Witajcie!
Trafiłam na to forum całkiem niedawno i uświadomiłam sobie, jak wiele osób ma podobny problem. Sama nie wiem, od czego zacząć, ale postaram się jak najlepiej opisać mój przypadek.
Mam ogromne problemy z niską samooceną i kompleksami. Widzę, że przez to nie potrafię nawiązywać bliższych relacji z ludźmi. Robię fatalne tzw. pierwsze wrażenie, bo jestem wtedy osobą chłodną, zdystansowaną i generalnie jestem straszną "sztywniarą", ale nie potrafię inaczej, mimo że bardzo się staram. Przez cały czas porównuję się do innych, zwłaszcza do innych kobiet. Wszystkie wydają mi się piękniejsze, bardziej błyskotliwe, przebojowe, itd. mogłabym wymieniać. Jak ognia staram się unikać jakichś imprez, klubów i tym podobnych miejsc, bo każde niepożądane spojrzenie, grymas, gest innej osoby w moją stronę analizuję potem przez tydzień, szukając przyczyny w sobie. Będąc na każdym spotkaniu towarzyskim, mam ochotę po prostu w połowie stamtąd uciec i zacząć płakać, bo mam wrażenie, że z nikim nie potrafię nawiązać kontaktu, z nikim nie umiem znaleźć wspólnego języka i jestem całkowicie niezauważalna, zbędna. W większości winie za to swój wygląd, bo najzwyczajniej nie czuję się zbyt atrakcyjna. Za tym idą też moje problemy z mężczyznami. Mając 21 lat nie stworzyłam jeszcze niczego, co można by było nazwać związkiem. Spotykałam się z chłopakami, ale wszystko się zawsze szybko kończyło, bo albo ja nic nie czułam, albo się najzwyczajniej nie dogadywaliśmy.
Od zawsze czuje się "niewidzialna" dla facetów, peszy mnie ich towarzystwo, nie czuje się zbyt pewnie. Może to i głupie, ale od szkoły podstawowej mam jedynie takie wspomnienia, w których np. podoba mi się jakiś chłopiec, który z kolei jest zainteresowany jedną z moich bliskich koleżanek (nie bez przyczyny opisuję taką sytuację, bo podobne mają miejsce do tej pory
). Nie miałam w swoim życiu żadnej sytuacji, w której jakiś chłopak mnie w realnym życiu zaczepia, chcąc mnie poznać - z kolei moim koleżankom zdarza(ło) się to bez przerwy, ładnym koleżankom rzecz jasna, które wzbudzają zainteresowanie. Nie wierzę, że spotkam kogoś, kto mnie pokocha, komu się w ogóle spodobam. Wokół widzę szczęśliwych ludzi, a w moim życiu wszystko stoi w miejscu.
Nie potrafię słuchać komplementów, bo uważam, że ludzie chcą być po prostu mili. Wiadomo, że łatwiej jest komuś powiedzieć "daj spokój, jesteś ładna, zgrabna", niż "słuchaj, wprawdzie nie jesteś zbyt ładna, ale..." itp. Czasami staram się jakoś obiektywnie spojrzeć na swoje dotychczasowe życie. Mam na koncie sporo sukcesów w nauce, nigdy nie odniosłam jakiejś większej porażki. Studiuję prawo, znam języki, więc teoretycznie powinnam złapać wiatr w żagle, ale nie umiem w siebie uwierzyć. trudno w siebie uwierzyć, czując się gorszym od innych.
Jest jeden fakt, który miał na to wpływ. Jestem DDA, w zeszłym roku uczęszczałam na terapię, która trochę mi pomogła, ale na dłuższą metę jest niestety za droga. Problem alkoholowy w mojej rodzinie zniknął dzięki leczeniu, ale problem we mnie pozostał. Z drugiej strony nie mogę całej winy za to jaka jestem zwalać na współuzależnienie, bo mimo alkoholu, od którego jest/była uzależniona bliska osoba, to dorastałam w kochającej rodzinie. Co prawda nie mam rodzeństwa, ale mam np. kochanych dziadków, dla których jestem do tej pory oczkiem w głowie.
W zeszłym roku zmieniłam środowisko. Obiecałam sobie, że będę otwarta, zauważalna, że nawiążę wiele kontaktów. Tego egzaminu niestety nie zdałam. Nadal widzę, że jestem postrzegana jako skromna, szara myszka. Ludzie też mi w tym nieświadomie nie pomagają. Ostatnio miałam sytuację, która mnie strasznie boli na sama myśl, ale która jest tylko jednym z przykładów. Wraz z moją przyjaciółką rozmawiałyśmy z kolegą. "Rozmawiałyśmy"... - właściwie to ona rozmawiała. Siedzieliśmy przy jednym stole. Kolega traktował mnie tak, jakby mnie tam nie było: nie utrzymywał ze mną kontaktu wzrokowego, prawie nie zwracał uwagi na to co mówię, wyglądało to tak, jakby rozmawiał tylko z nią, a ja jakbym była tylko jakimś krzesłem. Z drugiej strony na pewno nie czuł do mnie żadnej antypatii, ani nie podrywał mojej przyjaciółki - po prostu ta sytuacja obrazuje jak bardzo ja jestem beznadziejna i mało warta w oczach ludzi.
Takie momenty strasznie mnie dołują i zniechęcają do dalszej walki z tym moim rodzajem nieśmiałości, bo widzę, że to bez sensu. Pomimo moich starań nie udaje mi się tego wyeliminować i najchętniej siedziałabym tylko w domu.
Dziękuję wszystkim, którym udało się to przeczytać
Czy komuś z Was udało się pokonać kompleksy, uwierzyć w siebie? Co robiliście/robicie, żeby tę nieśmiałość wyeliminować, ale jednocześnie nie narażając się na boleśniejsze ciosy?
pozdrawiam