Jest taka akcja charytatywna, której główną ideą jest obdarowanie przed zbliżającymi się świętami potrzebujących rodzin dokładnie tym, co jest im w danej chwili najbardziej potrzebne. Rodziny te są wyszukiwane przez wolontariuszy bezpośrednio w terenie i wpisywane na stronę internetową, na której oprócz dokładnie opisanej sytuacji danej rodziny jest też lista ich bardzo sprecyzowanych potrzeb. Akcja oczywiście jest szlachetna i niezwykle potrzebna, ale... No właśnie!
Jakiś tydzień temu w moim mieście nieobdarowanych rodzin zostało jeszcze siedem. W związku z tym, że mam sporo rzeczy, które są niemal nowe lub nowe, ale nie są mi potrzebne (w tym po przeprowadzce meble, zastawa stołowa, ekspres do kawy, dywan, ubrania dla dzieci) pomyślałam, że być może będę mogła komuś pomóc. Cóż się okazało ? nie jestem w stanie pomóc nikomu, bo mnie to zwyczajnie przerosło. Rozumiem, że ludzie potrzebują żywności, przyborów szkolnych i ubrań dla dzieci, środków czystości, ręczników i pościeli (to było dla mnie oczywiste), rozumiem też, że siedmioosobowe gospodarstwo domowe nie może obyć się bez lodówki, zwłaszcza jeśli w domu jest dwoje małych dzieci, ale że czteroosobowy dom koniecznie potrzebuje zmywarki do naczyń, nowej kanapy (określonego koloru i wielkości), a syn rękawicy bokserskiej i to nie byle jakiej, ale Adidas lub Nike, to w moim odczuciu coś tu chyba jest nie tak.
Wiem, że jest to akcja, w której chodzi o zaangażowanie szerszej grupy osób, wiem, że założenie jest słuszne, czyli aby nie uszczęśliwiać nikogo na siłę, a obdarować dokładnie tym, co jest mu rzeczywiście potrzebne, ale czy przypadkiem podejście niektórych (podkreślam: niektórych!) z tych ,,potrzebujących? nie zakrawa na nietakt, żeby nie powiedzieć dosadnie tupet? Czy przypadkiem nie brakuje tu pokory i wdzięczności, jest za to coś, co nazwałabym wykorzystywaniem okazji?
Temat kontrowersyjny i może budzić sprzeczne uczucia, ale ja niestety poczułam pewien niesmak. W tym miejscu chciałabym Was prosić, abyście podzielili się również swoimi uwagami.