Dawno mnie tutaj nie było... teraz wracam bo się zgubiłam w swoim życiu. Szukałam odpowiedzi na moje rozterki wśród Waszych postów, ale moja sytuacja jest po prostu idiotycznie nienormalna... ja sama jestem nienormalna...
Byłam z moją drugą połówka pomarańczy 5 lat... On starszy 15 lat, cudowny, kochający, czuły, świetny kochanek, najlepszy przyjaciel... ale bardzo zazdrosny ( możne przez te różnice wieku) i wciąż nie mogący zdecydować się na ślub i dziecko. Zawsze stało coś na przeszkodzie, zawsze brakowało pieniędzy, czasu... ten temat był non stop odkładany. Byliśmy zaręczeni od dwóch lat... i chyba myślał ze to mi wystarczy.... Tak trwaliśmy, to była miłość wyjątkowa, kiedy ja o czymś myślałam on to wypowiadał słowami... byliśmy wzorem dla wielu par... idealni zakochani... poczucie bezpieczeństwa, ciepło, zrozumienie, jedność dusz... i coraz częściej pojawiające się głupie sprzeczki o nic. Ja je powodowałam, potrafiłam się uczepić naprawdę byle czego... on- kawa rano do łóżka a zrzędziłam ze mnie budzi... Dis wiem, że chyba w ten sposób wyrażałam mój brak cierpliwości do określenia naszej wspólnej drogi. Denerwował mnie fakt, że wciąż jesteśmy chłopakiem i dziewczyną, chciałam wreszcie nosić jego nazwisko i urodzić mu dziecko, a on wciąż nie mógł podjąć tej ostatecznej decyzji... i tak powoli rosło we mnie zniechęcenie, znudzenie... Do tego zazdrość doprowadzała mnie podwójnie do szału, bo nie chciał sformalizować związku a potrafił o każdego spoglądającego na mnie faceta zrobić aferkę.
I stało się... tuz przed nasza 5 rocznica poznałam kogoś... kogoś zupełnie nie w moim stylu... aż sama wciąż jestem zdziwiona tym wyborem. Jest młodszy ode mnie o 8 lat... Ktoś powie patologia... jeden stary drugi gówniarz... może... nie wiem, tak sie po prostu zdarzyło.
Moja nowa sympatia okazała się odpowiedzialnym dobrym czułym kochającym facetem... niesamowite jak bardzo dla mnie się zmienił... olał kolegów, imprezki i piwko, każdy wolny czas spędza ze mną, jest po prostu cudowny. Widzę w jego oczach tak gorące uczucie , że nie potrafię się temu oprzeć...
Zostawiłam moja druga polówkę pomarańczy, poprosiłam żeby znalazł sobie jakieś mieszkanie, dałam mu czas na wyprowadzkę, tak długo ile będzie potrzebował... błagał, płakał, prosił, zapewniał o swojej miłości i o tym, że teraz już będzie ślub i dziecko kiedy tylko zachce, ze jestem jedyna jego miłością i wszystko mi wybaczy byle bym tylko nie odchodziła od niego.... Serce mi pękało kiedy na niego patrzyłam, ale nie widziałam wtedy już sensu dla tego związku... byłam zauroczona kimś innym.. świeżym nowym... Pozostawałam niewzruszona. Po jakimś czasie się wyprowadził, po ok tygodniu od wyprowadzki, przyjechał do naszego domu podczas mojej nieobecności i zabrał wszystko co mógł zabrać, zostałam z pustym mieszkaniem, musiałam go tez spłacić za remont mieszkania który robiliśmy wspólnie, - wzięłam kredyt, żeby spłacić ten który on wziął na siebie na remont i drugi kredyt na samochód, bo auto którym do tej pory jeździłam tez zabrał. Na koniec nazwał mnie zerem... wszystko przyjęłam "na klatę", to była moja wina wiec miał prawo do tego wszystkiego... 5 lat wspólnego dorabiania się a zostałam z niczym... jeszcze sporo wody upłynie zanim znów wyposażę mieszkanie, ale miałam to na własne życzenie. W międzyczasie dowiadywałam się o jego kolejnych podbojach, ze u kogoś pomieszkiwał, ze jest szczęśliwy... chciał żebym tak myślała, bo wiedział, ze każda kobieta przy jego boku doprowadzi mnie to furii... tak - byłam jak pies ogrodnika... do tej pory tego nie rozumiem, byłam z kimś innym, ale na sama myśl, ze ona zasypia przy innej ściskało mnie w dołku...
Po tych wszystkich wydarzeniach, znów próbował się do mnie zbliżyć, przekonać do powrotu, ale ja już wtedy bardzo bałam się ze wejść drugi raz do tej rzeki skończy się dla nas bardzo źle... te inne dziewczyny, to jak mi wszystko zabrał, jak zostawił to puste mieszkanie z dnia na dzień... i ja która byłam z kimś innym. Bałam się ze będzie to sobie przypominał, ze jego kobietę przytulał i kochał inny facet... że nie da się o tym zapomnieć. Pomyślałam sobie tez, ze chce wrócić żeby się zemścić. Wiedział bardzo dobrze przecież, ze mimo wszystko w moim sercu to uczucie wciąż się pali... bałam się ze wrócę a on poniży mnie i zostawi... Nie chciałam się zgodzić, ale rozmawialiśmy w miarę normalnie przez gg czy tel.. czasem... starałam się żeby było to czysto koleżeńskie, żeby nie dawać mu nadziei.
Cały czas czułam potrzebę kontaktu z nim, w jakiejkolwiek formie, a kiedy już do tego dochodziło chciałam być ja najbliżej tego drugiego, chciałam już wracać...wystarczyła mi krótka rozmowa, to że go zobaczyłam... Myślę, że ja chyba chciałam mieć ich oboje... nie w seksualnym sensie, ale takim czysto personalnym... oni się chyba uzupełniają... a może ja po prostu waruję...
Ten drugi, kochający mnie i troszczący się, ocierający moje łzy, wspierający we wszystkim... nie jest mi przecież obojętny...Wiem, że jego też zranię bardzo kiedy odejdę.
Moja druga połówka pomarańczy miała już dość mojego niezdecydowania, zażądał deklaracji, jednocześnie ofiarując mi siebie w 100 %... kiedy rozmawialiśmy non stop dzwonił mój tel, a on dostawał smsy od nowej dziewczyny... miałam mętlik w głowie... poprosiłam o miesiąc czasu... powiedział ze chyba zwariowałam, że skoro tak to on nie będzie już czekał... chce odpowiedzi dziś... powiedziałam, że nie jestem gotowa na powrót. Przelała się szala jego goryczy, spadły na mnie najgorsze słowa... dziwka, najgorsza ze szmat, kur..., splunął mi prosto w twarz, i kazał wypierd.... Otworzył drzwi i wypchnął mnie za nie. Zagroził, że jeśli jeszcze raz się do niego odezwę zniszczy mnie... Poczułam, że tracę oddech, nie miałam siły iść... tego się nie spodziewałam. Od mojego ukochanego najwspanialszego cudownego człowieka dostała ślina w twarz i nazwana pospolita kur.... Już wiedziałam, że jeśli była jakakolwiek szansa na powrót... to właśnie zniknęła... już nigdy nie będziemy razem. Powiedziałam o wszystkim obecnemu facetowi, zrozumiał... powiedział,ze mnie kocha i mimo wszystko chce być ze mną....
Trwam teraz w zawieszeniu, jest mi dobrze.. ale wracam myślami do wspomnień, do miejsc... tęsknie, wieczorami wyję w poduszkę w bezsilności... Nie wiem czego chcę... Jestem kompletnie niestabilna... Zadaję sobie pytanie, po co ja żyję?
Jest ich dwóch.... i ja....
W końcu zostanę sama....