Niedawno byłam szczęśliwa, radosna, miałam plany , Ślub, urodzenie dzieci bo byłam w 5 miesiącu ciąży
Moje szczęście skończyło się po wiadomości że mój narzeczony nie żyje.
Pierwsza myśl to że wszyscy robią sobie ze mnie żarty,
A jak wiedziałam że to na sto procent prawda to moje życie staneło w martwym punkcie, mieszkałam w innym mieście, bardzo daleko od niego lubiłam z nim rozmawiać przez telefon.
23.08.2011 roku rozmawiałam z nim z moim narzeczonym Adamem przez telefon wracał z pracy była godzina koło 3 w nocy, powiedział mi że może paść mu bateria w telefonie. Nie wiedział wcześniej że jestem w ciąży , tego dnia mu powiedziałam, że będziemy mieli dzieci, bo miałam urodzić blizniaki. ucieszył się. kocham go bardzo mocno do dziś, tamtej nocy coś nas rozłączyło myślałam że bateria mu padła bo mówił że może , dzwoniłam wiele razy nikt nie odbierał, poszłam spać a rano dzwoni do mnie znajoma że on nie żyje, ja nie chciałam tego słuchać bo pomyślałam że robi sobie żarty ze mnie, telefon dzwonił mi od znajomych ja ich nie odbierałam bo dla mnie to był nie smaczny żart. w pewnym momęcie dzwoni do mnie brat Adama , i dopiero w tedy uwierzyłam że jego nie ma.!!!!!!!!!!!!!
Pogrzeb odbył się 31 Sierpnia w Sirode, nie potrafiła mi przejść myśl że jego nie ma, że to prze ze mnie on nie żyje bo ja do niego zadzwoniłam i przeze mnie nie uważał na drogę, Przeze mnie samochód go potrącił .
Nie chciało mi się żyć bo jego już nie ma, ale byłam w ciąży, myśli co dalej nie dawały mi spokoju.
4 Września trafiłam do szpitala z powodu że zaczoł się poród .
Moja Córeczka miała na imię Jowitka urodziła się 4 Września o godzinie 5 rano, zmarła przy porodzie , lekarz stwierdził nie wydolność oddechową i brak akcji serca.
Urodziłam Jacusia , moje drugie dziecko Żyło 5 dni , zmarł ponieważ jego miał wadę serca.
Moje życie się posypało kompletnie.
Minoł juz rok , ponad ,
A ja dalej nie umiem pogodzić się ze stratą mojej rodziny!!!!
Boli mnie wszystko , całymi dniami siedzę sama w domu,
bo gdy gdzieś wyjdę i zobaczę jakąś zakochaną pare , to widzę jak ja i Adam chodziliśmy za rence z uśmiechem na twarzy. teraz juz nie mam dla kogo żyć , proszę pomóżcie mi, dajcie jakieś rady.
Moja rodzina nie interesuje się mną siedze sama w pustym mieszkaniu , widzę stojące łużeczka i ubranka a obok ich zdięcia, łzy same lecą.
Ktoś powiedział że czas leczy rany , to nie prawda on tylko przyzwyczaja do bólu.
Ja siedzę w pokoju na podłodzę i płacze codziennie .
nie umiem bez nich żyć od pewnego czasu chodzą mi różne myśli po głowie , na przykład ta że gdybym odeszła to nikt by nawet tego nie zauwarzył . co mam teras robić , ktoś wie? czy ktoś z was wie co ja czuje ?
Jak mam dalej Żyć?