Witajcie...
Jestem tak zagubiona i mam taki chaos w głowie, że postanowiłam poszukać pomocy gdzieś, gdzie Ktoś, czyli Wy, może wypowiedzieć się obiektywnie, nie sugerując się kategoriami "lubię" lub "nie lubię"...
Przez 7 lat byłam z Panem M... Był to człowiek, którego pokochałam całą sobą i byłam w stanie zrobić dla niego wszystko...Gdy go poznałam był rozczarowany i zniechęcony (zdrada) swoją pierwszą miłością, długo walczyłam by w ogóle chciał mnie w swoim życiu... Ale żyliśmy bardziej koło siebie, niż ze sobą... Ciągłe kłótnie, rozstania, powroty... Jemu nie zależało wtedy by ze mną być, okłamywał mnie i często oszukiwał, nie dał nigdy odczuć że jestem dla niego ważna, często wręcz zachęcał, mówił mi, bym odeszła i znalazła kogoś, kto mi da szczęście bo on nie potrafi... Przetrwaliśmy tak 7 lat, ja robiąc dla niego wszystko, on...poprostu czasami miał dla mnie czas... Rozstaliśmy się w najcięższym dla mnie momencie życia, gdy wszystko wokół było w rozsypce... Walczyłam o niego jeszcze kolejne 2 lata... 2 lata chodziłam i prosiłam o jeszcze jedną szanse, o krótką próbę walki o nas... Kochałam go tak mocno, że nie umiałam dać mu odejść, choć często traktował mnie gorzej niż wroga... Nie ma sensu wgłębiać się w szczegóły... Ale ranił mnie na każdym kroku... Po prawie 2,5 roku zaczęłam się przełamywać, oddalać. Stałam się nieufna i zupełnie pozbawiona wiary, że miłość ma jakiś sens... Bo niby jaki, skoro moją miłością nie zaraziłam Jego? Przez 9 lat nigdy nie powiedział mi tych wymarzonych, wyczekiwanych słów...
Wreszcie...znalazłam hobby, pasję, w której utonęłam, a dzięki której po pewnym czasie poznałam kogoś... Pana S. Choć na początku zupełnie go skreśliłam, bo otoczenie szeptało, że nie jest dla mnie, bo ja szukałam stabilizacji, a on jest wiecznie roześmianą duszą towarzystwa... Jesteśmy razem 3 miesiące, od 2 tygodni mieszkamy razem. Kupił mieszkanie, w którym mieszkam od urodzenia (moja mama akurat go sprzedawała)... Zrobił to poniekąd dla mnie, bym nie musiała pakować swojego życia w kartony i przenosić się gdziekolwiek... Wierzy we mnie i nie bierze pod uwagę, że mogłabym się wycofać... Jakiś czas czułam się fantastycznie, odżyłam, rodzina, znajomi mówili że "kwitnę"... A ja uwierzyłam, że znalazłam kogoś, kto mnie docenia i przede wszystkim kogoś, przy kim czuję się stabilnie i bezpiecznie... Czuję coś do niego, ale odkąd mieszka ze mną i przeszliśmy na tryb "codzienność" już nie ma tej euforii początkowej... Jest ciepły i opiekuńczy, dobry i mogę mu ufać, nie robi nic, co mogłoby mnie zrazić czy zdenerwować...
ALE... Mój poprzedni partner, Pan M. zrozumiał, że mnie kocha i że byłam Tą, z którą chciałby spędzić życie i założyć rodzinę... Dałam szansę S. i nie chciałam już po raz setny próbować ratować przeszłości, na dłuższą chwilę odcięłam się całkowicie od M.... ale od tygodnia coraz większa tęsknota mnie ogarnia, aż chce mi się krzyczeć... Stałam się chłodna dla S, odsuwam go od siiebie, nie jestem już tak pewna czy chcę być z nim... Chyba nadal kocham M... bo czy to, co aż mnie zżera z bólu teraz w środku to może być tylko przyzwyczajenie...??
Nie wiem co robić... cokolwiek nie postanowię, to kogoś skrzywdzę... Albo moją największą miłość, człowieka z którym pragnęłam mieć dom, który w moich marzeniach był ojcem mojego dziecka... Albo człowieka, który mi teraz zaufał, tak bardzo, że kupił nam dom i chce ze mną być i ... Czy warto wracać do tego co było...? Czy człowiek, pod wpływem mocnego "kopniaka" jakim była informacja o tym, że związałam sięz kimś innym, jest w stanie się zmienić praktycznie całkowicie, swoje podejście do życia i związku? Z człowieka obojętnego, chłodnego stał się człowiekiem, który pragnie tylko żebym go znów pokochała... Jakbym miała teraz odejść od S...zostawić go w mieszkaniu, w którym się wychowałam, w którym chciał ze mną spedzić życie...
Nie wiem co czuję... Serce wyrywa się do przeszłości, rozum woła o to by patrzeć w przyszłość... ![]()