Witam wszystkich...
Wlasnei rozpada mi sie 4,5 letni zwiazek... ja mam 29 lat, on 27. To była milosc od pierwszego spotkania... Poznalismy sie na ulicy, w miejscu gdzie nigdy nie myslalam ze moge poznać mezczyzne swojego zycia... ot tak.. zwyczajnie... Ale gdy na niego spojzalam.. wiedzialam ze to wlasnie ten, jedyny na cale zycie.. ... TAK BYŁO.. A TERAZ??
Obecnie za 6 dni wyprowadzam sie z " naszego meiszkania " z mieszkania ktore razem od poczatku przygotowywalismy, mieszkania w ktorym czuje ze to wlasnie to moje miejsce, moj dom...
Układało nam sie super, dla niego przeprowadzilam sie do innego miasta, zmienilam prace, znajomych.. zycie. Był jedynym facetem dla ktorego na cos takiego sie zdecydowałam.. Znalazlam prace...on rowniez pracowal, nie bylo zle bylo dobrze.
I nagle trach... zacaely sie klotnie o pieniadze...klotnie w ktorych nei mielismy oboje do siebie szacunku... Pozniej przyszly problemy w lozku.. ja bylam wiecznie zmeczona a on ... otwarcie mowil ze albno tak albo wcale... az przyszedl moment w ktorym lozko goscilo rzadziej niz grad w pazdzierniku w naszej sypialni... klotnie, dawanie sobei kolejnych szans.... i znowu klótnie...
Niestety zostalismy wychowani w zupelnie innych rodzinach, u neigo schemat mamy ktora wiecznie jest w domu.. tata w pracy, cieplo, rodzinnie... a u mnie klotnie, klotnie i raz jeszcze klotnie... schemat ludzi ktorzy sa ze soba tylko po to by byc...
Pretensje o to ze jedno z nas jest bardziej rodzinne niz drugie... bo dla mnie to nie jest az tak istaone jak dla neigo...
Dzis jak analizuje caly zwiazek... to dociera do mnei za 6 dni definitywnie nas nei bedzie. Czy mam znowu walczyc ?? czy juz za daleko to wszystko zaszło ?? w srodku czuje ze umieram.