Witajcie.
Mam problem ze swoją dziewczyną. Zaczęliśmy spotykać się na początku tego roku, oboje od dawna nie mieliśmy dłuższych związków, tylko jakieś przelotne spotkania po których odpuszczaliśmy bo to nie było "to". Do momentu kiedy poznaliśmy siebie, zaczeliśmy sie spotykać. Było dobrze, dobrze się miedzy nami układało i mimo, że moja dziewczyna bardzo dużo pracuje, znajdowała dla mnie czas i okazywała uczucia. W miedzy czasie postanowiliśmy, że wyprowadzimy się i zamieszkamy razem, a że trafiło się fajne mieszkanko nawet sie nie zastanawialiśmy... wyprowadzilismy sie w polowie tego roku...
Niestety w kilka dni po przeprowadzce wszystko się zmieniło. Odsunęła się strasznie, przestała dzwonić i pisać jak była w pracy, zaczeła być coraz bardziej zmeczona po pracy i kompletnie przestała okazywac uczucia. Straciła ochotę na seks, wyjścia i wspolne spedzanie czasu. Nie chciała jeździc ze mną do moich starych, wychodzic z moimi znajomymi. Tylko praca,spac,praca,spac.... Pytałem co jest grane, to mówiła że nic, choć widać było gołym okiem, że coś jest na rzeczy. W końcu po długich namowach powiedziała, ze stresuje sie, że jest w ciązy. Oczywiście tak nie było, i gdy tylko dostała okres, odzyła. Znów kilka dni było idealnie. Potem znów to samo zachowanie... Tym razem w odpowiedzi na pytanie dostałem tekst, że nie wie co do mnie czuje, ze boi sie powaznego zwiazku i ze chyba mnie nie kocha. Dostałem po pysku. I znów było tak samo, zero kontaktu, zainteresowania, zero seksu. Zaczeła coraz pozniej wracac z pracy albo zahaczac jeszcze o rodziców, o sklep itp... Wracała do domu, kładła się spać. Zero czułości, rozmowy i jakieś bzdurne wymówki. A to praca, a to zmeczenie. Zaczela brac dodatkowe dyzury, tak ze praktycznie nie bylo jej juz w domu wcale. W końcu nie wytrzymałem już takiej sytuacji i sie scielismy... Spakowała sie i wrociła do rodzicow. Zostawila mnie z mieszkaniem, zobowiazaniami. Po kilku dniach sie odezwala, dogadalismy sie i wrocila. Widac było ze sie stara, ale widac było, ze to takie troche sztuczne. Co spięcie, to straszyła ze sie wyprowadzi... Nie miała ochoty na przytulanie sie, nie okazywała czułości, seks wogole nie wchodzil w gre. Nie ten sam człowiek co na poczatku. Zamiast rozmowy, otrzymywałem wymówki, tłumaczenie, aby tylko nie wyszlo na to, ze ona nawala. Było tak przez dłuższy czas, az po kilku tygodniach w takiej atmosferze powiedziałem dośc. Nie wytrzymałem i spakowałem ją, kazałem wracać do rodziców. Wymówiłem mieszkanie, przestałem sie odzywac.
Po 2ch tygodniach sie odezwała. Przyznała, ze to wszytsko jej wina i wie, ze zachowywała sie nie fair. Ze jestem dobrym czlowiekiem i ze chce sprobowac od nowa. Powiedziałem jej ze OK. Było lepiej, chociaz o seksie moglem pomarzyc. W koncu powiedziala, ze jej nie podniecam... I znów dostałem po pysku... Niestety w tym samym czasie, wiem mój błąd, zostawiła włączony komputer... Perfidnie sprawdziłem billingi z jej numeru i okazało się...że przez cały nasz "związek" pisała ze swoim byłym..."Kiedyś razem krecili ale zapomnial jej powiedziec ze ma panne od 3ch lat" Nie były to smsy od czasu do czasu. To było kilkadziesiąt smsów dziennie, od 6 rano do 22...przez cały nasz związek... A mi mówiła, że nie pisze z pracy, bo ma duzo roboty...a w tym samym czsie pisala z nim...Oczywiście ukrywała to przedemną... Kasowała smsy... Powiedziałem jej o tym, stwierdziłem, ze zrywam i nie chce miec wiecej nic z nia wspolnego. Twierdziła, ze to kolega, ze sie przyjaznia itp itd. W koncu zaporoponowała, ze urwie z nim kontakt...i podobno urwała...
Zostawiła mi dostęp do billingów, i rzeczywiscie z nim nie pisze. Chce probowac to naprawiac, ale tez twierdzi ze zdarzylo sie tyle, ze nie wie co czuje. Ze ma wyrzuty sumienia ze sie tak zachowywala... i cholera wie, czemu nadal chce byc ze mna po tym wszytskim... Nie wiem co robić, jak sie zachowywac, jak to ugryźć. Unika seksu wymyślając jakieś głupoty...Na pytanie, czemu ze mna jest odpowiada, ze wie, ze nawaliła i chce pokazac ze jest dobrym człowiekiem. O uczuciach kompletnie nic nie mowi. Niby dzowni, niby pisze...ale...to chyba troche za mało. Ostatnio po rozmowie, rzuciłem tekst, ze jak chce, to niech zerwie ze mna jak człowiek bo widac ze jest cos nie tak,to nie umiała tego zrobic. Na pytanie, czemu nie umie odejsc, skoro nie wie co czuje, skoro jej nie podniecam itp mówi, że boi sie ze kiedys stwierdzi ze to jednak było to...i ze bedzie załowac decyzji... Eh, i ciagnie sie tak to wszytsko i nic sie nie zmienia ![]()
Macie jakiś pomysł na jakąś terapię wstrząsową, która zmobilizuje jej do zastanowienia sie nad soba i nad tym czego odemnie chce? Bo ja tak dłużej nie wytrzymam...