Chciałam Was poprosić o radę. Wprawdzie wiem, że decyzję będę musiała podjąć sama, ale potrzebuję pomocy, aby poukładać sobie wszystko w głowie.
Mam 26 lat, 2 lata po ślubie, znamy się kilka lat dłużej. Na początku musieliśmy podróżować do siebie kilkaset kilometrów, więc związek był specyficzny - wspólny tydzień raz na miesiąc, lekkie oderwanie od rzeczywistości. Po jakimś czasie zaczęło być ciężko, zdecydowałam się przeprowadzić do niego. Było lepiej, zresztą nowe miejsce, nowa praca itp. bardzo mnie absorbowały. Niestety zaczęły się naciski ze strony mojej rodziny, żebyśmy się zaręczyli, skoro się do niego przeprowadziłam. Bez wielkich scen czy szantaży, ale jednak zepsuło to atmosferę - przy oświadczynach nie byłam już pewna, czy w ogóle chcę tego ślubu i przede wszystkim, czy on chce, czy tylko jest zmuszony, choć wiem, że planował to i tak od jakiegoś czasu. Zaczęłam mieć pewne wątpliwości, nie czułam, że "to jest to", ale też absurdalne wydawało mi się rozejście jedynie z powodu marnych oświadczyn i napsutej krwi przy tej okazji. W miedzyczasie przy wspólnym mieszkaniu wyszło na jaw sporo różnic, które wynieśliśmy z domów rodzinnych. Część to drobiazgi, ale niektóre bardzo ważne, na przykład gdy wyrzucałam mu, że przy innych jest miły i radosny, a w domu słyszę jedynie wieczne narzekania, usłyszałam, że "w domu nie trzeba nic udawać" i właśnie dom jest od odreagowania wszystkiego.
Zaczęłam mieć wątpliwości przed ślubem, rozmawialiśmy o tym, on powiedział, że jeśli chcę przełożyć ślub na później, to w porządku, on jest pewny, że mnie kocha i chce ze mną być, nieważne, kiedy weźmiemy ślub. Z jego strony miałam wsparcie, ale nie starczyło mi sił, żeby zmieniać teraz wszystkie przygotowania, ustalenia, powiadamiać itp. Uspokajałam się tym, że wątpliwości przed ślubem są normalne, to po prostu oznaka, że myślę;)
Po ślubie było bardzo źle, w ciągu pierwszych 2 miesięcy zdążyłam sprawdzić dokładnie, jak wygląda procedura rozwodowa. Kłóciliśmy się dużo, niekiedy o drobiazgi (sprzątanie, obowiązki - typowe "docieranie"), ale też o podejście do życia i małżeństwa, miałam poczucie, że on ma jakieś takie przekonanie (pewnie wyniesione z domu, w którym nie było najlepiej), że po ślubie nie trzeba się już tak starać, że to normalne, że się wkurzamy i kłócimy; albo, że jak ma zły nastrój, to czemu musi odpowiadać na moje "cześć", jak nie ma ochoty rozmawiać. Do dziś twierdzi, że właściwie nawet nigdy poważnie nie powrzeszczeliśmy na siebie (znów: porównanie z domem), przy czym dla mnie było to straszne, zamiast oparcia w domu mieć wiecznie narzekanie, problemy, kłótnie. Na wyjeździe z pracy byłam bliska zdradzenia go, udało mi się powstrzymać. Nie chodziło o tego drugiego mężczyznę, bardziej o pragnienie bliskości i bycia pożądaną. Pomyślałam, że muszę albo walczyć o to małżeństwo, albo odejść. Rozmawialiśmy, płakaliśmy, było lepiej. Potem znowu gorzej. I w dużym skrócie tak do dzisiaj. Część kłopotów rozwiązaliśmy, nie kłócimy się już o to, kto poodkurza. Natomiast te podstawowe różnice pozostały - w podejściu do życia (narzekanie zamiast szukania rozwiązania), epatowanie w domu złym nastrojem (wśród znajomych nie wypada, ale w domu jest ok), no i spora różnica w potrzebach seksualnych. Niekiedy mamy lepsze okresy, ale zwykle mąż jest tak dobity rzeczywistością, że nie ma ochoty. Starałam się ożywić nasze pożycie, ale przy którymś z kolei odrzuceniu czuję się upokorzona i nieatrakcyjna dla niego. Mąż jest przede wszystkim nieszczęśliwy sam ze sobą, ale choć chciałam mu pomóc, doradzałam wizytę u psychologa, tłumaczyłam, rozmawiałam, to nic się nie zmienia i odbija się zawsze na mnie.
Nie wyobrażam sobie mieć z nim dzieci, boję się tego bardzo i chyba dlatego jestem nastawiona bardzo "na nie", żeby tym razem od razu ucinać "zachęty" ze strony rodziny. Mąż jest dobrym człowiekiem, ale straciłam gdzieś szacunek do niego, nie kocham go.
Wiem, że dużo problemów wynika z jego kompleksów, którym pewnie nie pomaga mój mocno dominujący charakter. Wiem, że on mnie kocha i nie chce rozwodu. Uważa, że przecież jest nam w sumie dobrze, a on nie jest taki zły, bo "przecież pracuje, nie bije, nie pije". Nie potrafię sobie poradzić z tą sytuacją, bo między nami bywają dobre chwile, on już bardzo dużo dla mnie zmienił. Zależy mi na nim i nie chcę go skrzywdzić. Ale nie jestem szczęśliwa, nie jestem zakochana i czuję, że ten związek mnie przygniata. Gdy myślę o rozwodzie, to bardziej (przynajmniej teraz tak czuję) przygniatają mnie kwestię typu zmiana nazwiska, kredyt na mieszkanie i pewnie ostracyzm społeczny (to ja będę tą winną), nie sam fakt niebycia z nim.
Tydzień temu zdradziłam go i zaczęłam romans, po raz pierwszy od dawna poczułam się chciana, pożądana i miałam o czym z kimś rozmawiać wieczorem. Wiem, że powinnam odczuwać wyrzuty sumienia, ale póki co, odczuwałam jedynie niesamowitą radość i lekkość, o dziwo nawet dobrze to robi naszemu związkowi jak wracam do domu.
Dzisiaj dotarło do mnie, że jestem dopiero 2 lata w małżeństwie, zdradzam męża. Że tak ma wyglądać moje życie przez jakieś tam statystyczne kolejne 50 lat. Nie chcę podejmować decyzji w momencie, gdy jestem tak niestabilna emocjonalnie, przerażona, zauroczona kimś nowym. Ale nie chcę też tkwić w tym bagienku. Nie z powodu romansu myślę o rozwodzie, ale czuję, że sprawy zaszły za daleko i powinnam coś zrobić. Nie chcę mówić mężowi o zdradzie, jeśli nie podejmę wcześniej decyzji, że chcę odejść albo walczyć o małżeństwo, bo nie to jest powodem. Nie wiem, czy powinnam mu w ogóle powiedzieć, ale to pewnie moje wygodnictwo, boję się bycia "tą złą", reakcji rodziny itp. Mąż nie zasłużył sobie na to wszystko, bardzo go to zrani i rozbije. Nie mam właściwie powodu, żeby odejść, poza jednym: strasznie chcę odejść. Tkwię w wiecznej sinusoidzie, od zaręczyn ciągle myślę o rozstaniu, ciagle odkładam, bo mam poczucie, że trzeba dać temu szansę, boję się, że go skrzywdzę albo że będę żałowała. Że może za dużo oczekuję, a tak po prostu wygląda rzeczywistość i z kimś innym wcale nie byłoby lepiej. Ale nie czuję się szczęśliwa i nie kocham męża. Nie wiem, jak podjąć decyzję.