Hej witam wszystkie Panie na tym forum. Z góry chciałbym powiedzieć, że dziękuję za wszystkie odpowiedzi, porady jakkolwiekby to nie nazwać
.
Moja historia jest dość długa, ale mam nadzieję, że uda mi się ją napisać w miarę składnie i przejrzyście.
Swoją już niestety byłą dziewczynę poznałem na koniec stycznia tego roku. Zaczęło się od zwykłych rozmów na facebooku. Po 2 tygodniach doszło do pierwszego spotkania. Było naprawdę sympatycznie i miło. Jak dziś pamiętam kiedy już się żegnaliśmy powiedziałem "do następnego", a ona z uśmiechem na twarzy odpowiedziała mi "mam nadzieję". Zaczęliśmy spotykać się coraz to częściej. Gdy leżałem w szpitalu, ona mnie odwiedziła. Było mi niesamowicie miło, wtedy właśnie poczułem, że z tej znajomości może być coś więcej. Nasza 'przyjaźń' przeistoczyła się w związek tak jakby płynnie. Nie potrafię określić dnia kiedy to się stało. Obaj po prostu czuliśmy, że jesteśmy razem. W tym momencie warto napisać kilka słów o tym jaka ona była. To dziewczyna dość zamknięta sobie, lekko nieśmiała, trochę chłodna (ciężko okazywała uczucia choć starała się). Wiedziałem, że jest ciężka, ale miała coś w sobie co przyciągało mnie do niej. Nasze rozmowy, zawsze mieliśmy pełno tematów. Nie byłem nachalny ale starałem się dać odczuć, że bardzo mi na niej zależy, że tęsknie gdy ona wyjeżdża. Mówiłem otwarcie o uczuciach. Niestety ona miała z tym nie lada problem. Nawet nie wiecie jaki byłem szczęśliwy kiedy sama potrafiła mi napisać, że tęskni (a pisała tak rzadko). Myślałem, że z nią jest jak z bryłą lodu gdzie w środku jest ona pełna uczuć i otwarta na mnie. Próbowałem ją 'roztopić'. W końcu poczułem, że ją kocham. Wszystko wyznałem jej prosto w twarz. Wtedy jeszcze nie odpowiedziała mi nawet słowem. Czas mijał, ale ja wiedziałem, że nigdzie nam się nie spieszy. Miesiąc później zaszło coś niezwykłego. Było już dość późno i kiedy czekaliśmy na autobus przytuliła się do mnie i powiedziała pierwszy raz, że mnie kocha. Euforia, radość, byłem taki szczęśliwy. Byłem niemalże pewien, iż bryła lodu została roztopiona i będzie teraz tylko lepiej. Faktycznie przez pierwsze kilka tygodni nie szczędziła mi czułości. Nagle zrobił się jakby zastój. Znowu powróciła sytuacja kiedy to ja okazując jej uczucia nie otrzymywałem praktycznie nic w zamian. Bywały przebłyski, ale dość krótkie. Zaczęło mnie to męczyć. Starałem się, robiłem dla niej wszystko, a ona nie okazywała mi naprawdę nikłe uczucia. Nie mówiąc już o tym, że wszystkie zbliżenia, pocałunki, przytulanie insynuowałem ja. Jako, że zaczęły się wakacje i ona pracowała w nadmorskim sklepie nie mieliśmy dla siebie dużo czasu. Moja miejscowość była oddalona o 150 km od jej miejsca pracy. Przed jej wyjazdem ustalaliśmy, że mimo wszystko te wakacje nic nie zmienią w naszym związku. Niestety w końcu nie wytrzymałem, brakowało mi jakichkolwiek uczuć z jej strony. Zmieniła się. Podczas rozmowy nawet nie pytała co u mnie, ponieważ stwierdziła, że i tak jej powiem. Pewnego wieczoru gdy rozmawialiśmy powiedziałem jej, że musimy porozmawiać na ten temat. Byłem już na skraju wyczerpania. Ona się rozpłakała przez słuchawkę i powiedziała, że przy najbliższej okazji na pewno sobie to wyjaśnimy. Mija kilka dni, pisaliśmy całkiem normalnie. U niej bez zmian. Napisała mi tylko "wiem, że Cię to boli, przepraszam". Umówiliśmy się w taki dzień kiedy miała wolny wieczór od pracy. Przyjechałem do niej. Wiadomo, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Przeszedłem do tematu, który mieliśmy poruszyć. Cisza, nie mówiła nic przez bite 3 godziny, ani słowa. W końcu zaczęła mówić ze łzami, że ona mnie przeprasza, bardzo by chciała być ze mną ale nie potrafi się otworzyć. Zapewniała mnie, że nie jestem niczemu winien, a problem tkwi w niej samej. Wspomniała coś, że problemy z przeszłości blokują jej otwarcie się na mnie. Pomimo, że mówiła, iż mi ufa nie chciała powiedzieć o tym. Na pytanie "mówiłaś, że mnie kochasz" odpowiedziała "tak wtedy czułam". Dodała, że chcę być ze mną szczera bo należy mi się to, nie chcę mnie ranić itp. Na sam koniec powiedziała "nadal chce uczestniczyć w twoim życiu". To zabrzmiało jak klasyczne "zostańmy przyjaciółmi". Faktycznie dzień po tej rozmowie, dziękowała, że chcę się do niej odzywać. Mijają tygodnie, a nadal utrzymujemy kontakt. Piszemy niemalże codziennie. Z początku myślałem, że jest jeszcze nadzieja. Niestety przy drugim spotkaniu powiedziała, iż jej problem nie został jeszcze rozwiązany dlatego mam przestać się łudzić, że będziemy razem.
Tak jakoś czuję się dziwnie bo to wygląda jak przekształcenie miłości w przyjaźń. Czuje się z tym źle. Strasznie się męczę, a jednocześnie nie potrafię się odciąć. Jestem zły bo zainwestowałem w ten związek całego siebie, wszystkie swoje uczucia, a ona zostawiła mnie poddając się bez walki. Gdybym tylko mógł jej jakoś pomóc, zrobiłbym to. Niestety nadal nie wiem co to za problem, który stoi nam na przeszkodzie. Czy powinienem nadal ciągnąć tą przyjaźń w takim kształcie jakim ona jest obecnie? Codzienne rozmowy przypominają mi przeszłość. Poradźcie mi jak niezauważalnie się odciąć? Jestem wyczerpany tym związkiem. Chcę się od niej trochę zdystansować. Co robić?