Witajcie,
Jestem ta po przejściach. Mam parę lat po 30-stce i syna 7 lat. Ojciec dziecka interesuje się i praktycznie co drugi dzień i weekend synek jest albo u mnie albo u niego. Jak u niego, to zawozi do szkoły, a praktycznie codziennie z tej szkoły odbiera, potem zajmuje się nim, dopóki ja nie wrócę z pracy w dniach, kiedy są "moje dni opieki". Chyba jest to w porządku.
Spotykam różnych facetów, ale nie mam ciśnienia na jakiś poważny związek, czy rodzinę. W zasadzie uznałam, że nie chcę mieć więcej dzieci i koniec. Tak komunikuję potencjalnym partnerom.
Tymczasem...
Ostatnio mój były, z którym rozstałam się 4 lata temu (mamy syna 7 lat i nie mieliśmy ślubu) i żarłam się z nim przeraźliwie (w ogóle zero akcji na jakikolwiek normalny,spokojny związek - to też wynik mojej natury ;-) zaproponował mi nagle, czy nie zgodziłabym się (a wiedział, że nie chce mieć więcej dzieci i że nigdy nie będziemy razem).... czy nie przemyślałabym takiego scenariusza. że skoro nasz synek pyta o braciszka, albo siostrzyczkę, to może powinniśmy dla dobra jego przyszłości (bo przecież kiedyś umrzemy itd) sprawić, aby miał takie najbliższe rodzone rodzeństwo, które będzie może dla niego kiedyś wsparciem itd.
I teraz najlepsza jazda! ![]()
Miał swoją kobietę przez 3 lata, z którą w końcu się rozstał, bo ponoć nie mogła sobie poradzić z z całą tą sytuacją jego przywiązania do naszego synka, poświęcanym na to czasem, a poza tym aferami między nami (bo ciągle takie były, bo łatwego charakteru nie mam i on pewnie przerzucał te nasze scysje na ten swój kolejny związek, aż nie wytrzymał - a wcale nie było to moją intencją, bo mam go gdzieś i on mnie też - tak jak jest jest ok).
No i teraz po jakimś czasie on mi proponuje tak:
Słuchaj, skoro nasz syn gada ciągle o braciszku czy siostrze, to może powinniśmy unieść się poza ten stan wiecznego konfliktu i pomyśleć o nim. O jego przyszłości i o tym, że może kiedyś, jak na s zabraknie, zostanie mu rodzony brat czy siostra, ktoś z tej samej krwi, kto będzie go kochał prawdziwą bratnią lub siostrzaną miłością. A tak nie będzie miał nikogo takiego, do tego wyrośnie na egoistę itd." - tak marudzi mój były.
I dodaje tak: "Czy możesz w tej sytuacji rozważyć, że mimo tego, iż nie jesteśmy razem, "zrobimy " synkowi braciszka lub siostrę (może być in vitro!), a ja, mieszkając obok pomogę ci tak, jak pomagałem przy synku i jeszcze dołożę pieniędzy do alimentów i będę pomagał jak tylko będę mógł - te dzieci będą dla mnie najważniejsze, bo będą miały siebie jak nas zabraknie kiedyś"
On wie, że ja nie chcę juz więcej dzieci, a on, to nie wiadomo. Niby mówi, że jak się zdecyduję, to on nie będzie już żadnej rodziny zakładał, tylko wystarczą mu krótkie związki bez zobowiązań, a jego skupienie będzie na naszych dzieciach. A żyć będziemy w osobnych domach wymieniając się opieką nad dziećmi.
Pomóżcie mi zastanowić się nad tym. Dzieci już nie chciałem mieć, synek płacze o rodzeństwo, były z którym nigdy nie będę (i on tez nie chce, bo byśmy się pozabijali) chce w pełnej odpowiedzialności (jak twierdzi) wesprzeć mnie w tym całym "zapewniania synkowi rodzeństwa".
I deklaruje obecność fizyczną i dodatkowe wsparcie finansowe.
A pewnie na boku będzie sobie laski sprowadzał aż do śmierci ;-) ale wierzę, że mówi prawdę z tym wsparciem mnie i tej dziwnej formy "pseudo-rodziny". Zresztą ja też nie chcę się z nim normalnie wiązać i wolę mieć wolne związki co jakiś czas. Tak jest dla mnie ok, a synek i tak jest i będzie na pierwszym planie.
I już sama nie wiem, co mam o tym myśleć.
Pomóżcie, co sądzicie o tym wszystkim i tej propozycji byłego?