Witam, jestem nowa w tym dziale, ale postanowiłam opisać swój problem. Postaram sie najkrócej i jak najbardziej na temat;) Mam 23 lata, spotykałam się z kilkoma meżczyznami, ale nigdy z mojej strony nie było takiego "WOW", iskrzenia, po prostu tego czegoś, co chyba nazywamy zakochaniem. Koniec takich znajomości często był z mojej inicjatywy, i raczej nie sprawiał, że czułam się źle. Kończyło się coś, co nie było dla mnie bardzo ważne. Możliwe, że trzeba było tych znajomości nawet nie zaczynać, ale zawsze liczyłam, że zaiskrzy. Moja trudność zakochiwania się, zachwycenia drugim człowiekiem zaczynała mnie martwić. Nie mam najłatwiejszego charakteru. Ostatnie 3 lata były dla mnie bardzo trudne, spiętrzyły się problemy zdrowotne, bardzo duże problemy na studiach i w domu rodzinnym. Wszystko razem skutecznie odbierało chęć do życia, doprowadziło do bezsenności i depresji (ale niezbyt mądrze zignorowałam to, i leczę się dopiero od kilku miesięcy). Takie stany depresyjne, ciągłe zmęczenie, zaupełna nieumiejętność radzenia sobie z coraz większym stresem raczej nie tworzyły ze mnie dobrego kompana. niespodziewanie w ostatniego Sylwestra poznałam starszego ode mnie chłopaka, był na ostatnim roku studiów medycznych. Zrobił piorunujące wrażenie, ale biorąc pod uwagę mpje samopoczucie i bardzo dużą nieśmiałość, po imprezie pożegnalismy się i tyle. Po miesiącu niespodziewanie zadzwonił,nawiazał kontakt, spotkalismy się raz, potem nastepny i..zostalismy parą.To też człowiek dość nieśmiały, bardzo dopowiedzialny i zaskakująco wrazliwy. Krótko po rozpoczęciu naszej znajomości zaczęła spadac na niego coraz większa odpowiedzialność związana ze schorowanymi rodzicami, ich firmą, którą musiał zdalnie kierować, presja na studiach też była spora. Ale jakoś sie toczyło. Nigdy nie wymagałam od niego, żeby sie dla mnie poświęcał, nawet nalegałam, żeby odpoczął zamiast przyjeżdżac do mnie, bo wiedziałam, jak bardzo był obciążony.Przytłaczało go trochę sytuacji z pacjentami, którym nie zawsze dało sie pomóc. To raczej taki typ, który zawsze bierze odpowiedzialność za innych, znanych i obcych. Tak juz ma, nie lubi zawodzic ludzi. Męczaca postawa, czasem ktoś to wykorzystywał.
Pierwszy raz w życiu ktos mnie naprawdę zachwycił. Dokładnie tak. Nie był to rodzaj takiego ślepego zakochania, widziałam jakie miał wady, niektóre mnie denerwowały, ale mimo wszystko czulam sie z nim dobrrze. Tak, jak zawsze chciałam. Nie dawał mi nigdy powodów do zazdrości, niezadowolenia itp. I tu pojawia się mój problem- czy to jest mozliwe, że jeżeli było mi tak dobrze, doceniałam go, tęskniłam, to mogłam ten związek sabotować? Tak podświadomie? Chociaż nigdy nie miałam ku temu powodów, ciągle bałam się, że mnie zostawi. Kiedy na uczelnię wróciła jego była dziewczyna(moje zupełne przeciwieństwo, bardzo mnie nie polubiła), zaczęłam się strasznie martwić, non stop sie do niej porównywałam, to była jakaś moja wewnętrzna paranoja. Było tyle rzeczy, które chciałam mu zaproponować, a nie robiłam tego z obawy przed..no własnie przed czym? Że mu sie nie spodoba? Że odmówi? Za nic w świecie nie chciałam, zeby postrzezgał mnie jako kogos narzucającego się, więc nie podejmowałam zbyt wielu inicjatyw. Nie wyglądało na to, zeby mu to przeszkadzało, albo nigdy nie dał mi tego odczuć. Jestem raczej skryta, a problemy w domu rodzinnym i na studiach bardzo mnie absorbowały, chcociaż nie zbyt umiałam o tym mówić. Pewnie jakiś taki brak harmonii czy uporzadkowania było po mnie widać. Czaem było tak, zę czułam się szczęśliwa , ajednoczesnie sama przed soba bała się przyznać, ze jestem w zwiazku, że jest po prostu dobrze. swiadomie tłumiłam w sobie entuzjazm. Czy to nie głupie?? Pierwsze kłopty zaczęły się, kiedy zmarło niemowlę, którym zajmował sie na studiach. Na kilka dni po prostu zamilkł, zniknął. Później wszystko sobie wyjaśnilismy, przeprosił, że taka ucieczka to jego sposób radzenia sobie z problemami. Ok, tez tak czasem mam, starałam sie go wspierać. Im kłopotów było więcej, tym bardziej sie oddalała. A ja zamiasta cos w tym kierunku działać, czekałam, stwierdzając, że nie będę się ze swoją osoba narzucać.I to był chyba bład, bo w końcu zamilkł zupełnie. Po moich namowach spotkaliśmy się i związek się skończył, bo jak stwierdził, ze wszystkim, co na niego spadło musi poradzic sobie sam.Nie wiem, czy to była wymówka, czy nie. Rozstanie zszokowało mnie w obliczu jego wczesniejszej postawy. Pocierpiałam, popracowałam nad sobą, zaczęłam leczyc te ciągnące się stany depresyjne. Uporzadkowałam studia, pracuje nad problemami w domu. staram sie nie zamykać i spotykać z ludźmi. Ale chociaż poznają mnóstwo fajnych, wartościowych facetów, to żaden nie wywołuje u mie tego, co on. Jakbym znowu wracała do tego stanu obojetności na drugiego. Bardzo chciałabym powiedzieć mu o tym wszystkim, ale on milczy. Do tych wniosków doszłam po czasie, teraz wiem, że moja skrytość, brak poczucia własnej wartości, niumiejetność mówienia o uczuciach, niepewność, ciąła obawa, ze nie jestem tego warta, że najpierw muszę poukładac własne rzeczy, żeby w pełni sie z kims związać miały duzy wpływ na związek. Jest mi źle z tą świadomością. Jasne, że istotny był tez mój brak doświadczenia w bliskich relacjac z mężczyznami, strach, ze cos zepsuję. Jak samospełniająca się przepowiednia. To bardzo boli. Pracuje nad sobą, ale chciałabym móc tez naprawić te błędy. Czuje się jak wariatka, która niszczy coś, na czym jej zależy i nawet nie wiem dlaczego. Co zrobić, żeby przestac sie tak zachowywać? To nie jest normalne, normalni zakochani ludzie sie z tego cieszą, okazuja uczucie, a nie wzbudzaja w sobie lęku.
Temat: sabotowałam swój związek?
Podobne tematy