Cześć Dziewczyny!
jestem zarejestrowana na forum dosłownie od kilku minut ale już ciągnie mnie do dyskusji
temat, który chcę poruszyć, stary pewnie jak to forum ale mimo wszystko nie mogłam znaleźć wątku pod który mogłam go podpiąć dlatego założyłam ten. Ma on oczywiście podtekst osobisty, wyjaśnię po krótce o co chodzi...
Byłam z facetem 1,5 roku, był to związek na odległość - ja Polka (22) on Włoch (26), widywaliśmy się całkiem regularnie co miesiąc na ok 5-6 dni, jakoś to znosiliśmy, wiele dla tej relacji oboje poświęciliśmy, zaufanie z obu stron 100% ale nie o tym chciałam. Ok. 4 m-cy temu zostawił mnie dla innej (18) z jego miejscowości przyznał się, jednak zrywając (notabene przez FB, upokarzajace) generalnie bardzo mnie skrzywdził, pomijając fakt, że jego uczucia wobec mnie wygasły wyrzucał mi wszystko, co wg niego robiłam źle itp. tak, jakby miało mi dzięki temu ulżyć... Ponieważ wyznaję zasadę że do miłości nikogo zmusić nie można (tym bardziej jeżeli wiem że jest ktoś trzeci) oraz mając na uwadze wszystkie te na prawdę okrutne słowa które skierował pod moim adresem (do tej pory tłuką mi się w głowie...) oraz ostatecznie fakt, że nie chciał się ze mną spotkać chociażby ten ostatni raz i pogadać, postanowiłam wraz z jego słowami "to koniec" zerwać z nim całkowicie kontakt: usunęłam wszystkie smsy, wiadomości na FB i ostatecznie jego samego z listy znajomych... wykasowałam numer, wspólne zdjęcia schowałam w jakimś folderze, którego nazwy już nie pamiętam i ukryłam gdzieś. (Na dodatek z pewnego źródła wiem, że swoją nową zabiera na wakacje tam, gdzie my planowaliśmy jechać jeszcze jak byliśmy razem...
) Wszystko po to by mniej cierpieć, by nie wiedzieć i nie widzieć jego szczęścia, raczej nie przyszło mi do głowy że on może zatęsknić (od samego początku postanowiłam pozbawić się złudzeń).
Naprawdę go kochałam, był mi bardzo bliski pomimo odległości, myślałam nawet że to przeznaczenie... często o nim myślę i zastanawiam się co robi, obiecałam sobie że po tym jak mnie upokorzył nie odezwę się do niego już i dałam mu to do zrozumienia... ale czy tak się da? Czy jest oprócz mnie jeszcze ktoś, kto praktycznie bez walki poddał się w staraniach o miłość (w moim przypadku nie było już chyba o co walczyć) i dla własnego zdrowia i dobrego samopoczucia uciął CAŁKOWICIE kontakt i nie planuje go odnawiać? Tak, tak "czas leczy rany i człowiek wybacza", może ja podświadomie chcę żeby za mną zatęsknił. Dodam tylko, że sam z siebie pytał mojej przyjaciółki co u mnie słychać a mnie też niedawno wysłał smsa dlaczego go zablokowałam i że zawsze będzie do mnie czuł sentyment(?) ("affetto"). Wydaje mi się, że dobrze zrobiłam ale czasami za nim tęsknię, nawet bardzo i ten brak kontaktu ani żadnej informacji o nim nie pozwala mi momentami w pełni funkcjonować i nawet czasami ciągnie mnie do tego żeby jednak się odezwać ale wiem, że to by bardzo bolało, a w tym przypadku nie wierzę w przyjaźń bo zawsze liczyłabym na "powtórkę z rozrywki".
czy ktoś z Was postanowił kiedyś spalić całkowicie most za kimś bliskim? Z jakim skutkiem? Czy ta osoba próbowała się z Wami kontaktować (wszystkimi możliwymi sposobami)? Jestem bardzo ciekawa czy jest ktoś, kto wyznaje podobną zasadę "usuwania się" z życia kogoś innego jeżeli nie możemy być dla niego tym, kim bysmy chcieli.
uf, z góry dzięki za uwagę i odpowiedzi ![]()