Witam wszystkie netkobiety i net facetów.Bardzo dużo tu mądrych ludzi i życiowych porad.Może coś podpowiecie.
Zacznę od początku.Żylismy w wolnym związku.Z moją partnerką poznaliśmy się 7 lat temu,przez ten czas układało nam się bardzo dobrze,każdy wolny czas spędzaliśmy ze sobą,kochaliśmy się,dogadywaliśmy w szczegółach,milość z nas promieniowała,znajomi pytali się o receptę na tak udany związek.Ja pracowałem,ona również,poza tym realizowała się kończąc szkołę.Trochę sie przez to oddaliliśmy,praca i szkoła zabierały jej dużo czasu,przez co nie miała go dla nas.
Po kilku rozmowach doszedłem do wniosku że nie bedę naciskał w końcu ma swoje plany które chce ralizować.
W związku z tym że wieczorami zostawało mi dużo wolnego czasu,jednocześnie mając świadomość że szkoła to również obciążenie naszego domowego budżetu,a partnerka zarabiała niewiele postanowiłem otworzyć firmę.
Po pracy pracowałem w domu wszystko szło jak z płatka,firma się rozwijała,ja pracowałem na dwóch etatach,moja połóweczka uczyła się,co prawda trochę mijaliśmy się w domu bo każde z nas zajęło się sobą,ale chwilę na przytulenie się całusa i rozmowę zawsze znaleźliśmy.Od czasu do czasu wyjechaliśmy sobie na krótki wypoczynek,a w soboty wychodziliśmy do znajomych.
Wszystko było idealnie,tworzyliśmy na prawdę dobraną parę.W międzyczasie moja miłość skończyła szkołę,przeszła do naszej firmy,zaczęła pracować w domu i tu zaczęły się problemy,ponieważ ja wciąż pracowałem 16 godzin na dobę i tym razem to ja nie miałem czasu dla niej...pojawiły sie zgrzyty i pretensje z jej strony które też rozumiałem,z drugiej strony były rachunki,kredyty itd. samo życie...moje tłumaczenia nie pomogły.Po pewnym czasie moja partnerka odświeżyła kontakt z przyjaciółką z podstawówki,od czasu do czasu zaczęły się spotykać. Nawet cieszyłem się z tego bo do tej pory nie utrzymywała kontaktu z koleżankami a wieczory spędzała w domu.
Po pewnym czasie zauważyłem też że spędza dużo czasu przed swoim komputerem,a jej wyjścia z psem zajmowały więcej czasu niż zwykle,kilka razy nawet zadzwoniłem do niej kiedy byla na spacerze,telefon był caly czas zajęty.Zapytałem z kim tak długo rozmawia,odpowiedziała ze z K.
Niestety K.dzwonił do mnie w międzyczasie.
Po krótkiej rozmowie i tłumaczeniach z jej strony ze to inny K.dałem spokój.Ale wzbudziło to moje podejrzenia,więc sprawdziłem też komputer.
I...znalazłem wiadomość do innego mężczyzny.Postanowiłem tym razem poważnie porozmawiać z partnerką,nic to nie dało oswiadczyła że rozmawia i pisze z kolegą i rozmawiać będzie bo z nim się fajnie rozmawia.Zablokowała tez komputer.
Sytuacja sięgneła zenitu kiedy kilkakrotnie przychodząc z pracy podawała mi obiad i siadała przed komputerem,około godziny pierwszej w nocy przychodząc do łożka,przez przeszło dwa miesiące prosiłem,błagałem,próbowałem rozmawiać,pytałem dlaczego to robi,nic to nie dało,rozregulowałem sie psychicznie,załamałem się.W pewnej chwili oświadczyła że teraz wie że ją kocham i ona kocha mnie i kończy z internetem.Przez kolejne dwa miesiące ja dochodziłem do siebie,a ona starała mi się wynagrodzić ten czas.
Znów było miło i przyjemnie.Chociaż sytacji nie udało się wyjaśnić,więc co jakiś czas dochodziło z tego powodu do spięć między nami.
Po jakimś czasie oświadczyła mi że wyjeżdża na pogrzeb członka rodziny na kilka dni,bez problemu zgodziłem się,byliśmy w kontakcie telefonicznym.Po powrocie nie zauważyłem nic niepokojącego w jej zachowaniu do czasu świąt...
wtedy zostałem poinformowany że wyjeżdża a ja mam sobie wszystko przemyśleć i wyciągnąć wnioski. Więc zostałem z psem i razem wnioski wyciągaliśmy.
Po jej powrocie usłuszałem że nie kocha mnie i się rozstajemy bo ja jej też nie kocham,zacząłem dopytywać i usłyszałem że jej kolega u którego zresztą spędziła święta wytłumaczył jej że nie mogę jej kochać bo popełniłem parę błędów i ona w to wierzy /kobieta po 40/bo to człowiek postronny,wiele rzeczy z boku widać i teraz ona tez to widzi.
Poza tym będzie z nim bo to być może jest jej szczęście.Wszelakie próby rozmowy i chęć ratowania związku ucinała słowami "do tanga trzeba dwojga"
Co prawda nie jestem typem romantycznym,zabrakło paru kwiatków,małych prezentów i czułych słów poza tym zabiegany byłem okrutnie i czasami czegoś zapomniałem.Moja wina to fakt.
Wyjechaliśmy na majówkę,każdy w swoją stronę,na moją propozycję wspólnego wyjazdu nie zgodziła się oznajmiając że ma inne plany,będąc z daleka od siebie wszystko wróciło do dawnego porządku,były miłe sms-y i rozmowy.Mając nadzieję że wszystko bedzie ok w ostatni dzień przed przyjazdem zadzwoniłem do niej i zapytałem czy utrzymuje swoją decyzję odpowiedziała że tak,tu zgłupiałem.
Nagle również pojawiło się kilku jej kolegów którzy dzwonili do niej w dzień i w nocy,znów pytałem i prosiłem aby przestała,w odpowiedzi słyszalem że nic złego nie robi i przecież wychodzi do łazienki,więc nie powinno mi przeszkadzać.Znów złapałem doła,do tego stopnia że nic do mnie nie trafiało stałem się obojetny.Wreszcie wyprowadziłem się,po tym kilkakrotnie kontaktowaliśmy się przez sms-y i gg pisząc "normalnie".Dostałem tez wiadomość że na razie jej nie będzie na gg ale na pewno się jeszcze odezwie.
Kochane kobietki szczerze powiedziawszy zagubiłem się w tym okrutnie i nie wiem co mam myśleć,a reszta jak w tytule.
Podobne tematy
Oszukiwała Cię. Chcesz z nią być?
Hej
Ratowac czy odpuscic..?Oto jest pytanie...Nie jest latwo zaufac kiedy partner zdradzi.Zdarzylo sie to pierwszy raz zapewniam ze bedzie drugi,trzeci..itd Oszukiwalam w ten sposob chlopaka przez 12 lat. Zylismy w luznym zwiazku na pozor szczesliwym..no wlasnie..na pozor.
Poczatki byly super: bylismy mlodzi,zbuntowani,prowadzilismy "ozywione zycie towarzyskie"(studenckie kliaty itp). Kiedy wyjechalismy do pracy za granice i przyszlo nam sie zmierzyc z trudnosciami doroslego zycia...spanikowalismy. Pogon za pieniadzem- zwiazany z tym stres,zmeczenie,zadkie widywanie sie,brak ochoty na sex- powoli zabijaly nasz zwiazek. Konsekwencja tego byla depresja z ktora walczylam sama gdyz nie chcialam obarczac go dodatkowym problemem. Uwazalam,ze jestem silniejsza psychicznie,ze dam rade, ze on ciezko pracuje,ze to ja musze byc wsparciem dla niego...i to byl moj blad. Spotkalam mlodszego faceta(kolege z pracy) ktory dzialal na mnie jak "balsam na dusze" i...zdradzilam tym razem nie tylko fizycznie gdyz...zakochalam sie on we mnie rowniez. Bylo ciezko jak cholera ale nie moglam odejsc od czlowieka z ktorym przezylam tyle lat wiec cierpialam ale zostalam nie odeszlam . Zylam jednak z potwornym wyrzutem sumienia i przyznalam sie do wszystkiego .Stracilam wspanialego czlowieka z ktorym bylam 12 lat i rownie wspanialego czlowieka z ktorym mialam romans.Coz za bledy sie placi...Byc moze to nie byla milosc,moze to przyzwyczajenie, fascynacja bo przeciez nie mozna zdradzac i oszukiwac kogos kogo sie kocha...to niemozliwe,to nie milosc .Dzis patrzac na to z perspektywy czasu wiem,ze bez wzgedu na to co nas laczylo powinnam zakonczyc to wczesniej nie raniac go swoii klamstwami. Byc moze spotkalby kobiete ktora warta by byla jego milosci.
Jestem pewna ze zarowno ty jak i twoja kobieta zaslugujecie na szczescie,na milosc i jestescie przeznaczeni...ale nie sobie nawzajem.
Witaj czarny23...
Powiem Ci tak jak na spowiedzi
w związku powinna być miłość, wierność i uczciwość... jak w małżeństwie. Dodatkowym fundamentem jest zaufanie do partnera/ki. Po Twoim opisie widzę, że ono - zaufane było... ech... ale tylko na początku Waszego związku. Te wszystkie 4 wymienione wyżej elementy spajające partnerów w związku sprowadzają się do jednego stwierdzenia, jakim jest PARTNERSTWO, czyli równe prawa dla każdego, jeden drugiemu jest partnerem, wsparciem i pomocą. Chodzi o odrobinę wyrozumiałości, a nie dyktowanie komuś co i jak ma mówić, jak się zachować, ubierać, wyglądać, co robić w każdej chwili, a czego nie.
Piękno w tym, aby pozwolić drugiemu człowiekowi w związku być sobą, realizować się i rozwijać swoje dobre strony, dostrzegać w ukochanej osobie jej ogromny ukryty potencjał i to, co w tej osobie kochamy najbardziej. Nie ma co sie oszukiwać... dyktatura to nie miłość w pełni dojrzała... a już na pewno nie miłość, którą darzy się ukochaną osobę, to skrzywiona 'miłość', ale we własnym kierunku.
U Was wszystko gra poza jednym... dyktaturą. Ale w Waszym przypadku dyktaturę stosuje Twoja partnerka głównie względem samej siebie i Ty masz się jej zdaniem do tego dostosować. Zauważ, że dyktatura - co prawda ta definicja tyczy się toksycznych związków - ma się nijak do partnerstwa, do tych 4 elementów. Dla Ciebie związek to partnerstwo, dla Niej związek to dyktatura zasad partnerstwa na Jej warunkach. Nadajecie na tych samych falach? Szczerze wątpię.
Ty zawaliłeś związek czy Ona randkowaniem i przyprawianiem Ci rogów? Separacja - Twoja wyprowadzka - to chyba najlepsze wyjście w tej sytuacji. Artemida ma rację a Ty chcesz się przed Nią płaszczyć i ratować związek. Wybacz, ale to Ona powinna robić nie Ty. Te Jej teksty o rozstaniu to powinny wyjść od Ciebie a nie od Niej
I na koniec powiem Ci tak: zobacz siebie w drugim człowieku i drugiego człowieka w sobie. Jak dostrzeżesz co trzeba, to zrozumiesz, że - bez urazy - jesteś rogaczem chcącym ratować ten Jej twór pt związek, w którym ja już nie widzę zaufania dla Niej. A o reszcie elementów już nie wspomnę...
Witaj,
Gdy mnie ktoś oszukuje, odchodzę.
Gdy mnie ktoś mówi ''nie kocham Cię'', odchodzę.
Pozdrawiam,
A.
Przepraszam, że pytam ale w jakim wieku jesteście ?
Długo się zastanawiałam czy tu napisać,ale może mi ktoś przemówi do rozsądku. Mam 24 lata pracuję na stanowisku w księgowości(od kilku lat) jestem na ostatnim roku studiów Finanse i Rachunkowość(zaocznie mgr), robiłam strasznie dużo kursów min. prawo jazdy, angielski, kursy księgowe (nie pisze aby się chwalić proszę czytać dalej). Byłam z świetnym niby facetem 5 miesięcy. Na początku starał się o mnie pisał po 50 smsów dziennie kiedy ja w pracy z bramki sms odpisywałam na każdego. Było bajkowo, słodko, nie pozwalał mi o sobie zapomnieć ani sekundy i ja odwzajemniłam. Taka słodka miłość po ciężkich wcześniej związkach i zdradach aż do momentu mojej choroby. Zachorowałam na nieuleczaną chorobę która odebrała mi bardzo wiele jak pisałam powyżej to zabrała mi wszystko prace szanse na prawko itd. Na początku mojej choroby wyglądałam okropnie ale "on" był przy mnie prowadził do lekarzy(nie mieszkam w rodzinnym mieście jestem samodzielna) spał u mnie abym nie była sama. No i pierwszy wstrząs karetka pogotowia i szpital on jako pierwszy był w szpitalu u mnie. popadłam w głęboką depresje leżałam i płakałam 3 dni i tez był przy mnie. Przez moje podobno zachowanie (że kazałam mu tylko przynieś, podaj, pozamiataj) zostawił mnie samą w szpitalu, leżałam pierwszy raz w szpitalu 2 tyg. i w pierwszym tyg był a na drugi wyjechał i powiedział że to koniec i nie wytrzyma tego. Przepraszałam go cały tydzien pisałam do niego słodkie smsy itd. wyprosiłam go i wrócił bo powiedział że "jest we mnie zauroczony i strasznie przezywa moją chorobę". Potem strasznie się starałam o niego i cieszył się, ale już zaczął mnie rozczarowywać. jestem chora ale po mnie tego nie widać biorę chemie, ale mam włosy itd. Prawie jak zdrowa się zachowuje i wyglądam, ale już nie chciał mnie nigdzie zabierać ani poznawać moich znajomych ani mnie zapoznać z jego. Choć wiem że opowiadał o mnie mamie i przyjacielowi. siedzieliśmy tylko u mnie w pokoju bo nawet do siebie mnie nie chciał zabrać. Był nadal czuły i super tylko ja mu ciągle mówiłam ze dziwnie się zachowuje i się czepiałam. Było pozornie wspaniale bo jak pisaliśmy to się kłóciliśmy a na żywo to znów bajka powracała. Choć bardzo mało mi czasu poświęcał bo niby praca, ale ja pracowałam studiowałam robiłam kursy i co 2 dzień widzieliśmy się, jak on zaczął prace po studiach dziennych tylko prace to już czasu nie miał ;/. Ja ciągle choruje i wracam do szpitala i raz poprosiłam go aby w niedziele w dzień wolny pomógł mi się zebrać do szpitala a on zapomniał i nie odbierał tel. poszłam sama. Kiedy go zaprosiłam do siebie na wesele to odmówił i pojechał na koncert więc poszłam z kolegą. Chciałam, aby wpadł na impreze do moich znajomych to odmówił nadal mówiąc że mu zależny na mnie. Mówiłam o wycieczce to mówił ze wolnego nie dostanie. Nadal mnie przepraszał mówił że mu zależy. Aha i jestem w nim zabójczo zakochana, a on że "dopiero rodzi się w nim uczucie i zależy mu". Wkońcu zdenerwowałam się i napisałam mu że chyba chce zerwać a on że spotkajmy się, wiec spotkaliśmy się i powiedział że mu już nie zależy i że to koniec, ale bardzo chce ze mną utrzymywać kontakt i czuje że kiedyś wrócimy do siebie. Ja nie uznaje kolegowania się z bylym i mówiłam ze jedynie mogę zrobić wyjątek dla niego ze jak zechce wrócić to niech napisze a tak zero kontaktu i zgodził się ucieszony. Po 4 dniach nie wytrzymałam jestem strasznie zakochana mimo wszystko napisałam do niego i spytałam czy juz jest gotowy wrócić a ten że "niestety nie" i zaczęło się moje proszenie. Błaźniłam się pisałam dzwoniłam prosiłam nawet powiedziałam że w chorobie go strasznie potrzebuję, a on wyśmiał mnie i powiedział że jestem żałosna. Miesiąc czasu prosiłam go a on nic potem jak napisałam że "przepraszam chce chociaż znajomości z Tobą" odrazu przeprosił mnie i przystał nawet pisał ze mną, ale mówił ze już nigdy nie będziemy razem nawet jak się spotkamy (co on na początku chciał się widywać po zerwaniu a ja nie) a teraz znów zeszłam na temat tego że chciałabym wrócić i że pamiętam jak mówił że coś czuje do mnie, a on że nigdy do mnie nic nie czuł był ze mną dla sexu i pomagał czasem jako koleżance (chociaż zdradzać go nie mogłam i dopytywał sie czy jestem wierna) chciałam chociaż pogadać o rozstaniu bo nic mi nie wytłumaczył a on że nie chce mnie widzieć i że jestem psychopatką. Wariuję wiec potrzebuję aby ktoś mi przemówił co mam robić???
Przepraszam, że pytam ale w jakim wieku jesteście ?
Nie ma za co,ja 37 ex 40.
9 2012-07-31 20:23:38 Ostatnio edytowany przez bags (2012-07-31 20:29:13)
Byłam z świetnym niby facetem 5 miesięcy. Na początku starał się o mnie pisał po 50 smsów dziennie kiedy ja w pracy z bramki sms odpisywałam na każdego. Było bajkowo, słodko, nie pozwalał mi o sobie zapomnieć ani sekundy i ja odwzajemniłam. Taka słodka miłość po ciężkich wcześniej związkach i zdradach aż do momentu mojej choroby. Zachorowałam na nieuleczaną chorobę która odebrała mi bardzo wiele jak pisałam powyżej to zabrała mi wszystko prace szanse na prawko itd. Na początku mojej choroby wyglądałam okropnie ale "on" był przy mnie prowadził do lekarzy(nie mieszkam w rodzinnym mieście jestem samodzielna) spał u mnie abym nie była sama. No i pierwszy wstrząs karetka pogotowia i szpital on jako pierwszy był w szpitalu u mnie. popadłam w głęboką depresje leżałam i płakałam 3 dni i tez był przy mnie.
Facet z klasą... pełne podziwu dla niego.
Przez moje podobno zachowanie (że kazałam mu tylko przynieś, podaj, pozamiataj) zostawił mnie samą w szpitalu, leżałam pierwszy raz w szpitalu 2 tyg. i w pierwszym tyg był a na drugi wyjechał i powiedział że to koniec i nie wytrzyma tego. Przepraszałam go cały tydzien pisałam do niego słodkie smsy itd. wyprosiłam go i wrócił bo powiedział że "jest we mnie zauroczony i strasznie przezywa moją chorobę". Potem strasznie się starałam o niego i cieszył się, ale już zaczął mnie rozczarowywać. jestem chora ale po mnie tego nie widać biorę chemie, ale mam włosy itd. Prawie jak zdrowa się zachowuje i wyglądam, ale już nie chciał mnie nigdzie zabierać ani poznawać moich znajomych ani mnie zapoznać z jego. Choć wiem że opowiadał o mnie mamie i przyjacielowi.
Choroba i Twoje problemy zdrowotne go przerosły... Cieniutko facet, cieniutko... Po ślubie też zwieje jak wylądujesz na patologii ciąży albo w takim przypadku jak teraz?
siedzieliśmy tylko u mnie w pokoju bo nawet do siebie mnie nie chciał zabrać. Był nadal czuły i super tylko ja mu ciągle mówiłam ze dziwnie się zachowuje i się czepiałam. Było pozornie wspaniale bo jak pisaliśmy to się kłóciliśmy a na żywo to znów bajka powracała. Choć bardzo mało mi czasu poświęcał bo niby praca, ale ja pracowałam studiowałam robiłam kursy i co 2 dzień widzieliśmy się, jak on zaczął prace po studiach dziennych tylko prace to już czasu nie miał ;/. Ja ciągle choruje i wracam do szpitala i raz poprosiłam go aby w niedziele w dzień wolny pomógł mi się zebrać do szpitala a on zapomniał i nie odbierał tel. poszłam sama. Kiedy go zaprosiłam do siebie na wesele to odmówił i pojechał na koncert więc poszłam z kolegą. Chciałam, aby wpadł na impreze do moich znajomych to odmówił nadal mówiąc że mu zależny na mnie. Mówiłam o wycieczce to mówił ze wolnego nie dostanie. Nadal mnie przepraszał mówił że mu zależy. Aha i jestem w nim zabójczo zakochana, a on że "dopiero rodzi się w nim uczucie i zależy mu". Wkońcu zdenerwowałam się i napisałam mu że chyba chce zerwać a on że spotkajmy się, wiec spotkaliśmy się i powiedział że mu już nie zależy i że to koniec, ale bardzo chce ze mną utrzymywać kontakt i czuje że kiedyś wrócimy do siebie.
A co się stało z facetem z początku postu?? Tak o Ciebie zabiegał i... koniec? Porażka.
Po 4 dniach nie wytrzymałam jestem strasznie zakochana mimo wszystko napisałam do niego i spytałam czy juz jest gotowy wrócić a ten że "niestety nie" i zaczęło się... moje proszenie. Błaźniłam się pisałam dzwoniłam prosiłam nawet powiedziałam że w chorobie go strasznie potrzebuję, a on wyśmiał mnie i powiedział że jestem żałosna.
W takim wypadku włącza się opcja "desperat", ale niestety, jej efekty są... żałosne.
Tutaj taka moja rada - z własnego i nie tylko doświadczenia - jeśli to nie Ty zrywasz związek, to nie rób tego kroku co tutaj piszesz. Bądź mądrzejsza od tej pseudo mądrości partnera. On może po czasie zatrybić, żałować swojej decyzji i chcieć wracać na kolanach. Tylko czy wtedy - przy jego chęci powrotu - warto dwa razy wchodzić do tej samej rzeki??
Miesiąc czasu prosiłam go a on nic potem jak napisałam że "przepraszam chce chociaż znajomości z Tobą" odrazu przeprosił mnie i przystał nawet pisał ze mną, ale mówił ze już nigdy nie będziemy razem nawet jak się spotkamy (co on na początku chciał się widywać po zerwaniu a ja nie) a teraz znów zeszłam na temat tego że chciałabym wrócić i że pamiętam jak mówił że coś czuje do mnie, a on że nigdy do mnie nic nie czuł był ze mną dla sexu i pomagał czasem jako koleżance (chociaż zdradzać go nie mogłam i dopytywał sie czy jestem wierna) chciałam chociaż pogadać o rozstaniu bo nic mi nie wytłumaczył a on że nie chce mnie widzieć i że jestem psychopatką.
Porównaj sobie pierwsze okno swojego wpisu z tym oknem...
Facetowi zależało na Tobie, związku, czy seksie?
Zależało mu z początku na Tobie...
Wymiękł na "akcji" szpitalnej...
Nie rób z siebie na przyszłość desperatki!!!
Zależało mu na seksie a dopytuje się o czystość fizyczną i wierność jak w prawdziwym związku... Wybacz ale jako "jeszcze" mąż, to rozłożyło mnie to stwierdzenie na łopatki. Zakładać związek z kobietą, dążyć do ślubu itd... tylko dla seksu??? To ja jestem z innej bajki niż on.
PS****TĄ W TYM STWIERDZENIU JEST ON, NIE TY!!!!!
Wariuję wiec potrzebuję aby ktoś mi przemówił co mam robić???
Odpowiedź masz w pojęciu partnerstwa, które przytoczyłem czarnemu23 z wyłączeniem dyktatury...
Pokrywa się to pojęcie z Waszym związkiem??? Sorry ale ja tego nie dostrzegam pod mikroskopem a co dopiero pod lupą...
10 2012-07-31 21:21:32 Ostatnio edytowany przez jola.r (2012-07-31 21:23:40)
jola.r napisał/a:Przepraszam, że pytam ale w jakim wieku jesteście ?
Nie ma za co,ja 37 ex 40.
Jestem zaskoczona bo miałam wrażenie, że czytam o kobiecie co ma góra 22 lata. Myślę , że robi z Ciebie Idiotę. Wybacz za szczerość. Nie zachowuje się fair wobec Ciebie.
Witaj czarny23...
Powiem Ci tak jak na spowiedzi
w związku powinna być miłość, wierność i uczciwość... jak w małżeństwie. Dodatkowym fundamentem jest zaufanie do partnera/ki. Po Twoim opisie widzę, że ono - zaufane było... ech... ale tylko na początku Waszego związku. Te wszystkie 4 wymienione wyżej elementy spajające partnerów w związku sprowadzają się do jednego stwierdzenia, jakim jest PARTNERSTWO, czyli równe prawa dla każdego, jeden drugiemu jest partnerem, wsparciem i pomocą. Chodzi o odrobinę wyrozumiałości, a nie dyktowanie komuś co i jak ma mówić, jak się zachować, ubierać, wyglądać, co robić w każdej chwili, a czego nie.
Piękno w tym, aby pozwolić drugiemu człowiekowi w związku być sobą, realizować się i rozwijać swoje dobre strony, dostrzegać w ukochanej osobie jej ogromny ukryty potencjał i to, co w tej osobie kochamy najbardziej. Nie ma co sie oszukiwać... dyktatura to nie miłość w pełni dojrzała... a już na pewno nie miłość, którą darzy się ukochaną osobę, to skrzywiona 'miłość', ale we własnym kierunku.
U Was wszystko gra poza jednym... dyktaturą. Ale w Waszym przypadku dyktaturę stosuje Twoja partnerka głównie względem samej siebie i Ty masz się jej zdaniem do tego dostosować. Zauważ, że dyktatura - co prawda ta definicja tyczy się toksycznych związków - ma się nijak do partnerstwa, do tych 4 elementów. Dla Ciebie związek to partnerstwo, dla Niej związek to dyktatura zasad partnerstwa na Jej warunkach. Nadajecie na tych samych falach? Szczerze wątpię.
Ty zawaliłeś związek czy Ona randkowaniem i przyprawianiem Ci rogów? Separacja - Twoja wyprowadzka - to chyba najlepsze wyjście w tej sytuacji. Artemida ma rację a Ty chcesz się przed Nią płaszczyć i ratować związek. Wybacz, ale to Ona powinna robić nie Ty. Te Jej teksty o rozstaniu to powinny wyjść od Ciebie a nie od NiejI na koniec powiem Ci tak: zobacz siebie w drugim człowieku i drugiego człowieka w sobie. Jak dostrzeżesz co trzeba, to zrozumiesz, że - bez urazy - jesteś rogaczem chcącym ratować ten Jej twór pt związek, w którym ja już nie widzę zaufania dla Niej. A o reszcie elementów już nie wspomnę...
Dziękuję serdecznie za wszystkie odpowiedzi,a tobie bags za to porównanie do zwierzyny leśnej:) i kubeł zimnej wody.Nie mam urazy.Zwróciliście mi uwagę na wiele rzeczy,a Ty na zasady funkcjonowania normalnego,modelowego związku o których zapomniałem żyjąc w tym,no właśnie w czym...wiesz szukałem odpowiedzi bo wciąż moja ex pozostawia mi swojego rodzaju bramkę i w nieco zawoalowany sposób daje mi do zrozumienia,że jeżeli będzie to związek na jej zasadach to mogę jeszcze ją odzyskać.Serce krwawi bo jest to kobieta której szukałem,piękna,wspaniała,inteligentna na swój sposób dobra,przez sześć lat dogadywaliśmy się praktycznie bez słów.Kocham ją z całego serca i jestem w stanie zrobić wszystko aby dać jej wszystko.Tyle że ja żyję realiami i twardo stąpam po ziemi,a Ona nieco oderwana od rzeczywistości,ciężko pracowałem aby zapewnić nam życie na właściwym poziomie,również po to aby mogła się realizować,jednocześnie wysłuchując pretensji.Mieliśmy tylko siebie,Ona wychowana przez matkę która zmarła w międzyczasie,moi rodzice zmarli.Stworzyliśmy nasz świat w którym się pogubliśmy,pozostała pustka którą ciężko wypełnić.
czarny23 napisał/a:jola.r napisał/a:Przepraszam, że pytam ale w jakim wieku jesteście ?
Nie ma za co,ja 37 ex 40.
Jestem zaskoczona bo miałam wrażenie, że czytam o kobiecie co ma góra 22 lata. Myślę , że robi z Ciebie Idiotę. Wybacz za szczerość. Nie zachowuje się fair wobec Ciebie.
Dzięki,wybaczam
od pewnego czasu mam wrażenie że szczerość w tych czasach to towar deficytowy.
Dziękuję serdecznie za wszystkie odpowiedzi,a tobie bags za to porównanie do zwierzyny leśnej:) i kubeł zimnej wody.Nie mam urazy.Zwróciliście mi uwagę na wiele rzeczy,a Ty na zasady funkcjonowania normalnego,modelowego związku o których zapomniałem żyjąc w tym,no właśnie w czym...wiesz szukałem odpowiedzi...
Konwejerze bezsensu jak w jednym ze skeczy kabaretowych Stanisław Tym określił pracę komentatorów sportowych "mówią to co słyszą i co słyszą - mówią". I tak jest w Twoim przypadku - żyłeś w czymś szukając na to odpowiedzi, znalazłeś ją i nią żyłeś.
Co do tej normalności i modelowości to można by tu trochę polemizować, gdyż nie ma idealnych ludzi i związków, ale takie odchyłki od "normy" to już mocna przesada.
moja ex pozostawia mi swojego rodzaju bramkę i w nieco zawoalowany sposób daje mi do zrozumienia,że jeżeli będzie to związek na jej zasadach to mogę jeszcze ją odzyskać.Serce krwawi bo jest to kobieta której szukałem,piękna,wspaniała,inteligentna na swój sposób dobra,przez sześć lat dogadywaliśmy się praktycznie bez słów.Kocham ją z całego serca i jestem w stanie zrobić wszystko aby dać jej wszystko.Tyle że ja żyję realiami i twardo stąpam po ziemi,a Ona nieco oderwana od rzeczywistości... jednocześnie wysłuchując pretensji. Stworzyliśmy nasz świat w którym się pogubiliśmy, pozostała pustka którą ciężko wypełnić.
Jakbym czytał historię siebie w związku... toksycznym i o połowę krótszym całościowo stażem, gdzie wszystko grało przez 2 lata.
Twoja kobieta bardzo nie fair zachowuje się w stosunku do Ciebie.
Musicie chyba dać sobie czas.. moim zdaniem ona ciebie nie kocha, człowiek kochający tak się nie zachowuje.
Być może ten koleś zawrócił jej w głowie, być może to chwilowa słabość.
Daj czasowi czas... Nie pokazuj jej, że Ci tak bardzo zależy, bo im bardziej będziesz uległy, tym bardziej ona będzie się od Ciebie odsuwała. Ja na poczatku po rozstaniu z mężem płakałam, prosiłam, wręcz błagałam i nic dobrego z tego nie wychodziło. Im więcej zimna z jego strony widziałam i złości- tym bardziej mnie to bolało. Ostatnio mi powiedział, że czuje z każdej strony presję-z mojej, ze strony swojej rodziny, nawet ze strony córeczki, która zaczyna pytać go "tatusiu dlaczego nie mieszkasz z nami? Przecież mamusia cię kocha..." A jego to tylko wkurza.
Wiem, że łatwo komuś radzić "dajcie sobie czas", ale naprawdę proszę Cię przemyśl jej działanie, zobacz jak ona Ciebie raniła. Nawet jeśli oboje macie być ze sobą w przyszłości to chyba potrzeba czasu żeby zrozumieć swoje błędy i zrozumieć to, czego naprawdę człowiek chce.
Pozdrawiam, 3maj się
15 2012-08-01 22:53:54 Ostatnio edytowany przez gosiek24 (2012-08-01 22:55:08)
Odpowiedź masz w pojęciu partnerstwa, które przytoczyłem czarnemu23 z wyłączeniem dyktatury...
Pokrywa się to pojęcie z Waszym związkiem??? Sorry ale ja tego nie dostrzegam pod mikroskopem a co dopiero pod lupą...
Czyli że nie warto o niego walczyć? głupio robiłam ... to wiem ..;/ uczucie jednak mnie dopadło i zwariowałam ;/
Odpowiedź masz w pojęciu partnerstwa, które przytoczyłem czarnemu23 z wyłączeniem dyktatury...
Pokrywa się to pojęcie z Waszym związkiem??? Sorry ale ja tego nie dostrzegam pod mikroskopem a co dopiero pod lupą...Czyli że nie warto o niego walczyć? głupio robiłam ... to wiem ..;/ uczucie jednak mnie dopadło i zwariowałam ;/
Zgadzam się z Tobą, bo też tak robiłem... robiłem... robiłem... i usiadłem w końcu wygodnie w fotelu... jak Ferdek Kiepski z "browarkiem w ręku". Kijem wisły nie zawrócisz i na siłę do miłości nikogo nie zmusisz.
Można się pokusić o stwierdzenie, że uczucie Cię dopadło, trzyma dalej i wariujesz. Ale jeśli już to robisz, to rób z głową.
Może zabrzmi to brutalnie ale teraz to niech się Wasze role odwrócą. Ciepłe kapcie, lampka wina, tina albo inna papierowa przyjaciółka w łapki i przed TV a chłopina do robotyyyyyyyy. Jak się ma miękkie serce to d musi być twarda. a Więc siądź wygodnie na miękkiej ..... i nie daj się tak łatwo jemu podejść.
Ty popracuj nad sobą a On nad tym, by Cię zdobyć od nowa.
gosiek24 napisał/a:Odpowiedź masz w pojęciu partnerstwa, które przytoczyłem czarnemu23 z wyłączeniem dyktatury...
Pokrywa się to pojęcie z Waszym związkiem??? Sorry ale ja tego nie dostrzegam pod mikroskopem a co dopiero pod lupą...Czyli że nie warto o niego walczyć? głupio robiłam ... to wiem ..;/ uczucie jednak mnie dopadło i zwariowałam ;/
Zgadzam się z Tobą, bo też tak robiłem... robiłem... robiłem... i usiadłem w końcu wygodnie w fotelu... jak Ferdek Kiepski z "browarkiem w ręku". Kijem wisły nie zawrócisz i na siłę do miłości nikogo nie zmusisz.
Można się pokusić o stwierdzenie, że uczucie Cię dopadło, trzyma dalej i wariujesz. Ale jeśli już to robisz, to rób z głową.
Może zabrzmi to brutalnie ale teraz to niech się Wasze role odwrócą. Ciepłe kapcie, lampka wina, tina albo inna papierowa przyjaciółka w łapki i przed TV a chłopina do robotyyyyyyyy. Jak się ma miękkie serce to d musi być twarda. a Więc siądź wygodnie na miękkiej ..... i nie daj się tak łatwo jemu podejść.
Ty popracuj nad sobą a On nad tym, by Cię zdobyć od nowa.
nie wiem czy to coś da czy już nigdy się z nim nie zobaczę. On nie chce ze mną gadać ani pisać, więc od wczoraj i ja napisałam że mam dość jego zachowania i nie będę już do niego pisać ani on nie ma do mnie pisać. Zakończyłam to niby definitywnie i ja już nie będę pisać przynajmniej się postaram.
Twoja kobieta bardzo nie fair zachowuje się w stosunku do Ciebie.
Musicie chyba dać sobie czas.. moim zdaniem ona ciebie nie kocha, człowiek kochający tak się nie zachowuje.
Być może ten koleś zawrócił jej w głowie, być może to chwilowa słabość.Daj czasowi czas... Nie pokazuj jej, że Ci tak bardzo zależy, bo im bardziej będziesz uległy, tym bardziej ona będzie się od Ciebie odsuwała. Ja na poczatku po rozstaniu z mężem płakałam, prosiłam, wręcz błagałam i nic dobrego z tego nie wychodziło. Im więcej zimna z jego strony widziałam i złości- tym bardziej mnie to bolało. Ostatnio mi powiedział, że czuje z każdej strony presję-z mojej, ze strony swojej rodziny, nawet ze strony córeczki, która zaczyna pytać go "tatusiu dlaczego nie mieszkasz z nami? Przecież mamusia cię kocha..." A jego to tylko wkurza.
Wiem, że łatwo komuś radzić "dajcie sobie czas", ale naprawdę proszę Cię przemyśl jej działanie, zobacz jak ona Ciebie raniła. Nawet jeśli oboje macie być ze sobą w przyszłości to chyba potrzeba czasu żeby zrozumieć swoje błędy i zrozumieć to, czego naprawdę człowiek chce.
Pozdrawiam, 3maj się
Dziękuję za odpowiedź netkobietko.
Wiesz kocham ta kobietę z całego serca,zrobiłbym dla niej wszystko,mój błąd i myślę że tu zgodzimy się w pełnej rozciągłości,pokazaliśmy że zależy nam bardzo-za bardzo.Jaką presją jest okazywanie miłości,uczucia i samego przesłania...przecież ktoś o kogoś walczy,wyciąga rękę z sercem na dłoni,poniża się,wybacz bez urazy...błaganiem.Niestety w życiu trafiliśmy na osoby które nie były w stanie tego docenić,czy dać sobie,nam czas to jest pytanie...W moim przypadku myślę że straty są będą większe niż zyski.Dałem,daliśmy z siebie wszystko,partner zdeptał to ze świadomościa tego co robi,nie myślał o tym że krzywdzi,nie szanował naszego uczucia wreszcie nas samych.Z pełną premedytacją zniszczył coś dla czego warto żyć,w Twoim przypadku rodzinę - Ciebie,wasze dziecko również,bo to piętno na całe życie,pytanie w imię czego? Wkurza go pytanie dziecka...a dlaczego,być może sam szuka na to odpowiedzi.
19 2012-08-02 23:44:28 Ostatnio edytowany przez LI (2012-08-02 23:51:13)
czarny23
Rozumiem Twoje emocje, ból, poczucie krzywdy, odrzucenia, poczucie niesprawiedliwośi, ... Dobrze czuje?
"Niestety w życiu trafiliśmy na osoby które nie były w stanie tego docenić,czy dać sobie,nam czas to jest pytanie...W moim przypadku myślę że straty są będą większe niż zyski.Dałem,daliśmy z siebie wszystko,partner zdeptał to ze świadomościa tego co robi,nie myślał o tym że krzywdzi,nie szanował naszego uczucia wreszcie nas samych.Z pełną premedytacją zniszczył coś dla czego warto żyć"
Dlaczego nie były w stanie docenić? Bo nie potrafią. Nikt nie nauczył ich miłości. Bo nierozumieją miłości, bo ktoś wcześniej je zranił, bo nauczył ich miłości warunkowej (np. rodzice). I nie pisze tego, żeby je tłumaczyć. Żaden człowiek nie ma prawa drugiemu człowiekowi przynosić cierpienia. Pisze to ponieważ zrozumienie tego dlaczego te osoby to zrobiły jest drogą do wybaczenia. A dopóki nie wybaczycie będziecie cierpieć.
Rodzimy się wolni czyści, potrafimy kochać. To świat i doświadczenia psują w nas to co najlepsze czyli zdolność kochania.
Zdolność kochania czystą dziecięcą, spontaniczną....
Druga sprawa to taka, że nikogo nie można zmusić do miłości. Trzeba walczyć o miłość, o drugą osobę ale też trzeba wiedzieć kiedy powiedzieć "do widzenia". I nie chodzi mi o pożegnanie dlatego, że ta osoba nie dała nam tego czego chcieliśmy czyli swojego uczucia, dlatego że puszczamy focha. Ja tutaj mówię o pożegnaniu dla nas bolesnym. Takim kiedy mówimy "pozwalam Ci odejść bo Cię kocham i dlatego nie będę Cię więzić".
Nie piszę tego, żeby się mądrzyć. Chcę Wam z całego serca dać nadzieję na to, że będzie lepiej
.
Jestem tego przykładem. 8 lat wegetowałam po rozstaniu nieumiejąc zyć .... Ale to nie o tym post...
Wracając do głównego pytania wątku czy warto walczyć? Zawsze warto!!! Zawsze!!! Dopóki tak nam podpowiada serce ![]()
Tylko trzeba się w nie odpowiednie i szczerze wsłuchać bo może nam się tylko wydawać, że to ono mówi a to przemawia nasz strach przed samotnością.
"Żyj z całych sił
I uśmiechaj się do ludzi
Bo nie jesteś sam
Śpij, nocą śnij
Niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi
Teraz śpij"
Chciałam link do piosnki wstawić ale mi ta okropna maszyna forumowa nie pozwala ![]()
Co do tej normalności i modelowości to można by tu trochę polemizować, gdyż nie ma idealnych ludzi i związków, ale takie odchyłki od "normy" to już mocna przesada.
A tu się nie zgadzam. Normalne jest wszystko, na co zgadzają sie obie strony. Istnieja zwiążki funkcjonujące na zasadach, których chciałaby Ona.
moja ex pozostawia mi swojego rodzaju bramkę i w nieco zawoalowany sposób daje mi do zrozumienia,że jeżeli będzie to związek na jej zasadach to mogę jeszcze ją odzyskać.Serce krwawi bo jest to kobieta której szukałem,piękna,wspaniała,inteligentna na swój sposób dobra,przez sześć lat dogadywaliśmy się praktycznie bez słów.Kocham ją z całego serca i jestem w stanie zrobić wszystko aby dać jej wszystko.Tyle że ja żyję realiami i twardo stąpam po ziemi,a Ona nieco oderwana od rzeczywistości... jednocześnie wysłuchując pretensji. Stworzyliśmy nasz świat w którym się pogubiliśmy, pozostała pustka którą ciężko wypełnić.
Ona może mieć skłonności do dominacji i do tego być wielokochajaca. A może też z wygodnictwa chcieć żyć na koszt Autora choć go nie kocha, oderwana od rzeczywistości i fruwać z innymi.
Jakbym czytał historię siebie w związku... toksycznym i o połowę krótszym całościowo stażem, gdzie wszystko grało przez 2 lata.
Toksycznym - dla Ciebie. Nie jest pewne, czy nie znalazłby się ktoś zadowolony z takiego obrotu sprawy. Masochiści istnieją.
bags napisał/a:Co do tej normalności i modelowości to można by tu trochę polemizować, gdyż nie ma idealnych ludzi i związków, ale takie odchyłki od "normy" to już mocna przesada.
A tu się nie zgadzam. Normalne jest wszystko, na co zgadzają sie obie strony. Istnieja zwiążki funkcjonujące na zasadach, których chciałaby Ona.
Ale sama widzisz, że Czarny na taki - "proponowany" przez partnerkę dyktatorski układ związku partnerskiego się nie zgodzi.
moja ex pozostawia mi swojego rodzaju bramkę i w nieco zawoalowany sposób daje mi do zrozumienia,że jeżeli będzie to związek na jej zasadach to mogę jeszcze ją odzyskać.Serce krwawi bo jest to kobieta której szukałem,piękna,wspaniała,inteligentna na swój sposób dobra,przez sześć lat dogadywaliśmy się praktycznie bez słów.Kocham ją z całego serca i jestem w stanie zrobić wszystko aby dać jej wszystko.Tyle że ja żyję realiami i twardo stąpam po ziemi,a Ona nieco oderwana od rzeczywistości... jednocześnie wysłuchując pretensji. Stworzyliśmy nasz świat w którym się pogubiliśmy, pozostała pustka którą ciężko wypełnić.
Sześć lat sielanki, stworzyli wspaniały swój świat i nagle Ona postawiła go pod ścianą... stawiając swoje warunki "partnerstwa". Z początku partnerstwo "pełną gębą" a potem dyktatura w partnerstwie. Czyż nie?
Ona może mieć skłonności do dominacji i do tego być wielokochajaca. A może też z wygodnictwa chcieć żyć na koszt Autora choć go nie kocha, oderwana od rzeczywistości i fruwać z innymi.
A chęć do dominacji nad partnerem w związku jest czym??? Aaaa? Niczym innym jak przewagą dyktatury nad partnerskim układem związku - skrzywioną, wypaczoną miłością w jedną stronę... Jej a nie Jego jako partnera. Ona chce czegoś, na co On się nie godzi przystać. I tu ma Czarny rację!
A taki styl traktowania partnera nosi tylko jedno imię... TOKSYCZNY.
Artemida napisał/a:bags napisał/a:Co do tej normalności i modelowości to można by tu trochę polemizować, gdyż nie ma idealnych ludzi i związków, ale takie odchyłki od "normy" to już mocna przesada.
A tu się nie zgadzam. Normalne jest wszystko, na co zgadzają sie obie strony. Istnieja zwiążki funkcjonujące na zasadach, których chciałaby Ona.
Ale sama widzisz, że Czarny na taki - "proponowany" przez partnerkę dyktatorski układ związku partnerskiego się nie zgodzi.
czarny23 napisał/a:moja ex pozostawia mi swojego rodzaju bramkę i w nieco zawoalowany sposób daje mi do zrozumienia,że jeżeli będzie to związek na jej zasadach to mogę jeszcze ją odzyskać.Serce krwawi bo jest to kobieta której szukałem,piękna,wspaniała,inteligentna na swój sposób dobra,przez sześć lat dogadywaliśmy się praktycznie bez słów.Kocham ją z całego serca i jestem w stanie zrobić wszystko aby dać jej wszystko.Tyle że ja żyję realiami i twardo stąpam po ziemi,a Ona nieco oderwana od rzeczywistości... jednocześnie wysłuchując pretensji. Stworzyliśmy nasz świat w którym się pogubiliśmy, pozostała pustka którą ciężko wypełnić.
Sześć lat sielanki, stworzyli wspaniały swój świat i nagle Ona postawiła go pod ścianą... stawiając swoje warunki "partnerstwa". Z początku partnerstwo "pełną gębą" a potem dyktatura w partnerstwie. Czyż nie?
Artemida napisał/a:Ona może mieć skłonności do dominacji i do tego być wielokochajaca. A może też z wygodnictwa chcieć żyć na koszt Autora choć go nie kocha, oderwana od rzeczywistości i fruwać z innymi.
A chęć do dominacji nad partnerem w związku jest czym??? Aaaa? Niczym innym jak przewagą dyktatury nad partnerskim układem związku - skrzywioną, wypaczoną miłością w jedną stronę... Jej a nie Jego jako partnera. Ona chce czegoś, na co On się nie godzi przystać. I tu ma Czarny rację!
A taki styl traktowania partnera nosi tylko jedno imię... TOKSYCZNY.
Witajcie
widzę że wywiązała się ciekawa dyskusja,dołączę się i dodam pare słów,bo to w końcu mój wątek ![]()
Artemido jeśli pozwolisz zacytuję Twoje słowa "Normalne jest wszystko, na co zgadzają sie obie strony" w pewnym sensie masz rację,jeżeli na takie traktowanie zgadzają się obie strony to jest ok,ludzie sobie żyją w czymś takim,jeden z partnerów dyktuje co ma robić drugi,drugi dostosuje się bo nie ma pomysłu na siebie i wzajemnie zadowoleni żyją długo i szczęśliwie.Ja jednak uważam że jak we wszystkim obowiązują pewne standardy,według mnie nie jest to normalne i godzi w podwalinę związku jaką jest partnerstwo,został mi postawiony warunek "albo moje zasady,albo mówiąc kolokwialnie - spadaj" Można tu oczywiście rozważać pojęcie normalności,dla jednego partnera taki związek może być normalnym,bo w jego pojęciu ktoś musi rządzić-moim zdaniem masochista jeżeli trafi na nieodpowiednią osobę ,dla innego normalność to rozmowa,kompromis,podążanie wspólną ścieżką,traktowanie partnera jak równego sobie.Ale ilu ludzi tyle pomysłów na związek,kwestia w tym aby się w tych oczekiwaniach dopasować.Ja wiele rozumiałem,moja zdolność empatii sięgała zenitu,ale na takie traktowanie sobie już nie pozwolę.Bags czy jest to toksyczne ? odpowiem,dla nas tak.Ale wielu ludzi lubi takie związki i uważa je za normalne.
Mój nick jest wyrazem tego jak się teraz czuję. Z mężem jesteśmy 7 lat z czego małżenstwem 5 lat (niedługo będzie nasza rocznica). Mój mąż ma taka pracę, że przyjeżdża do domu co dwa lub trzy tygodnie. Różnie między nami bywało, w zeszłym roku mąż miał kilkumiesięczny romans, ale wybaczyłam, były deklaracje, że to się nie powtórzy, że kocha mnie i ja jestem najważniejszai oczywiście nasze dzieci. I tak żyliśmy w sielance przez blisko 10 miesięcy. Ja pozwalałam mężowi na realizowanie jego pasji, której poświęcał większość czasu, w żadnym wypoadku nie chciałam go ograniczać, interesowałam się nim, jego hobby, chciałam uczestniczyć w realizacji jego marzeń, a tu nagle trach, wszystko diabli wzięli. Przez ten okres 10 miesięcy ani razu nie słyszałam skargi na swój temat, mąż wręcz mówił jaką to jestem dobrą i wyrozumiałą żoną. A trzy tygodnie temu mąż obwieścił, że chce żyć własnym życiem i że ja mam to zaakceptować. Wszelkie próby uzyskania wyjaśnienia spełzły na niczym. Teraz dowiaduję się, że go ograniczałam, że nie mógł robić tego czego chciał, zaczęło mu przeszkadzać że otwieram rachunki, stwierdził że robiłam miny i nie robilam tego o co mnie prosił. Jestem w szoku, jak ktoś kto jeszcze miesiąc temu twierdził, że jestem najwazniejsza traktuje mnie jakbym była nikim. Powiedział, że chce rozwodu bez orzekania o winie, powiedzialam, że się na to nie zgodzę, to stwierdził, że w sumie to rozwód nie jest mu potrzebny. Czuję sie oszukana, bo te wszystkie jego zapewnienia okazały się jednym wielkim kłamstwem. Najgorsze jest to, że chce zrzucić winę na mnie. Ja z czystym sumieniem mogę spojrzeć w lustro, bo jak pisałam wcześniej nie ograniczałam go, grzecznie zajmowałam się dziećmi czekając na powrót jego do domu. Teraz przez ostatni czas poniżałam się błagając o to żeby się zastanowił. Teraz postanowilam, że koniec już walki, nie mam już sił.
Mój nick jest wyrazem tego jak się teraz czuję. Z mężem jesteśmy 7 lat z czego małżenstwem 5 lat (niedługo będzie nasza rocznica). Mój mąż ma taka pracę, że przyjeżdża do domu co dwa lub trzy tygodnie. Różnie między nami bywało, w zeszłym roku mąż miał kilkumiesięczny romans, ale wybaczyłam, były deklaracje, że to się nie powtórzy, że kocha mnie i ja jestem najważniejszai oczywiście nasze dzieci. I tak żyliśmy w sielance przez blisko 10 miesięcy. Ja pozwalałam mężowi na realizowanie jego pasji, której poświęcał większość czasu, w żadnym wypoadku nie chciałam go ograniczać, interesowałam się nim, jego hobby, chciałam uczestniczyć w realizacji jego marzeń, a tu nagle trach, wszystko diabli wzięli. Przez ten okres 10 miesięcy ani razu nie słyszałam skargi na swój temat, mąż wręcz mówił jaką to jestem dobrą i wyrozumiałą żoną. A trzy tygodnie temu mąż obwieścił, że chce żyć własnym życiem i że ja mam to zaakceptować. Wszelkie próby uzyskania wyjaśnienia spełzły na niczym. Teraz dowiaduję się, że go ograniczałam, że nie mógł robić tego czego chciał, zaczęło mu przeszkadzać że otwieram rachunki, stwierdził że robiłam miny i nie robilam tego o co mnie prosił. Jestem w szoku, jak ktoś kto jeszcze miesiąc temu twierdził, że jestem najwazniejsza traktuje mnie jakbym była nikim. Powiedział, że chce rozwodu bez orzekania o winie, powiedzialam, że się na to nie zgodzę, to stwierdził, że w sumie to rozwód nie jest mu potrzebny. Czuję sie oszukana, bo te wszystkie jego zapewnienia okazały się jednym wielkim kłamstwem. Najgorsze jest to, że chce zrzucić winę na mnie. Ja z czystym sumieniem mogę spojrzeć w lustro, bo jak pisałam wcześniej nie ograniczałam go, grzecznie zajmowałam się dziećmi czekając na powrót jego do domu. Teraz przez ostatni czas poniżałam się błagając o to żeby się zastanowił. Teraz postanowilam, że koniec już walki, nie mam już sił.
Oszukana29.Przepraszam za długą nieobecność i dziękuję za odpowiedź.Wiem jak się czujesz,sam wybaczałem i wybaczałem i... też niczym miód przyjmowałem słowa o miłości,oddaniu itd. Teraz moje miejsce zajął juz ktos inny.Zrobiłaś wszystko,zrobiłaś To Ty,poświęciłaś się i wciąż oddajesz cząstkę siebie,zastanów się czy On na to zasługuje,czy zrobił cokolwiek aby mógł mieć Ciebie.Masz rację i patrz na siebie z czystym sumieniem,ten człowiek na Ciebie nie zasłużył,może nie będzie to łatwe,być może chwilę to potrwa,ale znajdź swoja wartość.On nie szanuje Twoich uczuć,nie szanuje Ciebie.Jesteś z pewnoscią wyjątkową kobietą,otwórz serce a z pewnością spotkasz kogoś kto będzie zabiegał o Twoje uczucie.Jesteś różą w morzu stokrotek i w musisz w to uwierzyć.