Witam, mam problem, a mianowicie mój narzeczony jest maminsynkiem.
Zacznę od początku,jestem z narzeczonym od ponad 3 i pół roku,od 2 lat jesteśmy zaręczeni.
Mój facet ma 27 lat,mieszkamy razem od 1,5 roku. On jest we mnie zakochany po uszy,mi na nim też bardzo zależy,ale mamy mnóstwo problemów, głownie finansowych ale nie tylko. Zaczęło się od tego że jego matka wzięła kredyt dla jego brata,jego brat wziął kasę i się potem wyparł że to nie dla niego było,ona została z długami,mój narzeczony chciał jej pomóc i wziął na siebie kredyt dla niej, niestety łatwo jest wziąć a trudno spłacać. Pojawiły się problemy finansowe, zaczęło się oszukiwanie, brał pożyczki tzw"chwilówki" i nic mi o tym nie mówił, ja też mam teraz długi bo musieliśmy z czegoś żyć,niestety ja straciłam pracę i musieliśmy się przeprowadzić do jego rodziców z racji tego że on miał bliżej i wygodniej do pracy, ja szukałam bezskutecznie pracy w Polsce, trafiła mi się praca za granicą,byłam tam 4 m-ce,niedawno wróciłam(tydzień temu) i zaczęło się... Jego matka ma do mnie pretensje że już wróciłam(musiałam wrócić z powodu poważnej kontuzji), obwinia mnie o to że nie chcę pracować, że to przeze mnie narzeczony ma problemy finansowe. Jego matka od dłuższego czasu jest dla mojego narzeczonego"katem"chłopak stara się jak może a ona ciągle że jest wszystko źle,ale i tak co jego matka powie to on tak robi, niewiem co zrobić żeby się zmieniło. 3 dni temu wyprowadziliśmy się do moich rodziców,razem bo Rafał powiedział że będzie tylko ze mną. Jego matka wykrzyczała mi w twarz że to moja wina że on ma takie długi, podsłuchiwała nas w czasie sprzeczki.Między nami sytuacja się zaostrza bo chcę żeby on ograniczył trochę kontakt z matką, nie chciałabym żeby wybierał pomiędzy mną a rodzicami i zastanawiam się czy odejść od niego, tak byłoby dla niego najlepiej chyba,byłby kiedyś szczęśliwszy, ale boję się że on zrobi sobie coś złego.
Proszę o pomoc, co mam zrobić, zostać i tkwić w tej nie do końca zdrowej sytuacji czy odejść raniąc go. Myślałam o tym aby wyjechać nie zostawiając mu żadnej informacji ale i tak by się dowiedział wszystkiego od mojej rodziny bo moi rodzice traktują go jak swego syna,niewiem co mam zrobić...
Podobne tematy
Nie rozumiem skąd taki tytuł tematu? "Maminsynek" to słowo mi się kojarzyło z kimś, kto długo siedzi pod skrzydłami matki. A co do Ciebie - lepiej od niego odejdź. Takie rodziny jak ta jego to jedno wielkie wysypisko toksycznych odpadów. Spłacanie długów brata i zadłużanie się na ich poczet, a Ty jesteś winna - chcesz całe życie łożyć ja jego chorą rodzinkę?
Ja też radziłabym jednak nie wiązać się z takim facetem. "Toksyczna rodzina" nie zmieni się z dnia na dzień... Na pewno nigdy problemy nie znikają po ślubie, myślenie ze po ślubie może być lepiej, to mrzonki. Zawsze będzie poświęcanie się dla dobra mamusi (która z tego umiejętnie korzysta), nawet kosztem własnej rodziny. Ty zawsze w oczach teściowej będziesz ta najgorsza, potem gdyby pojawiły się wnuki, to dopiero by było...źle wychowujesz, źle karmisz, źle ubierasz, źle...źle... źle... wieczne wtrącanie się i nie daj Boże robienie wnukom wody z mózgu...
Uciekaj dziewczyno póki możesz...
To bardzo interesujące, że po kilku napisanych zdaniach w jednym poście można tak głęboko wniknąć w sytuację pary ludzi, aby dawać arbitralne rozwiązania.
W takich chwilach cieszę się, że mam męskie ograniczenia i zupełny brak zdolności empatycznych, które nie obciążają mnie żadną odpowiedzialnością za sugestie.
Napiszę, co ja widzę w tekście (w tekście, a nie w Waszych relacjach - to ważne zastrzeżenie).
Otóż, Twój narzeczony nie jest maminsynkiem.
Masz prawo nie wtrącać się w życie Jego Rodziny i nie odpłacać im swoim niezadowoleniem za ich niezadowolenie, oceny i wtrącanie się.
Skoro mieszkaliście u Twoich Rodziców, to - po prostu - bez zrywania i wyjeżdżania oddal się "na rzut kamieniem" i przeczekaj w odosobnieniu ten okres awantur. Zostaw mu ten problem do rozwiązania, ale nie dokładaj mu odpowiedzialności za rozbicie Waszego narzeczeństwa.
W kryzysie najważniejsza jest strategia wyjścia. To pewnie Wasz pierwszy kryzys, jeszcze nie małżeński, ale już fundamentalny dla dalszych losów Waszego narzeczeństwa. Pokonywanie wspólne kryzysów wzmacnia. Odrzucenie tylko rani. Rani sprawiedliwie, bo obydwie strony, więc także Ty po zerwaniu będziesz zraniona.
Ten dług nie musiał stać się problemem Twojego Narzeczonego. Zdecydował inaczej. Ty postaraj się, aby ten dług nie przechodził na Ciebie i postaraj się, aby nie zniszczył Waszej - przecież czuję, że WAŻNEJ - wzajemności.
Skoro mieszkaliście u Twoich Rodziców, to - po prostu - bez zrywania i wyjeżdżania oddal się "na rzut kamieniem" i przeczekaj w odosobnieniu ten okres awantur. Zostaw mu ten problem do rozwiązania, ale nie dokładaj mu odpowiedzialności za rozbicie Waszego narzeczeństwa.
"oddalić się na rzut kamieniem"? Czyli gdzie? Wynieść się do drugiego pokoju? Bo właśnie teraz mieszkają u jej rodziców.
Ten dług nie musiał stać się problemem Twojego Narzeczonego. Zdecydował inaczej. Ty postaraj się, aby ten dług nie przechodził na Ciebie i postaraj się, aby nie zniszczył Waszej - przecież czuję, że WAŻNEJ - wzajemności.
No właśnie to ON "zdecydował inaczej"... nie pomyślał wtedy że ten dług, może zniszczyć ICH WAŻNĄ wzajemność. Podjął decyzję nie raz, ale kilka razy, pakując się w coraz większe długi, w tajemnicy przed narzeczoną. Stawia "interes matki" nad ich wspólny "jeszcze nie małżeński" ale ponoć ważny.
Znam to.. Właśnie odeszłam od maminsynka.. Mieszkaliśmy już jakiś czas razem, miałam klapki na oczach, dopiero właśnie mi spadły. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, z kim się związałam. Ciężko mi, bo spędziliśmy 1.5 roku razem, no ale trudno. Ważne, że się odizolowałam od jego rodziny. Oprócz niego dostałam w komplecie jego siostrę, siedziała z nami do nocy, gdzie u nas było pełno znajomych, a ona przecież dzieckiem jest jeszcze, braliśmy ją na wspólne wypady- bo przecież rodzice prosili. Wszystkie sprawy były ważniejsze, moje na samym końcu.. Chciałam jechać za granicę do pracy, żebyśmy się odbili, to nie, bo rodzice sobie nie poradzą.. Przecież oni są zdrowi, mają po 40lat.. W końcu ze mną pojechał, ale oni mieli mi złe za to i często wracali do tego tematu.
Chciał mnie zmienić na wzór matki- tylko praca, szkoła, dom. Zero życia towarzyskiego. Wokół tylko jego znajomi, do moich nie chciał ze mną jeździć..
Żyłam nie jak młoda dziewczyna, tylko jak stara baba i tylko w domu. Nigdzie nie chciał ze mną wyjść, bo on nie lubi imprez. Od kiedy zaczęłam pracę w męskiej firmie, ciągle się obrażał, wykłócał.. Bo kiedy nie pracowałam, musiałam dostosować się do niego, żyć pod dyktando rodziców. Do teraz nie uświadomiłam sobie, jak mogłam tak żyć i tego nie widzieć.. Czy uczucie wszystko przysłaniało?
Teraz jestem singlem i cieszy mnie to, choć samotne wieczory nie są miłe, ale daję radę. Lepiej być sama i być szczęśliwa, niż żyć w takiej rodzinie, z takim facetem.
A jeszcze niedawno myślałam, że złapałam Boga za nogi..
Znam to.. Właśnie odeszłam od maminsynka.. Mieszkaliśmy już jakiś czas razem, miałam klapki na oczach, dopiero właśnie mi spadły. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, z kim się związałam. Ciężko mi, bo spędziliśmy 1.5 roku razem, no ale trudno. Ważne, że się odizolowałam od jego rodziny. Oprócz niego dostałam w komplecie jego siostrę, siedziała z nami do nocy, gdzie u nas było pełno znajomych, a ona przecież dzieckiem jest jeszcze, braliśmy ją na wspólne wypady- bo przecież rodzice prosili. Wszystkie sprawy były ważniejsze, moje na samym końcu.. Chciałam jechać za granicę do pracy, żebyśmy się odbili, to nie, bo rodzice sobie nie poradzą.. Przecież oni są zdrowi, mają po 40lat.. W końcu ze mną pojechał, ale oni mieli mi złe za to i często wracali do tego tematu.
Chciał mnie zmienić na wzór matki- tylko praca, szkoła, dom. Zero życia towarzyskiego. Wokół tylko jego znajomi, do moich nie chciał ze mną jeździć..
Żyłam nie jak młoda dziewczyna, tylko jak stara baba i tylko w domu. Nigdzie nie chciał ze mną wyjść, bo on nie lubi imprez. Od kiedy zaczęłam pracę w męskiej firmie, ciągle się obrażał, wykłócał.. Bo kiedy nie pracowałam, musiałam dostosować się do niego, żyć pod dyktando rodziców. Do teraz nie uświadomiłam sobie, jak mogłam tak żyć i tego nie widzieć.. Czy uczucie wszystko przysłaniało?
Teraz jestem singlem i cieszy mnie to, choć samotne wieczory nie są miłe, ale daję radę. Lepiej być sama i być szczęśliwa, niż żyć w takiej rodzinie, z takim facetem.
A jeszcze niedawno myślałam, że złapałam Boga za nogi..
zgadzam sie całkowicie!!!!! BRAVOOOO Lepiej cos szybkozakonczyc niz brnąć w ciemniejszą glębie, gdzie z wyjsciem może byc juz problem
Ja jet byłam dokładnie w takiej samej sytuacji jak ty , Byłam z chłopakiem 3 lata , po 2,5 roku sie zareczylismy. Ale jednak zaczeło sie wszystko psuć. Liczył sie tylko ze zdaniem swojej mamy. We wszystko się wtracałą, twierdziła ze rzadze się jej synem .Nie miałam nic do powiedzenia. Ona potrafiła dzwonic do niego po kilka razy dziennie. Hm wydaje mi sie ze nie pogodziła sie z tym ze on jest juz dorosły. Niewytrzymałam tego i sie rozstalismy. Bolało mnie to bardzo bo go kochałam , jednak nie wyobrazałam sobie zycia we trójke, czyli ja on i jego matka......