga. Jesli juz wiesz, że chcesz się zmienić, wiesz gdzie leży problem to dobry kierunek.... Poczytaj o kobietach kochających za bardzo. Jest tu na forum wątek, dziewczyny są tu super
, mają wiele książek, ale tez i mądrych rad, dużą wiedzę
dziękuje za odpowiedź,
zaczęłam chodzić do psycholog, czy jest z powołania - nie wiem- ale dużo mi pomogła,
wiem że ciężka praca przede mną nad samą sobą, walczę z negatywnymi emocjami i myślę pozytywnie:)
dziewczyny jak i panowie z forum bardzo pomagają - jestem Wam wszystkim wdzięczna:)
![]()
Super. Tak trzymaj ![]()
Pozdrawiam serdecznie.
Agalit - mam pytanie: napisalas, ze jestes psychologiem a jednoczesnie tkwilas w takim zwiazku i z tego co piszesz nie umialas mu nadac imienia. Czego was na studiach ucza (jesli czegokolwiek) o psychopatii? Z mojego doswiadczenia wynika, ze wiekszosc profesjonalistow ma nikle pojecie o tych typach, co jest potwornie frustrujace, jesli jestes ofiara i szukasz pomocy. Dlatego sie zastanawiam czy to nie jest wina malej wiedzy o tych potworach...
Niestety i ja dołącze do tego tematu ,jeszcze kilka miesięcy temu byłam w szczęśliwym(tak mi się wydawało) związku, teraz patrzę jak byłam wykorzystywana i manipulowana przez osobę z którą chciałam spędzić resztę życia.Minęlo 5 dni po rozstaniu a trwało 3 lata nasze bycie razem.
Oczywiście były sygnały że ma problem ale zawsze jakoś to tłumaczyłam sobie .Niestety zazwyczaj brniemy dalej w patologiczne związki a im bardziej brniemy tym bardziej tracimy siebie.
Naprawdę nie warto ciągnąc takiego związku .W moim przypadku wybrał alkohol, do tego zostałam bez środków do życia .Gdy po 3 dniach imprezy alkoholowej wrócił ,kazałam mu się wynosić.Tak zrobił ,błagal o szansę,prosił i przepraszał ,płakał i skomlał .Dałam mu szanse ale żeby wyszedł sam a jeśli wezmie się za siebie ,zacznie się leczyć i odda moje pieniądze które przebalował pozwolę mu na rozmowę .Oczywiście obiecał wyszedł wrócił do mamy a tam już czekało radosne powitanie i zgadnijcie kto jest winny.Oczywiście ja.Szok i niedowierzanie .Ale jedno wiem cieszę się że mam spokój w domu i wspaniałe dzieciaczki dla których warto żyć i żaden nieodpowiedzialny facet nie jest mi potrzebny.Mam nadzieje że się ogarnie i będzie jeszcze kiedyś jedynie dobrym ojcem ale na pewno nie pozwolę znów namieszać w swoim życiu nikomu.
Trzymajcie się dziewczyny będzie dobrze:)