netkobietyWszystkie działy
Miłość, związki, partnerstwo

Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

52 odpowiedzi9 511 wyświetleńzałożony przez infinity, 14.11.2012

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 53 ]

1

Temat: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Pytanie głównie adresowane do młodych, mieszkających razem, jeszcze bezdzietnch par wink Jak zazwyczaj spędzacie czas po pracy? Ile z tych kilku godzin od przyjścia z pracy do pójścia spać poświęcacie na własne przyjemności, a ile na przyjemności razem? Pomijam tutaj obowiązki, typu gotowanie, zakupy, sprzątanie.
Bo ja odkąd mieszkamy ze sobą borykam się z problemem, że on woli sobie odpocząć przed komputerem (w sezonie letnim na rowerze), a ja wolę z nim. A że nie mam zdrowych wzorców z domu i jestem strasznym przyklejakiem, to nie wiem już sama czy przesadzam czy nie. I już bardzo mnie męczy ciągłe konkurowanie o jego czas i zainteresowanie, a z drugiej strony nie chcę mu włazić na głowę, starając się zrozumieć, że to normalne, że potrzebuje czasu dla siebie. No właśnie, tylko gdzie jest ta granica zdrowego rozsądku? Bo akceptuję, że (zakładając, że wracamy z pracy po 17, idziemy spać po 22) można sobie pograć 2-3h, nawet kilka razy w tygodniu, ale jak jest tak jak dziś, że niemal cały czas od przyjścia z pracy gra, to mnie to już męczy. Potem jak przychodzi dzień/ godzina, że nie gra, to mam wrażenie, że nie robi tego, bo chce sam spędzić czas ze mną, tylko dlatego, że wie, że tak trzeba. A ja łaski nie chcę i tak koło się zamyka. Jasne, mogę w tym czasie zając się też sobą, spotkać ze znajomymi, no ale chyba to nie o to chodzi, żeby każde żyło swoim życiem... Co gorsze, często znajomi mają własne sprawy i koniec końców siędzę samotnie w domu, mając faceta kilka metrów obok.

2 Ostatnio edytowany przez pig-headed (2012-11-15 04:01:33)

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Spełniam wszystkie kryteria, które wymieniłaś, więc odpowiem wink
My spędzamy prawie cały czas po pracy razem. Inna sprawa, że mamy rozbieżby tryb pracy, i widujemy się rzadziej, niż przeciętnie, gdy się z kimś mieszka. Ale nawet, gdy było inaczej, wolny czas zazwyczaj planowaliśmy razem. Mamy wiele wspólnych zainteresowań, i lubimy spędzać czas bardzo podobnie, poza tym oboje mamy dużą potrzebę bycia razem, i najlepiej relaksujemy się w swoim towarzystwie.
Co do Twojej sytuacji: rozmawiałaś o tym z chłopakiem? Mówiłaś mu to, co napisałaś tutaj? że potrzebujesz więcej?  Może wystarczy powiedzieć mu to dobitnie - "czuję się zaniedbana. Rozumiem, że chcesz grać, ustalmy może ile czasu dziennie potrzebuję żebyś mi poświęcał, a resztę każdy zaplanuje sobie dla siebie...". Czasami rzeczy, które dla Ciebie są oczywiste, nie muszą być takie dla drugiej osoby - nawet (a może szczególnie wink) jeśli jest to Twój facet smile

3

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Jesteśmy kilkanaście lat razem, ja pracuję dużo (wracam na "dobranockę"), żona zajmuje się trójką dzieci. Poza pracą to prawie 100% czasu dla rodziny. To są bardzo trudne sprawy -- zobacz wątek "szczęście indywidualne w związku" czy coś w tym stylu, albo wątek "czy pytacie partnera o pozwolenie na wyjście".

4

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Oczywiście, wiele rozmów na ten temat się odbyło, ostatnio padły nawet konkrety co do "grafiku", zobaczymy co z tego wyjdzie... On uważa, że spędza ze mną sporo czasu, że też jednak potrzebuje pobyć sam na sam z komputerem, że to go relaksuje, poza tym to jest trochę typ samotnika/domatora i dla niego świadomość, że jestem w domu często wystarcza i jest zadowolony. No i oczywiście on nie odczuwa, jakoby dużo czasu spędzał grając, jemu 4h mijają jak 20 minut. Ja z kolei jak już wspomniałam bardzo potrzebuję kontaktu i bliskości z drugą osobą, nie lubię być sama i robić czegoś sama, często wracam pierwsza z pracy i wyyczekuuuję aż on przyjdzie, no a jak przyjdzie, to on najchętniej posiedziałby przy komputerze. No i jest spięcie. Jest jeszcze jedna istotna sprawa, nie chcę aby spędzał czas ze mną z przymusu. Podobno trzeba dać "wolność" drugiej osobie i nie naciskać, stąd też pytam Was jaka jest zdrowa norma i gdzie te granice róbtacochceta tak naprawdę są.

5

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

Oczywiście, wiele rozmów na ten temat się odbyło, ostatnio padły nawet konkrety co do "grafiku", zobaczymy co z tego wyjdzie... On uważa, że spędza ze mną sporo czasu, że też jednak potrzebuje pobyć sam na sam z komputerem, że to go relaksuje, poza tym to jest trochę typ samotnika/domatora i dla niego świadomość, że jestem w domu często wystarcza i jest zadowolony. No i oczywiście on nie odczuwa, jakoby dużo czasu spędzał grając, jemu 4h mijają jak 20 minut. Ja z kolei jak już wspomniałam bardzo potrzebuję kontaktu i bliskości z drugą osobą, nie lubię być sama i robić czegoś sama, często wracam pierwsza z pracy i wyyczekuuuję aż on przyjdzie, no a jak przyjdzie, to on najchętniej posiedziałby przy komputerze. No i jest spięcie. Jest jeszcze jedna istotna sprawa, nie chcę aby spędzał czas ze mną z przymusu. Podobno trzeba dać "wolność" drugiej osobie i nie naciskać, stąd też pytam Was jaka jest zdrowa norma i gdzie te granice róbtacochceta tak naprawdę są.

Granice tego róbta co chceta, są zależne od granicy - my. To "my" jest najważniejsze a nie ja, on.
To my idziemy, to my planujemy, to my kochamy się, to my uzgadniamy, to my.
Jeśli czegoś brakuje to my rozmawiamy i rozwiązujemy, gdy chcemy być sami to my to określamy.

Jak coś Ci nie pasuje to mówisz, no sorry rozumiem pracę, problemy, ale granie, hazard, kumpli, znajomych to już mniej. Nałogiem powinna być 2 połówka.

6

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Remi napisał/a:

Nałogiem powinna być 2 połówka.

To się nazywa popaść ze skrajności w skrajność - cecha charakterystyczna dla szeroko rozumianych neofitów.

7

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Bullitt napisał/a:
Remi napisał/a:

Nałogiem powinna być 2 połówka.

To się nazywa popaść ze skrajności w skrajność - cecha charakterystyczna dla szeroko rozumianych neofitów.

Gdy ktoś jest słodkim nałogiem, to chyba nic złego? Prawda?

8

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Remi napisał/a:
Bullitt napisał/a:
Remi napisał/a:

Nałogiem powinna być 2 połówka.

To się nazywa popaść ze skrajności w skrajność - cecha charakterystyczna dla szeroko rozumianych neofitów.

Gdy ktoś jest słodkim nałogiem, to chyba nic złego? Prawda?

Nałóg jest zawsze ZŁY to jego natura.

9

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Dlaczego jeśli moja kobieta będzie nałogiem dla mnie, będę ją uwielbiał, dni bez niej nie widział, będzie moją opoką i jaj jej oparciem, dlaczego to złe?

10

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Remi napisał/a:

Dlaczego jeśli moja kobieta będzie nałogiem dla mnie, będę ją uwielbiał, dni bez niej nie widział, będzie moją opoką i jaj jej oparciem, dlaczego to złe?

W tym co napisałeś jest odpowiedź na to o co pytasz.

11

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Wydaje się, że odpowiedź może brzmieć: tam gdzie zaczyna być więcej czasu dla siebie tam zaczyna się kończyć związek.

12

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
klarek napisał/a:

Wydaje się, że odpowiedź może brzmieć: tam gdzie zaczyna być więcej czasu dla siebie tam zaczyna się kończyć związek.

Bynajmniej, gdzie nie ma czasu dla siebie tam już jest de facto po związku.

13

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

poza tym to jest trochę typ samotnika/domatora i dla niego świadomość, że jestem w domu często wystarcza i jest zadowolony.

a więc może weź się w garść , częściej wychodź, znajdź sobie jakieś zajęcia ,,poza domowe'' może bieganie albo basen? smile
zobaczy że jego pięknej nie ma w domu, i jestem pewna że to 20 minut grania będą się dłużyć jak 4godziny i to on będzie wyczekiwał ciebie smile
z reguły w życiu jest tak że czym mniej czegoś pragniesz, tym szybciej to dostajesz smile

14

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

tez pasuję do opisu wiec odpowiem. Moj facet ma tak samo - tzn. grac moze duzo i tak jak piszesz 4h mijaja mu jak mnie 20 minut, on nie odczuwa tego, kluczem jest rozmowa. Powiedzialam mu zemoze grac w czasie kiedy ja tez jestem zajeta czym innym (czytam gotuje - to moja pasja, śpiewam, bawie sie z naszymi zwirzakami domowymi, ćwicze, odpoczywam w inny sposob czy ogladam cs w tv) no i on wtedy gra. Jak juz mu powiem ze skonczylam costam robic to konczy gre i ogladamy cos razem czy gdzies wychodzimy cy cokolwiek. Powiem Ci tak,przed moim obecnym narzeczonym mialam 2 facetow (i jedna kobiete ale to nie jest tu istotne tongue) i kazda z tych osob mnie zdradzila, kazda lubila chodzic sama na imprezy, kazda czesto mnie olwala. Ciesze sie wie ze teraz mam faceta domatora ktory woli grać w League of Legends czy inne gierki w wolnym czasie niz chodzic do domow publicznych lub na imprezy i wyrywac latwe laski. To moim zdaniem jest zaleta u faceta w dzisiejszych czasach.

15

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Dzien dobry,

Wszystko zalezy od natury czlowieka!

Jaka jest chemia kazdego, jaka jest osobowosc i jej podejscie do partnera.. Kwestja czucia sie ekstra, nawet jak kazde z nas poswieca czas na wlasne potrzeby czy zainteresowania. Bycie razem nie jest chyba uzaleznione od trzymania sie za raczki non stop...

To wlasciwie momenty stwarzaja, ze ma sie poczucie istnienia w zwiazku.
Partner moze byc zajety soba, spedzac czas dla niego, ale fakt, ze jest tuz obok, ze ma sie ta przestrzen razem i odzielnie, stwarza, ze jest dobry klimat dla wzajemnego oddzialywania uczucia.. tak?

Nie jestem zwolenniczka zycia z grafikiem jesli chodzi o wzajemne poswiecanie sobie czasu. Mysle, ze zycie wspolne to po prostu male spotkania, w ciaglym spotaniu.. Jakby to ujac z metafora : jak fale morskie, ktore przyplywaja i odpywaja i spotykaja sie z piaskiem.
Kazdy znas jest zarazem ta fala morska i piaskiem.. Fala jest w ruchu, czasem wzburzona, biegnie z predkoscia uzalezniona od warunkow atmosferczynych, a piasek jest poruszany, chociaz ma pozycje niby statyczna, wiec tak chyba moglabym okreslic nasze zycie w parach...

Z powazaniem
Blanche neige

16 Ostatnio edytowany przez infinity (2012-11-18 23:21:01)

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
naaoomi21 napisał/a:

a więc może weź się w garść , częściej wychodź, znajdź sobie jakieś zajęcia ,,poza domowe'' może bieganie albo basen? smile
zobaczy że jego pięknej nie ma w domu, i jestem pewna że to 20 minut grania będą się dłużyć jak 4godziny i to on będzie wyczekiwał ciebie smile
z reguły w życiu jest tak że czym mniej czegoś pragniesz, tym szybciej to dostajesz smile

Problem (?) polega na tym, że on nie zareaguje w oczekiwany sposób na moje wyjście, uzna to za coś normalnego (bo w sumie jest) i potraktuje jako dobrą okazję do pogrania w świętym spokoju smile  Nie wychodzę sama jakoś mega często ( bo bardzo nie lubię sama, a poza tym jak już pisałam znajomi często mają swoje sprawy), ale jak wychodzę to właśnie tak to wygląda. On reaguje, że mnie nie ma dopiero wtedy, jak np. wyjadę służbowo. Wtedy korzysta ze "świętego spokoju", ale też tęskni, bo dom robi się pusty. Tylko nie mówcie, że mam częściej wyjeżdżać wink

Temat grania został przez ostatnie kilka dni przez nas przegadany, przyznał mi w sumie rację, że może faktycznie się nie kontroluje w kwestii ilości spędzania czasu przed komputerem, że mam racjonalne podejście, a on musi się przestawić, że kiedyś żył sam i spędzał całe dnie na graniu, a teraz żyje ze mną i musi to uwgzlędnić, bo przecież jestem najważniejsza. Cieszę się. A czas pokaże, jak to będzie wyglądać w praktyce.

Tegan, tak zgadzam się, że lepiej siedzieć  w domu i grać niż szlajać nie wiadomo za czym/kim. Ale  mimo wszystko, zdrowy umiar musi być smile

17

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

infinity rozumiem Cie, mi tez to przeszkadza czesto ale na to tylko rozmowa jest lekarstwem i to dobitna razmowa w ktorej jasno powiesz co Ci nie odpowiada i jakie to moze mieckonsekwencje dla niego... tu nie ma co owijac w bawelne

18

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Hyh... Tja... skąd ja to znam :-) miałem kiedyś taką przypadłość jak i moja 2 połówka... Praca - daom/ praca - dom... Ja z pracy przychodziłem jako pierwszy więc wywiązywałem się z obowiązków KURA domowego ;-) , obiad, pranie, sprzątanie (broń boże prasowanie), przyhodziła moja 2 połówka z pracy i zawsze wspólnie zjadaliśmy posiłek, po czym... no właśnie - po czym... ja od godziny 17:30 zasiadałem przed komputerem, gry, filmy, wszystko cała multimedialna rozrywka (szczeście że w pracy w ogole styczności z kompem nie miałem), natomiast Ona - 8.5h w pracy przy komputerze z czego dużo przesiadziane na portalu tego kalibru :-) po pracy tez do komputera, znów do swojego ulubionego portalu, albo jakieś seriale, albo SIMSY! big_smile Szczerze to jakoś to nam z początku nie przeszkadzało... co jakiś czas ktos komus zrobił herbatkę, zamienił 2 słowa nie wiem co kolwiek - ale z czasem hmmmm mnie zaczeła bolec "dupka" od siedzenia - probowałem, coś zmienić zaproponowałem sporty - bieganie, pływanie rower - może bardziej pod swoim kontem bo 2 połówka fiugurą nie odstępowała od czołowych TAP MADEL, no ale niestety Ona od siedzenia przed kompem prawie po 14h na dobe bywała tak słaba i przemęczona - ze po przebiegnięciu 500m mdlała... Ale problemu nikt nie widział... Od czasu do czasu gdzies udało się wyjść - ale głownie kino - siedzenie na dupie i żarcie, albo do restauracji - znów siedzenie na dupie i żarcie - dzizas jak sie związek kończył to przekraczałem 100kg i nie łatwo było sie pozbyc 22 by powrócic do normalnej wagi... Ona z kolei problem też niby dostrzegała - no ale hmmmm nie wiele z tym robiła... Z jednej strony nam obojgu było w takim ukladzie dobrze - bo jesteś z kimś obok masz tego świadomośc a z drugiej strony gdzies tam lampka sie paliła, że to nie do końca tak powinno być... Oczywiście nie chce przejaskrawiać i tak nie wyglądał każdy dzień, ale większość dni tygodnia...

Jeśli chodzi o walke z nałogiem (po przegrywanie dzień w dzień 4h nie orientując co dzieje sie na świecie - to nie jest normalny zdrowy odruch) - to trzeba sobie przyjąc pewne priorytety ja zrobiłem to w ten sposob 1.Praca 2.Obowiązki ktore lubie wykonywać 3. Rodzina/Przyjaciele/Znajomi 4. Czas dla siebie (gry,filmy, albo sport) 5. Obowiazki ktorych nie lubie wykonywać - i dzieki takiej hierarchi którą sam sobie narzuciłem udało mi sie zmnienić w dużym stopniu tryb życia.

Natomiast co do grafiku - to nie narzucajcie sobie grafiku pod hasłem "godziny gdzie wolno grać" a raczej grafik obowiązków - gdzie "obowiazkowo" macie cos zrobić razem, gdzies wyjść czy nie wiem co jeszcze - to pewień aspekt psychologiczny w walce z nałogiem... - gdy mamy zakaz na cos co lubi, bardziej sie buntujemy, a gdy mamy obowiazek czegos zrobic, to łatwiej jest nam zrezygnować z tego co robić planowalismy ;-) to taka mała podpowiedź

19

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Remi napisał/a:

Nałogiem powinna być 2 połówka.

Pięknie. Tak właśnie.

A idealnie, gdyby jedno i drugie potrzebowało tyle samo kontaktu, tyle samo samotności. Nie wyobrażam sobie życia z kimś, kto woli kompa. Już to przerabiałam i bardzo dziękuję.

Infinity, kieruj się tym co czujesz. Nie chcesz na siłę. Ja też nie chciałam. Ale jak zrobić, żeby on chciał chcieć? Nie wiem. Zwłaszcza że odrzucam manipulację, szantaż emocjonalny itp. wredne zagrania. Zmieniłam mężczyznę na inny model i nic nie muszę robić w tym kierunku, żeby mu się chciało chcieć. NIC. Być sobą. Jego to zachwyca. Nie ma się więc co dziwić, że mnie zachwyca on. I żyjemy sobie jak w raju w tych paskudnych warunkach, nie przejmując się światem zewnętrznym, robiąc co do nas należy z uśmiechem i kompletnie bez stresu. Nigdzie się nie śpiesząc i niczego nie szukając, bo znaleźliśmy.

Czy jesteś pewna, że do siebie pasujecie?

Sorki, że tak wprost.

20

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

Pytanie głównie adresowane do młodych, mieszkających razem, jeszcze bezdzietnch par wink .

eeee? młoda juz nie jestem hmm,tkwie w malzenstwie dzieciatym hmm, wiec szkoda ,że pytanie tyczy sie wybranej selekcji ,bo cosik bym miala do powiedzenia w tym temacie ,no ale nie wbijam sie w kryteria roll

21

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Artemido, podobno pewnym można być tylko śmierci;)
A tak poważnie to dla mnie dość trudne pytanie, które zadaję sobie ostatnio, gdyż planujemy ślub w przyszłym roku, a nasz związek był dośc burzliwy (pisałam o tym ponad rok temu na tym forum). I te wydarzenia bardzo zarzutowały na moje obecne postrzeganie związku i ogólnie rzeczywistości. Skomplikowana sprawa, nie na ten wątek wink Napewno nie uważam, że jego zapędy komputerowe dyskwalifikują go całkowicie, tym bardziej, że jak pisałam post wyżej, widzę, że jednak stara się nie olewać mojego veto:)

Mortisho proszę się tu nie fochować smile Pytanie GŁÓWNIE adersowane do osób spełniających wypisane "kryteria", co nie znaczy że nie możesz się wypowiedzieć smile Narzuciłam takie kryteria, gdyż zdaję sobie sprawę, że podział czasu po pracy, obowiązków, potrzeby i ogólna mentalność zmieniają się wraz z wiekiem i nadejściem potomstwa:)

22

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Infinity, ja początkowo miałam z tym problem... Kiedy spotykaliśmy się tylko w weekendy, spędzaliśmy cały czas razem i chyba za bardzo do tego przywykłam. Gdy zamieszkaliśmy razem, często strzelałam fochy o to, że On woli posiedzieć przy kompie, albo pogrzebać w aucie, niż siedzieć ze mną big_smile Po mniej więcej 3 miesiącach dotarło do mnie, że nie da się całego życia spędzić, siedząc razem na kanapie i się przytulając tongue Więc zazwyczaj każde z nas zajmuje się po pracy swoimi zajęciami, ale robimy sobie przerwy, żeby razem napić się herbaty, albo kawy i porozmawiać, czasem obejrzymy jakiś film, albo wyjdziemy na spacer smile Chyba największą sztuką jest znalezienie odpowiednich proporcji, tak, aby każde w związku miało czas na rozwój własnych zainteresowań i na głębszy oddech, ale żeby jednocześnie to drugie nie czuło się zaniedbywane i odepchnięte.

23

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

U nas od roku to wygląda tak. Narzeczony chodzi do pracy na dwie dzienne zmiany po 8 godzin, a ja siedzę w domu (wkrótce otwieramy firmę, więc będziemy pracować razem i wszystko się pewnie zmieni). Jak jestem sama to sprzątam, pójdę na zakupy jak dam radę (skomplikowana sytuacja zdrowotna:P), opiekuję się zwierzakiem, coś upiekę, oglądam serial, dużo czytam w internecie o sprzęcie itp. Jak narzeczony jest w domu to robię praktycznie to samo, ale część rzeczy z nim wspólnie, choć bywają dni, kiedy on siedzi przed komputerem i ja też i tak sobie rozmawiamy siedząc przy swoich laptopach i biurkach. big_smile Generalnie jak chcemy razem spędzić czas to leżymy sobie, pijemy wino, coś ciekawego upieczemy, idziemy na spacer lub gdzieś pojedziemy. Wszystko zależy od nastroju, chęci i danego dnia. Czasami ja jestem "zła" i mówię w żartach "dziuuubek zainteresuj się mną", a czasami on. tongue Generalnie często spędzamy czas razem, ale osobno - każdy robi coś swojego, ale w tym samym pomieszczeniu rozmawiając. No i tak szczerze to papużki nierozłączki z nas, nawet po chleb chodzimy razem. wink

24

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
WiecznieMloda napisał/a:

Infinity, ja początkowo miałam z tym problem... Kiedy spotykaliśmy się tylko w weekendy, spędzaliśmy cały czas razem i chyba za bardzo do tego przywykłam. Gdy zamieszkaliśmy razem, często strzelałam fochy o to, że On woli posiedzieć przy kompie, albo pogrzebać w aucie, niż siedzieć ze mną big_smile Po mniej więcej 3 miesiącach dotarło do mnie, że nie da się całego życia spędzić, siedząc razem na kanapie i się przytulając tongue Więc zazwyczaj każde z nas zajmuje się po pracy swoimi zajęciami, ale robimy sobie przerwy, żeby razem napić się herbaty, albo kawy i porozmawiać, czasem obejrzymy jakiś film, albo wyjdziemy na spacer smile Chyba największą sztuką jest znalezienie odpowiednich proporcji, tak, aby każde w związku miało czas na rozwój własnych zainteresowań i na głębszy oddech, ale żeby jednocześnie to drugie nie czuło się zaniedbywane i odepchnięte.

Też tak miałam jak zamieszkaliśmy razem i zgadzam się z Tobą całkowicie. Ale jak sama napisałaś, jest to sztuka wypracować jakiś złoty środek, szczególnie jak jedno (ja) nigdy nie jest nasycone byciem razem, a drugie (On) nigdy nie jest nasycone byciem samemu ze sobą, w tym wypadku randkowaniem z komputerem wink

25

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

No, to w takim razie musicie wypracować jakiś kompromis - Ty znajdź sobie jakieś hobby, którym się zajmiesz, a On niech np. ustali, że siedzi przy kompie max. ileś tam godzin big_smile Albo niech robi godzinne przerwy na chwile spędzane z Tobą, u nas właśnie taki sposób najbardziej się sprawdził smile

26

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

Oczywiście, wiele rozmów na ten temat się odbyło, ostatnio padły nawet konkrety co do "grafiku", zobaczymy co z tego wyjdzie... On uważa, że spędza ze mną sporo czasu, że też jednak potrzebuje pobyć sam na sam z komputerem, że to go relaksuje, poza tym to jest trochę typ samotnika/domatora i dla niego świadomość, że jestem w domu często wystarcza i jest zadowolony. No i oczywiście on nie odczuwa, jakoby dużo czasu spędzał grając, jemu 4h mijają jak 20 minut. Ja z kolei jak już wspomniałam bardzo potrzebuję kontaktu i bliskości z drugą osobą, nie lubię być sama i robić czegoś sama, często wracam pierwsza z pracy i wyyczekuuuję aż on przyjdzie, no a jak przyjdzie, to on najchętniej posiedziałby przy komputerze. No i jest spięcie. Jest jeszcze jedna istotna sprawa, nie chcę aby spędzał czas ze mną z przymusu. Podobno trzeba dać "wolność" drugiej osobie i nie naciskać, stąd też pytam Was jaka jest zdrowa norma i gdzie te granice róbtacochceta tak naprawdę są.

Miałam podobnie. Ale u mnie jest tak,że jak zaproponuje cokolwiek to partner się na to zgadza.Jednak na początku było tak,że wręcz nie mogłam zcierpieć tego ,że on siedzi przy kompie a ja to gdzie w tym wszystkim ? Owszem potrafi przyjść pocałować,pozaczepiać, przytulić .... ale kiedyś nie wytrzymałam i mu to wyrzuciłam , powiedział mi krótko"Jak nie ma nic do roboty to co mam robic?".I w tym co powiedział jest prawda.
Teraz jest inaczej wręcz się cieszę ,że mój facet ,nawet jak siedzi przy kompie ,jest w domu a nie szlaja się gdzieś z kumplami. Choć to też typ domatora.
Czasami jak mam ochotę sama zaproponuje mu wspólne zajęcia i to działa w drugą stronę też. A jak widzę ,że nie ma na nic ochoty , to daje mu spokój i idę zająć się sobą . Lub wręcz siedzę z nim w jednym pokoju czytając a on grając w swoją grę , czasami milczymy. I nawet to milczenie jest ze świadomością,że on jest. Sama do niego też podchodzę i go zaczepiam , a to sama się przytulę.
Myślę,że to też sprawa kompromisu:-)

27

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
miodowyblond napisał/a:

U nas od roku to wygląda tak. Narzeczony chodzi do pracy na dwie dzienne zmiany po 8 godzin, a ja siedzę w domu (wkrótce otwieramy firmę, więc będziemy pracować razem i wszystko się pewnie zmieni). Jak jestem sama to sprzątam, pójdę na zakupy jak dam radę (skomplikowana sytuacja zdrowotna:P), opiekuję się zwierzakiem, coś upiekę, oglądam serial, dużo czytam w internecie o sprzęcie itp. Jak narzeczony jest w domu to robię praktycznie to samo, ale część rzeczy z nim wspólnie, choć bywają dni, kiedy on siedzi przed komputerem i ja też i tak sobie rozmawiamy siedząc przy swoich laptopach i biurkach. big_smile Generalnie jak chcemy razem spędzić czas to leżymy sobie, pijemy wino, coś ciekawego upieczemy, idziemy na spacer lub gdzieś pojedziemy. Wszystko zależy od nastroju, chęci i danego dnia. Czasami ja jestem "zła" i mówię w żartach "dziuuubek zainteresuj się mną", a czasami on. tongue Generalnie często spędzamy czas razem, ale osobno - każdy robi coś swojego, ale w tym samym pomieszczeniu rozmawiając. No i tak szczerze to papużki nierozłączki z nas, nawet po chleb chodzimy razem. wink

He he witaj w klubie big_smile I to jest świetne :-)

28

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Podsumowując. Ty siedzisz i się nudzisz i oczekujesz od chłopaka, że rozrywkę Ci zapewni.

29

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Bullitt napisał/a:
klarek napisał/a:

Wydaje się, że odpowiedź może brzmieć: tam gdzie zaczyna być więcej czasu dla siebie tam zaczyna się kończyć związek.

Bynajmniej, gdzie nie ma czasu dla siebie tam już jest de facto po związku.

Jak to skrajności smile

30

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Witam wszystkich po sporej przerwie.
Od czasu moich ostatnich postów wiele się wydarzyło. Przeżyliśmy wiele "wojen" o oglądanie przez niego porno (plus znaczący spadek jego zainteresowania mną jako kobietą), zaczęliśmy chodzić na terapię psychologiczną, a od roku jesteśmy po ślubie. I znów w naszym związku zaczęło się na tyle źle dziać, że postanowiłam zwrócić się do Was o jakąś radę.

Jesteśmy rok po ślubie, a ja czuję się, jakbyśmy byli tych lat conajmniej z 10.
Temat spędzania czasu ciągle odżywa. Niedawno usłyszałam, że on czuje ciągłą presję, że nie może spędzić wolnego czasu w pełni tak, jak on by chciał, bo jestem ja. Że jak idzie na rower i nie ma go kilka godzin to cały czas się wkurza, że musi za te kilka godzin wrócić, bo czekam, a on by jeździł i jeździł. Że on potrzebuje więcej tego czasu. A mi się wydaje, że przy tym jak mało tego czasu wolnego w ogóle jest, to on go ma dla siebie i tak sporo, że staram się mu nie smęcić "zajmij się mną" i rozumiem, że on ten czas dla siebie potrzebuje. Naprawdę staram się go nie osaczać. Ale potrafił mi powiedzieć, że ja mu ograniczam wolność tym, że np. kiedyś  jak było już późno i ciemno i był na rowerze już chyba z 6tą godzinę, zadzwoniłam do niego z pytaniem gdzie on jest, bo się zwyczajnie martwiłam..

Szczyt nastąpił po powrocie z wyjazdu wakacyjnego. Ustaliliśmy już dawno temu, że we wrześniu pojedziemy gdzieś za granicę. Po czym jak wreszcie wytęskniona za zmianą otoczenia i ruszeniem się gdzieś żeby odpocząć powiedziałam, że trzeba się zdecydować na jakiś wyjazd, dowiedziałam się, że on nie chce nigdzie jechac i najchętniej przesiedziałby urlop w domu.  Po dniu nieodzywania się do siebie, powiedział, że dobra, jedźmy, że ma nadzieję, że fajnie spędzimy razem czas i uda sie nadrobić to, co nie udało się na naszą 1szą rocznicę ślubu (sam zaproponował wyjazd weekendowy nad morze i nie wdając się w szczegóły, była to jedna wielka porażka w jego wydaniu, tak że przepłakałam połowę tego czasu). Część wyjazdu wyglądała tak, że ja siedziałam na plaży, a on w pokoju, grając na kompie, bo było mu nudno.. Muszę tutaj dodać, że mam problemy zdrowotne i nie mogłam spędzać czasu super aktywnie, jeżdżąc, spacerując itd, choć mimo wszystko chcąc, żeby był zadowolony, wynajęliśmy auto na 2 dni i mimo bólu zwiedzałam z nim okolicę.
Po powrocie miał jeszcze 2 dni urlopu i przesiedział je od wczesnego ranka do późnego wieczora przed komputerem, traktując mnie totalnie jak przezroczystą. Jak mu powiedziałam, że to trochę nienormalne, to się strasznie obruszył, że jak ja śmiem mu cokolwiek powiedzieć, że on się tak poświęcił jadąc ze mną na tydzień na wakacje! Szkoda tylko, że ten wyjazd wyglądał tak a nie inaczej. Kurcze wydalismy sporo kasy na ten wyjazd (sam chciał jechać do droższego hotelu), jeden sensowny wyjazd na cały rok, na który się zazwyczaj czeka jak na zbawienie... Żałuje, że z nim w ogóle pojechałam, a z drugiej strony ogarnia mnie złość, że mam zrezygnować do końca życia lub tego małżeństwa z wszelkich wyjazdów i siedzieć w 4 ścianach! Sama przecież nie pojadę:(
No i tak się porobiło, że od tej pory jest między nami źle, została mi zaprezentowana wspomniana powyżej epopeja, jak to on się czuje pod presją etc. A ja się czuję coraz bardziej nie jako kochana żona, a ktoś od gotowania obiadu i rozładowania seksualnego. Bardzo mało rozmawiamy, oddaliliśmy się od siebie, sprawia wrażenie, że czas spędzany razem ze mną jest od niechcenia, bo trzeba, a przecież można by porobić samemu fajniejsze rzeczy.. Zawsze pomimo wielu kryzysów, czułam tą więź z nim, bliskość, kiedyś była między nami ogromna chemia, był czuły, obejmował, całował, tęsknił, a teraz...? Byle jaki seks, mało czułości i innych takich drobnych gestów, które dają poczucie bycia kochanym i ważnym dla kogoś. Potrafi pół dnia chodzić uhahany po powrocie z roweru, opowiadając jak to fajnie było, a nie pamiętam juz kiedy usłyszałam, że dobrze mu ze mną..
Bardzo się boję, że on idzie w ślady swojego ojca- nadużywającego alkoholu, samotnika, którego relacje z rodziną sa minimalne. Albo jest w pracy, albo oświadcza, że jedzie na ryby lub idzie do kolegi i znika. Jak przyjeżdżamy raz na 2 tyg do rodziców, to ten ojciec nawet nie przyjdzie zapytać co tam słychać. Wymiana informacji odbywa się przez mamę. Przeraża mnie to w kontekście naszych potencjalnych dzieci- że on się nie nadaje na ojca, takiego ojca z prawdziwego zdarzenia, który się tym dzieckiem zajmie, poświęci mu czas. Że dziecko będzie kolejną po mnie istotą "ograniczającą jego wolność", z dużo większą intensywnością, niż ja. Jest w nim dużo takiego egoizmu, wydaje mi się, że nasilającego się. Ja wracam z pracy i najpierw myślę, co trzeba zrobić, a nie że jestem zmęczona i chcę odpocząć. Mamy od niedawna zwierzę, które on sam chciał kupić i zgodziłam się, ale pod warunkiem, że oboje będziemy się nim zajmować. No i na początku tak było, po czym zwierzę szukające kontaktu z człowiekiem zaczęło być dla niego zawadą.
Gdy jakiś czas temu powiedziałam mu, że trochę sie w takich drobnych gestach oddalił ode mnie i nie chcę, żeby tak było, że o małżeństwo trzeba dbać, to powiedział, że w sumie to mam rację i że sie postara, a tak naprawdę jest jeszcze gorzej. Wczoraj natomiast powiedział mi, że takie zmiany w małżeństwie to sa wg niego normalne... Ja nie mam wzorców, bo moi rodzice się rozwiedli przez przemoc ojca, ale wydaje mi się, że po roku od ślubu ta iskra, zaangażowanie i radość z obcowania z drugą osobą nie powinny obumrzeć..?
Jestem tak rozbita psychicznie przez to wszystko, że aż zrodziła się we mnie obojętność wobec niego, nie szukam sama kontaktu z nim, nie "sępię" o zainteresowanie, jestem wycofana i mam wrażenie, że moja miłość gdzieś sobie poszła... Mam wiele żalu uzbieranego przez te 5 lat znajomości, bo wiele razy mnie bardzo zranił, a ja zawsze wyciągałam rękę, wybaczałam, dawałam szansę. Ale nie zapomniałam i teraz chciałabym, żeby to o mnie ktos zawalczył, żeby się postarał. A mam wrażenie, że w jego przypadku to nie jest tak, że odpuszczam i daje mu "wolność", to on się nacieszy sam ze sobą i potem przyjdzie stęskniony do mnie. Nie, im na więcej może sobie pozwolić, tym bardziej się oddala... sad

31

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Pytanie podstawowe: na ch*j Ty wychodziłaś za niego za mąż? Doskonale wiedziałaś jaki jest, jakie ma wady i jak się świetnie można z nim "dogadać". 5 lat męczarni Ci nie starczyło? Ślubu jeszcze się zachciało?

Uwarzyłaś sobie piwa, to teraz go pij, bo pretensje możesz mieć tylko do siebie.

A jeśli ubzdurałaś sobie, że "po ślubie się zmieni", to czas na spotkanie głowy z patelnią.

32

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Niestety  jest już musztarda po obiedzie i walenie głową w mur nic nie zmieni. Pytanie jak sobie teraz poradzić, w sytuacji kiedy ten slub się jednak odbył i nie jest to takie proste zabrać zabawki i sobie pójść. Dla mnie przysięga małżeńska to nie sa puste słowa...
Poza tym, póki co mimo wszystko nie mam w sobie takiego przeświadczenia, że to była pomyłka i że żałuję (mże mam za dużą tolerancję..?). Przez 2 lata związku, jak studiowałam w innym mieście i widywaliśmy się w weekendy to był to związek idealny. Byliśmy kochający się, zaangażowani, z podobnymi poglądami, zainteresowaniami, nadający na tych samych falach,  wspierający się w gorszych chwilach, walczący o każdą wspólną chwilę. Zmiany pojawiły sie, jak ja skończyłam studia i zamieszkaliśmy ze sobą. Zaczęły pojawiać się zgrzyty, że ja nie mając pracy wyczekiwałam go całymi dniami tęskniąc tak jak na studiach, a on przychodził i chciał sobie odpocząć. Beze mnie. Ale mimo to zaręczyliśmy sie i byliśmy niby tacy szcześliwi. Ale on się chyba przestraszył, co taka deklaracja oznacza i po miesiącu zostawił mnie z dnia na dzień. Powrócił do swojego schematu praca-komputer/rower, z brakiem jakiś obowiązków. Ale po kilku miesiącach uświadomił sobie, że jednak nie jest szczęśliwy, że szczęście mogę dac mu tylko ja, że nigdy nie przestał mnie kochać i chciał wrócic. I wrócił, rzucił prace, przeprowadził się do mnie (bo w międzyczasie znalazlam pracę w innym mieście), a wiem, że wcześniej było to dla niego nie do przejścia i mieliśmy zacząć wszystko od nowa. Mieszkając ze sobą zaczeliśmy docierac się, ja zaczełam odpuszczać z moją ogromną potrzebą bycia blisko niego, a on próbował ogarnąć, że to juz nie jest róbtacochceta i trzeba czas po pracy podzielić między swoje potrzeby a moje. Z lepszym lub gorszym skutkiem...
Wiesz Teo, łatwo tak się mówi "po ch*j", ale jak się kogos kocha, tyle razem przeszło, walczy się tyle o związek i mimo wszystko widzi chęć walki z drugiej strony (np. to że poszedł do psychologa z problemem, ze się nam w łózku nie układa i sie masturbuje przy porno- nie każdy facet by się na to zdobył), to nie jest to łatwe kopnąć kogoś w tyłek, bo siedzi dużo przy kompie i sobie odejść. Ja tak nigdy NIESTETY nie potrafiłam, tylko jestem taka sirota jak moja mama, która przez 25 lat znosiła to, że mąż się nad nią znęca, a przy rozwodzie za nim płakała...

33

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

Niestety  jest już musztarda po obiedzie i walenie głową w mur nic nie zmieni. Pytanie jak sobie teraz poradzić, w sytuacji kiedy ten slub się jednak odbył i nie jest to takie proste zabrać zabawki i sobie pójść. Dla mnie przysięga małżeńska to nie sa puste słowa...
Poza tym, póki co mimo wszystko nie mam w sobie takiego przeświadczenia, że to była pomyłka i że żałuję (mże mam za dużą tolerancję..?). Przez 2 lata związku, jak studiowałam w innym mieście i widywaliśmy się w weekendy to był to związek idealny. Byliśmy kochający się, zaangażowani, z podobnymi poglądami, zainteresowaniami, nadający na tych samych falach,  wspierający się w gorszych chwilach, walczący o każdą wspólną chwilę. Zmiany pojawiły sie, jak ja skończyłam studia i zamieszkaliśmy ze sobą. Zaczęły pojawiać się zgrzyty, że ja nie mając pracy wyczekiwałam go całymi dniami tęskniąc tak jak na studiach, a on przychodził i chciał sobie odpocząć. Beze mnie. Ale mimo to zaręczyliśmy sie i byliśmy niby tacy szcześliwi. Ale on się chyba przestraszył, co taka deklaracja oznacza i po miesiącu zostawił mnie z dnia na dzień. Powrócił do swojego schematu praca-komputer/rower, z brakiem jakiś obowiązków. Ale po kilku miesiącach uświadomił sobie, że jednak nie jest szczęśliwy, że szczęście mogę dac mu tylko ja, że nigdy nie przestał mnie kochać i chciał wrócic. I wrócił, rzucił prace, przeprowadził się do mnie (bo w międzyczasie znalazlam pracę w innym mieście), a wiem, że wcześniej było to dla niego nie do przejścia i mieliśmy zacząć wszystko od nowa. Mieszkając ze sobą zaczeliśmy docierac się, ja zaczełam odpuszczać z moją ogromną potrzebą bycia blisko niego, a on próbował ogarnąć, że to juz nie jest róbtacochceta i trzeba czas po pracy podzielić między swoje potrzeby a moje. Z lepszym lub gorszym skutkiem...
Wiesz Teo, łatwo tak się mówi "po ch*j", ale jak się kogos kocha, tyle razem przeszło, walczy się tyle o związek i mimo wszystko widzi chęć walki z drugiej strony (np. to że poszedł do psychologa z problemem, ze się nam w łózku nie układa i sie masturbuje przy porno- nie każdy facet by się na to zdobył), to nie jest to łatwe kopnąć kogoś w tyłek, bo siedzi dużo przy kompie i sobie odejść. Ja tak nigdy NIESTETY nie potrafiłam, tylko jestem taka sirota jak moja mama, która przez 25 lat znosiła to, że mąż się nad nią znęca, a przy rozwodzie za nim płakała...

Wybacz, ale jakie "wiele razem przeszło"?? Przechodziliście razem jakąś ciężką chorobę? Trudną sytuację rodzinną? Mieszkaniową? Czy stała się jakaś tragedia? Bardzo trudne i ciężkie chwile spowodowane brakiem pracy, utratą zdrowia, utratą kogoś bliskiego? Bo jeśli nie, to to, co przeszliście to nic innego jak męczenie się w niedobranym związku. Związek weekendowy był idealny, a codzienność beznadziejna i tak było, tak jest jak sama widzisz i tak będzie, bo to się nie zmieni.
Wymęczyliście ten związek i skończyło się na ślubie, po co? Sama widzisz, że nic się nie zmieniło. Ty jesteś od niego uzależniona, a on o tym wie i źle mu z tym.

Chcesz coś zmienić, zacznij od siebie.

34

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Tak Teo, przeszliśmy razem m.in. bardzo ciężką sytuację rodzinną, a właściwie to dzięki niemu udało mi się ją przejść i na tamten moment gdyby nie jego miłość, to nie wiem czy bym to wszystko wytrzymała i nie skoczyła z balkonu, a warunki do tego ojj miałam..
Z tą sytuacją powiązane były moje problemy z bardzo ciężką nerwicą, z napadami jak przy padaczce. I tylko on był wtedy przy mnie. Teraz też mam problemy ze zdrowiem, które ujawniły się jeszcze przed ślubem i które mogą rzutować na dalsze nasze życie i nie uciekł, tylko mnie wspiera. No i muszę dodać, że nie każdy zdecydowałby się żyć z osobą z domu z przemocą psychiczną i fizyczną, bo to pozostawia jednak skrzywienie na całe życie. I też w związku z tym czasem trudno mi racjonalnie ocenić czy to ja jestem walnięta i za dużo bym chciała (czytaj związku idealnego) czy to on jest niedojrzały do dorosłego życia...
Pytanie czy pomimo tego niedopasowania jest szansa, że uda się nam wypracować kompromis.

Piszesz, zacznij od siebie. To znaczy co konkretnie miałabym zrobić/zmienić?

35

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Ja uważam, że każdy człowiek potrzebuje czasu tylko dla siebie. Jedni więcej, inni mniej, ale wiszenie na sobie przez 24h na dobę przez 7 dni w tygodniu na dłuższą metę prowadzi często do rozpadu związku. Zależnie od tego jak bardzo jest się dopasowanym pod względem charakteru i zainteresowań trwa to dłużej, lub krócej. Ja na przykład nieraz muszę odpocząć od ludzi, na których mi zależy - iść pobiegać, zająć się trochę sobą. Wiadomo, że to indywidualna sprawa, ja uważam, że zdrowiej jest nie spędzać zawsze całego wolnego czasu we dwoje.

36

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

Piszesz, zacznij od siebie. To znaczy co konkretnie miałabym zrobić/zmienić?

Niech do Ciebie dojdzie, że jesteście niedopasowani. Powinnaś sobie uświadomić, że on Cię nie potrzebuje w swoim czasie wolnym. Czas zająć się sobą i samej sobie odnajdywać rozrywki i towarzystwo.

Tylko po opisie tych waszych wakacji zagranicznych, to ja czarno ogólnie to widzę, jeśli chodzi o kompromis...

Wiesz co, nie chce pisać czarnych scenariuszy, ale wydaje mi się, że jeśli Twój mąż poznałby kobietę równie aktywną jak on z podobnymi zainteresowaniami, która mu nie "jęczy", że ją ciągle boli, to nie miałby skrupułów i odszedłby od Ciebie. Prawie zawsze tak jest, kiedy dwie osoby są niedopasowane i spotyka się tą, która pasuje.
Nie twierdzę też, że Twój stan zdrowia, to Twoja wina, ale dla osoby aktywnej fizycznie taki partner jest zwyczajnie męczący.

37

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Teo napisał/a:

Niech do Ciebie dojdzie, że jesteście niedopasowani.

Dociera do mnie, że różnimy się, zawsze wiedziałam, że w pewnych obszarach jesteśmy zupełnie inni- ja kontaktowa, towarzyska, on milczek, domator. Ale nigdy ta różnica mimo wszystko nie była dla nas problemem zaporowym. On się przy mnie otworzył trochę na ludzi, ja nie naciskałam na siłę, żeby mi towarzyszył podczas wyjść ze znajomymi, nie wydzierałam od niego rozmów na siłę, mało rozmawialiśmy, ale mimo wszystko treściwie i było wzajemne poczucie zrozumienia.
Zastanawiam się czy taka różnica w formie spędzania wolego czasu jest już świadectwem niedopasowania, które przekreśla możliwość wspólnego życia? Przecież chyba zazwyczaj ludzie dobierają się nie dlatego, że są identyczni, z identycznymi zainteresowaniami itd. Ileż jest takich par, że facet przychodzi z pracy i siada na komputer, albo wychodzi z kumplami na piwo (mój nie wychodzi- nie ma kolegów) lub idzie na siłkę i nikt nie myśli w związku z tym o tym, że trzeba się rozstać?
Oczywiście problem pojawia sie, jak tego jest za dużo i za często, co powoduje odsuwanie się od siebie, tak jak to dzieje się u nas..
Rozmawiałam z jego mamą- zapytałam jak ona znosi to, że jej męża ciągle nie ma, w końcu jest z nim 30 lat i nikt się z nikim nie rozstaje. Powiedziała mi, że owszem kiedyś ją to wkurzało, ale potem machnęła ręką i teraz jej to zwisa. I kurcze jakoś żyją ze sobą... Tylko czy ja tak potrafię? Nie wiem, może łudze się, że jakos się to wszystko da pogodzić, że przecież on nie może wiecznie funkcjonować jak gówniarz myślący tylko o swoich potrzebach.. sad Bo on chyba racjonalnie wie, że to tak nie powinno być i starał się tak nie funkcjonować, ale to w nim jakoś w środku wzbierało i potem właśnie nagle rok po ślubie dowiaduję się, że on się czuję pod presją, że on potrzebuje wiecej czasu dla siebie i on sie musi nauczyc olewać to, że musi o tej i o tej wrócic do domu:/


Teo napisał/a:

Tylko po opisie tych waszych wakacji zagranicznych, to ja czarno ogólnie to widzę, jeśli chodzi o kompromis...

Widzisz, wcześniej nie było takich problemów. To znaczy 2 lata temu też był zgrzyt, że po co jechać za granicę, ale jak jednak pojechalismy, to wrócił taki zadowolony że nie wiem. Ustaliliśmy wtedy próbę kompromisu, że część urlopu siedzimy w domu, część spędzamy na wyjeździe. Rok później też pojechaliśmy (podróż poślubna) i tez było super. A tu nagle w tym roku taki opór...

Co do tego, że mnie zostawi, bo mam problemy ze zdrowiem, no cóż ja mogę powiedzieć... Mogę mieć nadzieję, że tak poprostu nie będzie, tym bardziej, ze to nie jest moja natura lenia, tylko że na chwilę obecną mam problemy wykluczające mnie z aktywności, ale mam nadzieję, że wiecznie ich mieć nie będę i ktoś mnie wreszcie wyleczy sad Poza tym jego aktywność ogranicza się głównie do jeżdżenia na rowerze i przy jego sposobie i tempie jazdy raczej żadna kobieta nie byłaby dla niego partnerem;]

38

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Napisałam w nowym wątku, ale muszę przekleić tu, choć tytuł trochę nieaktualny do obecnej sytuacji.

Szukam ratunku, żeby nie zwariować. Mam nadzieje, że nie dostanę tu tylko odpowiedzi, że jestem głupia i mam co chciałam. Proszę o pomoc w poradzeniu sobie.

Pisałam już parę razy o moich problemach z samą sobą (niska samoocena, dom z przemocą psychiczną i fizyczną) i z moim związkiem. W skrócie (krótko nie będzie, bo chciałabym naświetlić pewne sprawy):

Jesteśmy 1,5 roku po ślubie, znamy się ponad 4 lata.
Po roku udanej znajomości (wielka miłość, te same zainteresowania, poglądy, temperament, bycie ze sobą naprawdę blisko pod każdym względem) nagle przyszły mąż oświadczył mi, gdy byłam po 4 roku studiów, że lepiej będzie jak się rozstaniemy, bo:
- on nie wie czy potrafi kochać
- bo kończę taki kierunek, że w rodzinnym mieście pewnie nie znajdę pracy i będę chciała wyjechać (mimo że nigdy nie chciałam), a on ma tu pracę i dom i się nigdzie nie przeniesie

Rozpacz trwała kilka dni, tłumaczyłam, prosiłam, ciągnęłam "nie odchodź". Dotarło po kilku dniach. Wrócił.

Po następnym roku skończyłam studia, wróciłam do rodzinnego miasta, szukałam pracy na miejscu, zamieszkaliśmy ze sobą, oświadczył mi się. Cud miód i orzeszki.

Nagle, po miesiącu (!!) od zaręczyn znów to samo:
- on nie wie czy potrafi kochać, ma "zgnite" serce, że może on powinien być sam całe życie
- w rodzinnym mieście pewnie nie znajdę pracy i będę chciała wyjechać, a on ma tu pracę i dom i się nigdzie nie przeniesie
- on źle się czuje w tym mieszkaniu i mieście, bo całe życie mieszkał na wsi i on się wyprowadza
- zostawia mnie, żebym znalazła sobie kogoś, kto "na mnie zasługuje", tak będzie dla nas obojga lepiej
- wie, że będzie żałował tej decyzji
Tego samego dnia spakował się i wrócił do mamusi.

Tydzień później zadzwoniła moja promotorka, że jest praca w innym mieście (tam, gdzie studiowałam). Po wielu wątpliwościach się zdecydowałam, skoro on mnie zostawił, a innej pracy nie było. Zaczęłam pracę, wychodziłam, zaczęłam spotykać się z facetami, życie toczyło się bardzo szybko. Ale wewnętrznie wegetowałam, potwornie cierpiałam, miałam myśli samobójcze, bezsenność, no dramat. Wiem, że on zaczął uciekać w alkohol, próbował kogoś poznać.
Mieliśmy przez cały ten czas ze sobą kontakt. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Wiedział, że cierpię, że wciąż bardzo kocham, ale nie prosiłam o powrót. Starałam sie pogodzić z tym, że to już nie wróci. Jeden chłopak się we mnie zakochał, spotykałam się z nim, ale nie potrafiłam nic poczuć. Może było za wcześnie. Wreszcie po jakiejś sytuacji, w której mąż mnie olał, napisałam mu, że skończmy to, utnijmy kontakt i niech każdy idzie w swoją stronę. Zaczął przepraszać, że mnie olał. Po kilku dniach do mnie przyjechał, zaczęły się rozmowy, że on nie jest wcale teraz szczęśliwszy, że wie, że popełnił straszny błąd, że tęskni za mną, że chce wrócić. Ja się początkowo ironicznie z tego śmiałam, bo co mi z gadania, skoro mieszkamy w innych miastach, a on się nie przeniesie. W końcu to była bariera, która przyczyniła się do rozstania.

Ale on nie żartował. W ciągu kilku dni złożył wypowiedzenie, bardzo szybko znalazł pracę w nowym mieście, po 2 tygodniach przyjechał do mnie i znów zamieszkaliśmy razem. Oczywiście go przyjęłam, bo bardzo kochałam no i wyglądało na to, że się zmienił, skoro tak drastyczne dla niego kroki podjął.
Po kilku miesiącach zaczęłam pytać co z tymi zaręczynami, na jakiej stopie teraz jesteśmy. Usłyszałam, że on narazie to by KILKA LAT chciał tak ze mną pomieszkać i potem się zobaczy. Powiedziałam ooojj nie, znamy się już 2,5 roku, zaręczyliśmy się wcześniej, nie mamy po 20 lat i ja nie będę czekać następne lata, aż on się określi i mnie na przykład znów zostawi.
Zrobiła się wojna, ale nie z naciskami i krzykami, tylko moim przeżywaniem, płaczem, bezsilnością i myślami, żeby dać jeszcze trochę czasu i jeśli on się nie zdecyduje, to odejść. Byłam zrezygnowana.

Wreszcie w zwykłej rozmowie przy obiedzie powiedział, że się zdecydował, że chce, że weźmy ten ślub. Nie potrafiłam się cieszyć, miałam nadzieję, że zrobi to w choć odrobinę sensowniejszy sposób. Zapytałam tylko czy jest pewny, bo ja już chyba nie.

No ale po jakimś czasie zaczęliśmy planować ślub, pobraliśmy się. Byliśmy szczęśliwi, pomimo tego, że wcześniej kolorowo nie było, że zaczęły się problemy z porno, spadkiem zainteresowania mną jako kobietą. Poszliśmy na terapię, chcieliśmy walczyć, on chciał się zmienić. Nauczyć rozmawiać o problemach, a nie zacinać i uciekać. Zlikwidować porno. Zaczęłam widzieć jakieś postępy, choć temat porno powracał.

Z czasem po ślubie, z mojej perspektywy, przestał się starać, dbać o to domowe ognisko. Chciał mieć więcej przestrzeni, czasu dla siebie, wolał grac na kompie niż być ze mną, mało rozmawialiśmy, seks był byle jaki i rzadszy (bo był zmęczony), nie było kwiatów, coraz mniej komplementów, była wojna w wyjazd wakacyjny, bo wolał siedzieć w domu, niż "męczyć" na plaży. Zaczął sie oddalać. A ja początkowo delikatnie zaczęłam alarmować, że coś jest nie tak, że nie chcę się oddalać, że o małżeństwo trzeba dbać. Bez echa. Jednocześnie starałam się dać mu ten czas dla siebie, choć ogólnie mało jest wolnego czasu, jak się wraca o 18 z pracy, a o 22 idzie spać. Nasza 1 rocznica ślubu to była porażka, sam zaproponował wyjazd w sentymentalne dla nas miejsce, po czym siedział w milczeniu, o jakimś romantyzmie i namiętności nie było z jego strony mowy. A to przecież 1 rocznica a nie 20! Skończyło się płaczem, kłótnią i nieodzywaniem się kilka dni. Usłyszałam, że on najwyraźniej nie potrafi przeżywać takich okazji i najlepiej jest mu w domu.

Zaczęlismy oddalac się coraz bardziej, nie potrafiłam powiedzieć "kocham", flustrowałam się coraz bardziej, chciałam rozmowy, a prowadziłam monolog. Było wiele cichych dni. Prawie zawsze te ciche dni przełamywałam ja, bo nie mogłam już wytrzymać. On chciał chyba przede wszystkim świętego spokoju. Był totalnie bierny. Czasem słyszałam, że po slubie to się zmienia, że ja mam wyidelizowany obraz związku, jak z telenoweli.
Któregoś dnia okazało się, że przez przypadek nie wiedzieć kiedy wykasował wszystkie nasze zdjęcia od momentu ślubu, które były na naszym dysku, a zapchał go grami, filmami i muzyką. Był poruszony, że śmiałam się o to wściec. Dodam, że jakiś czas temu przez przypadek sformatował dysk z naszą jedną kopią filmików z wesela. Powiedziałam mu w rozpaczy i złości, że to może jest znak, że nic z tego małżeństwa nie powinno zostać. Jakoś gierek sobie "przez przypadek" nie usunie, a potrafi wykasować ciężkie gigabajty naszych pamiątek. Kolejne ciche dni.

Potem znów próba rozmowy, że jestem nieszczęśliwa, że oddaliliśmy się, że to i tamto jest dla mnie trudne do zniesienia. Pytałam jak on to widzi, jaką ma wizję tego związku, jakie ma oczekiwania, co może zrobić dla jakiegoś kompromisu, bo póki co, to tylko ja coś w tym kierunku robie. Nie usłyszalam nic oprócz słów "ja sie nie chce z toba rozstawac, ale ja nie widze rozwiazania". Tydzień cichych dni. Przychodził późno z pracy, siadał do mnie plecami i słuchał muzyki na słuchawkach, po czym szedł spać wykręcając się do mnie tyłkiem. 3 razy wyciągałam rękę, chciałam zmniejszyc dystans, przytulałam się na łozku, siadłam na kolanach. Zostałam odtrącona. Za 3 podejściem, gdy zapytałam dlaczego się tak zachowuje, usłyszałam, że on ma dość, on jest zmęczony psychicznie, on nie zniesie kolejnej takiej sytuacji, on ma dość wymuszania rozmowy, ma obrzydzenie wracać do domu i przebywać w nim ze mną.

Nie wytrzymałam, zabrałam parę rzeczy wyprowadziłam się, wychodząc powiedziałam mu, że daję mu święty spokój, którego chce, że nie chcę tego niszczyć, że go kocham, ma mój telefon, więc może zawsze napisać czy zadzwonić. On nie powiedział żadnego słowa.

3 dni później napisał, że będę mogla wrócic, bo jego już w domu nie będzie. Kilka razy dawałam mu do zrozumienia, że tego nie chcę, przyszłam do domu na chwilę pod jakimś pretekstem, mając nadzieję na jakiś ruch w moją stronę. Była tylko cisza i wychodzenie do innego pomieszczenia.
Wczoraj dostałam sms, że już się wyprowadził. Dzień wcześniej płakał matce do słuchawki, że on nie chce rozstania, ale on juz ma dość, nie wytrzymuje psychicznie, że boi się, że dalej będzie tak samo, a on tego nie wytrzyma.
Wróciłam do domu. Siedzę i ryczę i nie mogę uwierzyć, że znów jest deja vu, znów ucieka, znów robi z siebie ofiarę, bo jemu było dobrze, a ja robiłam presję, że mi jest źle i czegoś od niego oczekuję. Że jesteśmy 1,5 roku po slubie i po tych wszystkich wcześniejszych przejściach miał być happy end. A wisi nad nami rozwód ;( Znów zostałam sama i nie wiem skąd mam wziąć siłę, by to przetrwać ;(

Pewnie powiecie, że byłam głupia i naiwna, że powinnam dawno temu się rozstać, nie pozwolić mu wrócić. Tak, pewnie byłam, ale kochałam, chciałam dać szanse, widząc zmiane. Nie jest łatwo wszystko przekreślić. Ja nie jestem taka, jestem typem walczacym do ostatniej kropli, do ostatniej kropli wierzącym, że jesli się chce, to się da. Ślubowałam, co sie stało, to się nie odstanie, dla mnie to nie były puste słowa.

Idą świeta, to będzie koszmar ;( On powiedział, że na 100% nie pojedzie do rodziny. Będzie siedział sam. A ja będę odchodzić od zmysłów i martwic się czy się nie zapije albo sobie czegos nie zrobi. Będę spoglądać na ten telefon ze złudną nadzieją, że napisze. Każdy dzień będzie gehenną. Słabo mi się robi na mysl o Wigilii, składaniu życzeń, mdli mnie jak słyszę świąteczne melodie i widze choinki.

Jedni mówią mi, zostaw go, daj mu czas, on wróci, nie odzywaj się do niego. To jest cham i gówniarz, nienadający się do dorosłego życia.

Inni mówią walcz, podtrzymuj z nim kontakt, żebyś go potem nie miała na sumieniu.

Jego rodzina pewnie zacznie być przeciwko mnie, już jego mama takie zapędy w rozmowie ze mną miała, że powinnam iść do niego, jeszcze próbować rozmawiac, że nigdy nie leży wina po jednej stronie, że on jest taki biedny i olaboga jeszcze się rozpije.

Mam mętlik w głowie. Proszę Was o dobre rady, jak sobie poradzić z tym wszystkim.

39 Ostatnio edytowany przez Shrew (2014-12-18 20:20:23)

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Kobieto po co pchałaś sie na siłę w ślub? Na pewno jestes jedna z tych która myśli ze po ślubie to sielanka big_smile Nie jesteście idealnie dobrana para,rozwód w waszym przypadku to tylko kwestia dni,lat nie wiem konkretnie na ile jestes masochistką aby brnąć w to g*wno dalej... Nie układa sie wam w łóżku a mimo to wyszłaś za niego, z mojego punktu widzenia dobranie się pod względem seksualnym to priorytet.Nie moglabym trzymac w domu impotenta hmm Seks jest najważniejszy bez tego łatwo o zdradę.Pomyśl poważnie nad rozwodem póki nie macie dzieci.Fakt że zostawił cię z dnia na dzień już kolejny raz to punkt na plus dla rozwodu.Pomyśl,życie masz tylko jedno,jeden raz je przeżyjesz,czy warto sie męczyć z nieodpowiednia osobą?Nie daj sobie wmówić że jeżeli coś sobie zrobi to będzie twoja wina! Nic takiego on sam jest kowalem własnego losu...Czy on czasem nie ma jakiś problemow z psychika?Normalny człowiek nie stroni od ludzi i nie zamyka się w czterech ścianach no chyba że jest bardzo szpetny a wśród ludzi z tego powodu czuje się jak outsider. Moim skromnym zdaniem nie zostało wam nic prócz wspomnień.Ułóż sobie życie na nowo i żyj! Obyś znowu jakiejs nerwicy sie nie nabawiła.BTW miej gleboko gdzieś to co gada jego rodzina... Strasznie Ci wspolczuje hmm Nie łudź sie też że on się zmieni...

40

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

smutna historia, bardzo podobna do mojej, ja jednak zerwałam przed jakimikolwiek deklaracjami. odeszłam mimo, że kochałam. ale widziałam dokładnie takie same zachowania i słyszałam te same słowa które zacytowałaś i łamały mi one serce każdego dnia.

41

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Smutna ta Twoja historia. Nie czytałam innych Twoich tematów, ale z informacji które zawarłaś w tym wątku, wnioskuję, ze Twój mąż ma jakieś problemy z sobą samym. Nie zamierzam stawiać diagnoz, bo nie jestem psychologiem, ale czy spytałaś go co uczyniłoby go szczęśliwym?
Może to taki typ, że zawsze będzie mu coś nie pasować i sam nie wie czego chce. Teraz niby chce być sam, ale kiedyś już to przerabialiście i jednak wrócił, a teraz zafundował Ci powtórkę z "rozrywki". Przykro mi , że akurat w czas Bożego Narodzenia przeżywasz tak ciężkie chwile, może z nowym rokiem warto poczynić jakieś konkretne postanowienia i zacząć budować życie od nowa. Lepiej późno niż później.

42

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Shrew napisał/a:

Kobieto po co pchałaś sie na siłę w ślub? Na pewno jestes jedna z tych która myśli ze po ślubie to sielanka big_smile

Teraz hasła "po co pchałaś się w na siłę w ślub" już niczego nie zmienią i mi nie pomogą. Poza tym nie pchałam się na siłę, nikogo i siebie samej do tego nie zmuszałam. Kochałam, czułam się kochana, wtedy, po jego powrocie, widziałam w nim zmianę, chęć naprawy tego, co szwankowało. Miałam nadzieje, jak widać złudną, że wyciągnął lekcję z tamtego rozstania. Nie jestem tak zrypana, żeby myśleć, że po ślubie to sielanka. Życie nie jest sielanką, ja jej nigdy nie miałam. Z moich 27 lat życia sumarycznie naprawdę szczęsliwych było... kilka miesięcy?
Wiem, że szczęśliwe małżeństwo to wyzwanie, to kupa pracy, kompromisów, wybaczania. I ja jestem w stanie się tego wszystkiego podjąć. W imie miłości, przysięgi. Ale on najwyraźniej nie sad

Odnośnie łóżka. Przez długi czas nie było między nami żadnych problemów, była iskra, namiętność, po naszych nieudanych pod tym względem związkach, czuliśmy, że trafiliśmy na właściwą osobę. Realne problemy zaczęły pojawiac się kilka miesięcy przed ślubem. Jego libido względem mnie spadło, zobaczyłam pornole. Moja i tak bardzo kiepska samoocena zaczęła podupadać.
Nie jest rzeczą prostą powiedziec wtedy komuś "spadaj". Ja tak, niestety, nie umiem, walczę.
Poszliśmy do seksuologa, zaczęlismy terapię psychologiczną, on się na to wszystko zgodził bez mrugnięcia okiem. Wtedy walczylismy o ten związek obydwoje.

Dziś już chyba tylko ja sad


Shrew napisał/a:

Czy on czasem nie ma jakiś problemow z psychika?Normalny czlowiek nie stroni od ludzi i nie zamyka sie w czterech ścianach.

Miał pewną traumę z dzieciństwa, która go zamknęła. Zaczął stronic od ludzi, został tłumiącym w sobie wszystko samotnikiem. Emocje rozładowywał zajeżdżając się na rowerze. Choć pragnął miłości. Przy mnie bardzo się otworzył, choć w sytuacjach kryzysowych jego introwertyzm niestety powraca sad

Nie mogę dopuścić do siebie mysli, że to małżeństwo ma się skończyć. Tak bardzo pragnęłam stworzyc szczęśliwą rodzinę, której ja nie miałam. Tyle było walki o ten związek, trudnych chwil, z których wychodziliśmy bądź co bądź zwycięsko. A teraz, 1,5 roku po ślubie mam zostać rozwódką? ;( Mam rozstać się z kimś, kogo tak kocham? Jak potem zaufać komuś innemu, że znów nie będzie tak samo? Jak zapomnieć?
Rozum mówi tak jak wy, ale serce krzyczy NIE!! ;(

43

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Wiem ze nei jest latwo bo myslami stwierdzamy ze to nie ma sensu a co stam si ejeszcze czuje do kogos. Ale nie raz trzeab [osluchac rozumu a emocje przejda i z czasem zapomnisz o nim. Jak bys bardizej wczesniej zauwwazyla to i podjela decyzje o rozstaniu nie byla bys mezatka tylko normalnie sie rozeszla. Teraz ci sie wydaje ze to nie mozliwe ale po jakiejsc tam przerwie po rozstaniu zapomnisz i bedizesz chcial poznac kpogos nowego nikt nie chce byc sam. Zaufac tez zaufasz ale gwarancji nikt ci nigdy nie da czy ktos cie kiedys znowu nie zostawi taka prawda niestety ale nie trzeab w ten sposob myslec bo tak to trzeba by zrezygnowac i byc samemu. Bedizesz nastepnym razem na co zwracacc uwage w nowej osobie i mam nadziej ze trafisz lepiej.

44

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Problem w tym, że to nie są emocje, ja go bardzo kocham sad zawsze byliśmy bardzo blisko, była między nami nić porozumienia. Dlatego tak alarmowałam, gdy zaczął się oddalać. Dlatego tak mi tego wszystkiego strasznie szkoda...
Jestem bardzo stała w uczuciach, nie odkocham się tak łatwo.
Jestem też emocjonalna i zawsze głos serca był bardziej doniosły niż głos rozsądku, mimo że na codzień jestem osobą dość pragmatyczną i "myślącą logicznie". Ale w związkach, w bliskich relacjach jestem sirotą, która cierpi, wysiada psychicznie, męczy się, ale zawsze wraca, walczy, stara się, daje szanse sad

45

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

Problem w tym, że to nie są emocje, ja go bardzo kocham sad

Nie, jesteś uzależniona, a to różnica

infinity napisał/a:

zawsze byliśmy bardzo blisko, była między nami nić porozumienia. Dlatego tak alarmowałam, gdy zaczął się oddalać. Dlatego tak mi tego wszystkiego strasznie szkoda...

Nie, blisko byliście na początku związku, a wtedy wszystko jest fajne. Już dwa lata temu był ten problem poruszany, że jesteście kompletnie niedopasowani, ale Ty dalej swoje, więc dostałaś tak po dupie, że teraz się podnieść nie możesz. A szkoda Ci wspomnień motylków tych kilku miesięcy na początku związku.

infinity napisał/a:

Jestem bardzo stała w uczuciach, nie odkocham się tak łatwo.

Możesz go nawet kochać do końca życia, tylko po co?

infinity napisał/a:

Jestem też emocjonalna i zawsze głos serca był bardziej doniosły niż głos rozsądku, mimo że na codzień jestem osobą dość pragmatyczną i "myślącą logicznie". Ale w związkach, w bliskich relacjach jestem sirotą, która cierpi, wysiada psychicznie, męczy się, ale zawsze wraca, walczy, stara się, daje szanse sad

No nie da się ukryć, że rozum wyłączyłaś na długie lata.

Zacznij pracować nad sobą i swoją samooceną, idź na terapię, bo swoje szczęście i życie uzależniasz od posiadania faceta, a takie uzależnienie właśnie tak się kończy.

46

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

to zabawne, u mojego też była trauma w dziciństwie i też "leczył" się rowerem. też był problem z porno zamiast seksu. masa analogii.
chciałabym ci pomóc bo doskonale wiem co czujesz, byłam tam, ale nie potrafię bo nie znam odpowiedzi na zapewne dręczące cię pytanie- co on ma w głowie.
czujesz, że on buduje mur, że to nie jest taki człowiek jakim był kiedyś i nie rozumiesz tego. co się stało, kiedy i dlaczego. przecież nie zrobiłaś nic złego, wręcz przeciwnie- starasz się, dbasz o niego.
z jednej strony czujesz, że wiele wskazuje na to, że on cie kocha, a z drugiej cie odpycha. chciałabyś odpowiedzi na swoje pytania z jego ust, wyjaśnień  żeby to zrozumieć, pomóc mu bo go kochasz, ale jej nie dostajesz.
długo by mozna o tych uczuciach pisać. u mnie już one lekko blakną, bardzo powoli.

47

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

TEO, to kiedy dla Ciebie się prawdziwie kocha?
Czy nie uważasz, że gdybym była uzależniona, to narkotyzowałabym się jego obecnością i siedziałabym cicho, nic więcej nie oczekując? Bo wystarczyłoby, żeby był?
Czy to, że ktoś walczy o związek i daje szansę, to odrazu uzależnienie? Jeśli dla Ciebie miłość polega na tym, że spieprza się jak najdalej przy pierwszych problemach to mamy niestety inne definicje.
Jedyne, co mogę Ci przyznać to mój problem z miłością do samej siebie. Niestety nie wziął on się z powietrza. Pisałam o tym w innym wątku. Jeśli Ty nie masz problemu z własną akceptacją, kompleksami i wtłaczanym od dziecka poczuciem bycia gorszą, to gratuluję i zazdroszczę. Ja niestety ten problem mam. Pracuję od dawna nad sobą, chodzę na terapię, ale to nie jest takie pstryk, jak Ci się chyba wydaje. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się być inną, pewną siebie i znająca swoją wartość kobietą i nie dam się bić po dupie. Ale na dzień dzisiejszy jestem w takim, a nie innym położeniu z takimi a nie innymi problemami i dlatego proszę tu o rady, jak sobie z tym jakoś poradzić.

48

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

TEO, to kiedy dla Ciebie się prawdziwie kocha?

Kocha się wtedy kiedy jest za coś, jak kot. A nie jak pies - bije i w budzie trzyma, ale jeść daje, to kocham. Za nic i pomimo wszystko kocha się własne dzieci.

infinity napisał/a:

Czy nie uważasz, że gdybym była uzależniona, to narkotyzowałabym się jego obecnością i siedziałabym cicho, nic więcej nie oczekując? Bo wystarczyłoby, żeby był?

Nie. Gdybyś nie była uzależniona to już dawno sama byś odkryła, że się mijacie i nie pasujecie do siebie i zakończyłabyś ten związek, a na pewno nie brałabyś ślubu.

infinity napisał/a:

Czy to, że ktoś walczy o związek i daje szansę, to odrazu uzależnienie? Jeśli dla Ciebie miłość polega na tym, że spieprza się jak najdalej przy pierwszych problemach to mamy niestety inne definicje.

Spoko, jedną szanse można dać, ewentualnie drugą, ale jednostronna walka o związek i świadome nie widzenie wad, to jest właśnie uzależnienie. Ty dawałaś za dużo szans, walczyłaś tylko Ty i ciągle sobie robiłaś projekcje, że będzie dobrze. I TO jest uzależnienie.

infinity napisał/a:

Jedyne, co mogę Ci przyznać to mój problem z miłością do samej siebie. Niestety nie wziął on się z powietrza. Pisałam o tym w innym wątku. Jeśli Ty nie masz problemu z własną akceptacją, kompleksami i wtłaczanym od dziecka poczuciem bycia gorszą, to gratuluję i zazdroszczę. Ja niestety ten problem mam. Pracuję od dawna nad sobą, chodzę na terapię, ale to nie jest takie pstryk, jak Ci się chyba wydaje. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się być inną, pewną siebie i znająca swoją wartość kobietą i nie dam się bić po dupie. Ale na dzień dzisiejszy jestem w takim, a nie innym położeniu z takimi a nie innymi problemami i dlatego proszę tu o rady, jak sobie z tym jakoś poradzić.

Jak się nie chce zmieniać, to się od lat chodzi na terapie i od lat się nad sobą pracuje, a potem wmawia się wszystkim, że to "tak pstryk się nie da". Gdybyś chciała i się zawzięła, to już dawno byś sobie samoocenę wyższą wyrobiła. Ale Tobie dobrze jest w Twoim bezpiecznym, znajomym kącie, którym jest użalanie się nad sobą i granie ofiary. Jak pewnego dnia dojdziesz do wniosku, że czas stać się odpowiedzialną za własne życie i przestaniesz się tego bać, to zaczniesz prawdziwie nad sobą pracować. Cała reszta to banialuki i nabijanie kasy psychologom.

49

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Teo, nie będę z Tobą dyskutować, nie ma sensu.
Uprzedzając Twoją polemikę- nie, nie oczekuję, żebyś poużalała się nade mną, przytakując, że robię dobrze. Ale Twój sposób kategoryzowania ludzi i sytuacji dla mnie pomocny nie jest. Tak samo jak dyskusja z Tobą nie pomoże mi przetrwać spokojnie tej nocy.

Ja równie dobrze mogłabym napisać, że jesteś zamknięta w pewnych schematach, bez empatii, nie znasz mnie, nie siedzisz w mojej głowie i nie patrzysz na moje działania, a potrafisz jedynie napisać takie bzdety, że tylko uskuteczniam banialuki i nabijam komuś kasę, bo dobrze mi jest z taką jaką jestem. G...o prawda. Nie masz pojęcia, jaką pracę nad sobą wykonałam, choć jeszcze sporo przede mną.
Dla Ciebie wszystko jest białe albo czarne. Coś jest tylko dobre albo tylko złe.
A życie takie nie jest.
No chyba, że Twoje.

Pozdrawiam

50

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Infinity moja droga nie oburzaj się na kilka słów prawdy Teo,kobieta bardzo mądrze pisze smile.Drugiego człowieka nie da się poznać w przeciągu dwóch lat ,zapewne dlatego się sparzyłaś.Z moim przyszłym mężem jesteśmy razem prawie 7 lat,niecałe 4 mieszkamy razem (widywaliśmy sie dzień w dzień a i tak nieraz potrafi mnie zaskoczyć) nigdy nie mieliśmy takich problemów.Jedyny jaki sie pojawił to ten opisany ostatnio na forum.Jeden jedyny na 7 lat...Nie wiem czemu filmy porno są dla ciebie bee,ja ogladam je codziennie wspólnie z moim facetem,nie widze w tym nic złego bo traktujemy to poniekąd jako film edukacyjny tongue Seks to sztuka która trzeba kształcić ^_^  Jeżeli tak bardzo lubisz sprawiać sobie ból bądź przy nim,trwaj a w zamian wiesz co dostaniesz? KOMPLETNIE NIC ot co.

Zadam ci konkretne pytania,nie musisz odpowiadać tu,odpowiedz sobie ZA CO go kochasz i co ON dla CIEBIE w ostatnim czasie zrobił że walczysz o coś co z góry spisane jest na porażkę,przykro mi.

51

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
infinity napisał/a:

Teo, nie będę z Tobą dyskutować, nie ma sensu.
Uprzedzając Twoją polemikę- nie, nie oczekuję, żebyś poużalała się nade mną, przytakując, że robię dobrze. Ale Twój sposób kategoryzowania ludzi i sytuacji dla mnie pomocny nie jest. Tak samo jak dyskusja z Tobą nie pomoże mi przetrwać spokojnie tej nocy.

Ja równie dobrze mogłabym napisać, że jesteś zamknięta w pewnych schematach, bez empatii, nie znasz mnie, nie siedzisz w mojej głowie i nie patrzysz na moje działania, a potrafisz jedynie napisać takie bzdety, że tylko uskuteczniam banialuki i nabijam komuś kasę, bo dobrze mi jest z taką jaką jestem. G...o prawda. Nie masz pojęcia, jaką pracę nad sobą wykonałam, choć jeszcze sporo przede mną.
Dla Ciebie wszystko jest białe albo czarne. Coś jest tylko dobre albo tylko złe.
A życie takie nie jest.
No chyba, że Twoje.

Pozdrawiam

Ciężko jest dyskutować z faktami jak się nie ma logicznych kontrargumentów. A tekst "nie znasz mnie, nie wiesz co przeszłam" jest tak bardzo oklepany, że aż śmieszny smile Jesteś masochistką i spoko, każdy ma swoje własne upodobania, ale przestań się biczować publicznie i domagać się współczucia jednocześnie prosząc o radę "co zrobić?" i wkurzać się, że ktoś Ci powiedział "przestań się okładać tym biczem".

52

Odp: Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?
Teo napisał/a:
infinity napisał/a:

TEO, to kiedy dla Ciebie się prawdziwie kocha?

Kocha się wtedy kiedy jest za coś, jak kot. A nie jak pies - bije i w budzie trzyma, ale jeść daje, to kocham. Za nic i pomimo wszystko kocha się własne dzieci.

Święte słowa Teo. Muszę to sobie zapamiętać.

Posty [ 53 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MIŁOŚĆ , ZWIĄZKI , PARTNERSTWO » Gdzie jest granica między czasem dla siebie a czasem dla nas?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026