Witam!
Dopiero dzisiaj Was odkryłam. I cieszę się, że znalazłam to miejsce, bo może znajdę tu ukojenie dla swojej zbolałej duszy. Chodzi o męża. Jesteśmy po ślubie prawie 10 lat, mamy 5 letnie dziecko. To ja od początku szybciej wyznawałam miłość, to ja nalegałam na formalizację związku. Byłam zakochana po uszy i od samego początku wiedziałam, że jest to ten właściwy. Do momentu urodzin syna nasze małżeństwo było idealne. Potem zaczęło się wszystko zmieniać na gorsze.
Od samego początku zauważyłam, że mąż ma problem w budowaniu relacji z synem. Unikał samotnych wyjść z nim, nie potrafił się z nim bawić. Mówił, że kocha, chwalił się przed znajomymi, ale w gruncie rzeczy nie potrafił sobie dać rady z ojcostwem. To zresztą widać do dziś, choć teraz, kiedy z synem jest już normalny kontakt, jest już nieco lepiej. Z czasem problemów zaczęło przybywać.
Od momentu ślubu przytył jakieś 30 może 40 kilogramów. Zaczął zaniedbywać higienę. Potrafił wieczorem nie umyć ani ciała, ani zębów. Te ostatnie myje może raz na tydzień. Zęby ma popsute, więc efekt zapachowy jest powalający. Od jakichś dwóch lat mocno chrapie, budząc mnie wielokrotnie w nocy. Od dwóch lat nie współżyjemy. W seksie nigdy nie było specjalnych fajerwerków, ale było względnie ok. Mąż zawsze miał problemy z przedwczesnym wytryskiem, ale przynajmniej na początku dbał o to, żebym nie czuła się niezaspokojona. Po pewnym czasie drugi wzwód zaczął być dla niego problemem. Czasami miałam wrażenie, że po prostu zwyczajnie nie chciało mu się mnie zaspokajać, że był zbyt zmęczony. A ja głupia, żeby nie robić mu przykrości nie dopominałam się o swoje. Po pewnym czasie zaczęłam po prostu unikać seksu. I tak jest do dziś. Próbowałam kilka razy z nim rozmawiać na ten temat, ale to tak jakbym rozmawiała ze ścianą. Twierdzi, że nie wie czemu się tak dzieje i na tym koniec. Żadnych prób znalezienia wyjścia z tej sytuacji, żadnych chęci ? poza werbalnymi ? do rozwiązania problemu. Zresztą ja już sama nie wiem czy chcę go rozwiązywać. Jestem już tym wszystkim bardzo zmęczona i czuję się jakbym była w jakiejś matni. Cokolwiek nie zrobię będzie źle. Generalnie mój mąż jest dobrym człowiek. Troszczy się o zabezpieczenie finansowe rodziny, jest ?przystępnym? człowiekiem w codziennym życiu. Potrafi mnie rozśmieszyć, a w ciężkich chwilach wiem, że mam w nim oparcie. Tylko jako kochanek i ojciec ? w moich oczach - nie daje rady. A mi zaczyna to coraz bardziej przeszkadzać. Ja sama też nie jestem łatwym charakterem. Mam jak każdy swoje wady. Ale mam też i zasady. Mimo, że brak seksu jest dla mnie naprawdę ciężkim wyzwaniem, mimo, że wielokrotnie miałam okazję i chętnych do skoku w bok, nigdy tego nie zrobiłam. Zawsze byłam fair względem męża. Ale ostatnio jest mi z tym dużo trudniej. Coraz mocniej odczuwam skutki życia w celibacie. Potrzebuję bliskości, czułości i zwyczajnej rąbanki żeby poczuć się lepiej. A ze strony męża nie dostaję tego. A nawet nie wiem czy chcę jeszcze to dostawać. Chyba za daleko zaszły sprawy żeby móc z nim uprawiać jeszcze satysfakcjonujący seks. Zada mi ktoś pytanie czy mąż nie ma kochanki? Bo jak to jest, że facet w wieku 37 lat może nie uprawiać seksu od dwóch lat? Być może mam poroże. Nie wiem. Nigdy nie próbowałam tego sprawdzać. Mąż ma możliwości żeby robić to w godzinach pracy, miewa okresowe delegacje, no i wiem, że ludzie z jego otoczenia bywają w burdelach. Być może ktoś go fascynuje, być może ma regularną kochankę, być może chadza na dziwki. Mnie oczywiście zapewnia, że jest święty. Ale ja tak nie do końca mu wierzę. Już raz w życiu okłamał mnie w bardzo okrutny sposób, który mógł zaważyć na naszym wspólnym życiu. Nie chodziło wtedy o kobietę, ale odczucia były bardzo podobne. Więc teraz nie do końca mu wierzę. On z kolei wydaje mi się, że mnie podejrzewa o zdrady, choć oficjalnie nic nie mówi. I tak sobie żyjemy w takim układzie, który coraz bardziej mi ciąży. W dodatku odkryłam w sobie przerażającą rzecz: że ja już chyba nie mam ochoty z nim rozmawiać o tym co jest problemem w naszym małżeństwie. Chyba popadłam w jakiś stan odrętwienia. Czy ktoś ma pomysł jak sobie z tym wszystkim poradzić? Nakopcie mi do tyłka, bo być może wyolbrzymiam problemy. A jeśli nie wyolbrzymiam to co mogę jeszcze zrobić by uratować ten związek przynajmniej dla syna? Rozmowa z kimś kto nie chce rozmawiać? Z kimś kto nie widzi takiej potrzeby? Co robić?
Podobne tematy
Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się rozmowa. Taka konkretna - jak on widzi przyszłość Waszej rodziny. Czy jemu w ogóle zależy, żeby coś zmieniać? Jeśli nie - masz dwa wyjścia: pogodzić się z tym stanem rzeczy i tkwić w takim pseudomałżeństwie przynajmniej do pełnoletności Waszego dziecka lub zdecydować się na rozstanie. Tylko po co tkwić, skoro twierdzisz, że jest kiepskim ojcem?
pogodzić się z tym stanem rzeczy i tkwić w takim pseudomałżeństwie przynajmniej do pełnoletności Waszego dziecka lub zdecydować się na rozstanie. Tylko po co tkwić, skoro twierdzisz, że jest kiepskim ojcem?
Podobno dzieci są szczęśliwe jeżeli wychowują je szczęśliwi rodzice. Dlaczego do pełnoletności? dzieci opuszczają gniazdo, a kobieta zostaje z poczuciem pustki lub uczuciem, że ja się poświęcałam a dziecko tego nie docenia i mnie zostawia.
A czy Ty go jeszcze kochasz? Czy jest coś co powoduje, że chcesz z nim być?
Wydaje mi się, że gdyby Cię zdradzał dbałby o siebie bardziej niż kiedy kolwiek,a nie zapuścił się w tym. Mi się raczej wydaje,że facet ma jakiś kryzys i pomóc tu może tylko lekarz. Zaczęło się od narodzin dziecka, napewno nie raz z nim o tym rozmawiałaś, napewno jest świadomy tego,że nawala w 2 najważniejszych męskiich rolach kochanka i ojca. Jaka jest przyczyna? To pewnie powiedziałby Wam lekarz,może ma kryzys wieku średniego,który go nieco prędzej dopadł,może coś ala depresja po porodowa. Myślę,że rozmowa może co najwyżej określić problem,ale nie zmieni stanu rzeczy.
Dzięki za odpowiedzi. Problem polega na tym, że on nie chce ze mną rozmawiać. Mam wrażenie, że po prostu boi się, że pewne rzeczy zostaną powiedziane wprost i że będę oczekiwać od niego zachowań na które ob nie ma ochoty. Ale to są tylko moje przypuszczenia. Być może prawda leży zupełnie gdzie indziej. Co do wizyty u lekarza, to mój mąż prezentuje typowo męskie podejście - pójdę dopiero wtedy jak nie będę umiał ustać na nogach. Kiedyś namówiłam go na wizytę u lekarza w związku z jego chrapaniem. Lekarz stwierdził, że najpierw mąż musi schudnąć. Mąż obraził się na lekarza, zwyzywał od konowałów i na tym skończyła się z jego strony akcja walki z chrapaniem.
Macie rację, że to pseudomałżeństwo. Mimo to mam wątpliwości: zostać czy odejść. Gdzieś przeczytałam, że rozwód nie powinien mieć miejsca w momencie kiedy pojawia się pierwszy powód do rozstania, ale wtedy gdy upada ostatni powód do bycia razem.
Wymień nam więc powody do bycia razem.
1. Jest ojcem mojego dziecka. Sama pochodzę z rozbitej rodziny, wychowywałam się bez ojca i za podstawowy cel życiowy postawiłam sobie utrzymanie rodziny w całości. Może naiwne, ale dla mnie to ważne. Choćby bylejaki ojciec, ale żeby był.
2. W życiu codziennym to naprawdę fajny człowiek. Generalnie potrafimy się dogadywać jeśli chodzi o takie typowe, codzienne sprawy.
3. Był ze mną w trudnych momentach, kiedy przez wiele lat borykałam się z depresją i nerwicą lękową. Może to głupie, ale uważam, że jestem mu w związku z tym coś winna.
Popatrzyłam na to co napisałam i sama zaczęłam się zastanawiać czy to dobre powody do bycia razem.
A jakieś uczucia? Miłość? Twój stosunek poza zmęczeniem i niechęcią?
Ja uwazam, ze powinnas mu pomoc, moze on ma poprostu depresje zwiazana z dzieckiem? Moze ma takie odczucia? Napewno go kocha ale wiecie ile kobiet ma depresje po ciazy, moze facet tez ma.. sama nie wiem..
Moze jesli powiedzialabys mu o rozstaniu zrobilby cos ze soba?
Ale ja jednak uwazam, ze powinnas mu pomoc, chyba, ze jest aki oporny na rozmowy i zrobienie czekogolwiek w tym zwiazku.
Ale jednak on z toba byl gdy mialas ta depresje i nerwice.
Lubię mojego męża, ale nie chcę z nim sypiać. Nie mogę się już przemóc. Chyba już nie potrafię. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć żebym znów nabrała ochoty. Jestem w paskudnej sytuacji. Dokucza mi brak seksu. Nie potrafię zdradzić bo nie pozwalają mi na to zasady, a z mężem nie jestem w stanie się kochać. Patowa sytuacja
Może trzeba wprowadzić do związku trochę szaleństwa , wyjazd na weekend, wyjscie na miasto, wspolne kolacje?
Wspólne wyjścia, romantyczne kolacje itp nie zmienią faktu, że coś we mnie pękło. Nie potrafię zmusić się. Mimo całej mojej sympatii dla niego.
1. Jest ojcem mojego dziecka. Sama pochodzę z rozbitej rodziny, wychowywałam się bez ojca i za podstawowy cel życiowy postawiłam sobie utrzymanie rodziny w całości. Może naiwne, ale dla mnie to ważne. Choćby bylejaki ojciec, ale żeby był.
2. W życiu codziennym to naprawdę fajny człowiek. Generalnie potrafimy się dogadywać jeśli chodzi o takie typowe, codzienne sprawy.
3. Był ze mną w trudnych momentach, kiedy przez wiele lat borykałam się z depresją i nerwicą lękową. Może to głupie, ale uważam, że jestem mu w związku z tym coś winna.
Popatrzyłam na to co napisałam i sama zaczęłam się zastanawiać czy to dobre powody do bycia razem.
1.Też pochodzę z rozbitej rodziny i właśnie myślałam podobnie wychowując trójkę dzieci......niestety gdy po 27 latach wystąpiłam o rozwód to dopiero dzieci uświadomiły mi,że takie utrzymywanie małżeństwa dla "niby ich dobra" było moim błędem. Teraz już wiem,że wyrządziłam im krzywdę,ale to jest niestety nie do naprawienia.Dzieci są doskonałymi "odbiorcami" stosunków między rodzicami ...a jak są "sztucznie" utrzymywane relacje w "niby pełnej rodzinie" to one to wyczuwają i nie chcąc rodzicom "robić przykrości" bardzo cierpią.
2.Generalnie mój mąż tez w sprawach codziennych a nie osobistych był ...hmmm...w sumie może nie fajny ,ale normalny(bez "fajerwerków")....
3.Przez tyle lat małżeństwa też miałam trudne chwile i on mi pomagał i odwrotnie......ale czy takie zachowanie ma byc powodem do wdzięczności i w związku z tym życie "obok siebie",bo za pomoc trzeba "zapłacić".....
Sama chyba zauważasz,że "z dnia na dzień" oddalasz się od męża,odkrywasz coraz więcej zachowań i spraw,które Was dzielą.......a za kolejne 10 lat życia w ten sposób prawdopodobnie znienawidzisz i jego i siebie.
Z tego co napisałaś to jest facet,który w żaden sposób nie da sie namówić na terapię....ale mimo wszystko spróbuj....może jednak...a jak uznasz,że to nie ma sensu to dla dobra dziecka zastanów się nad sensem trwania w tak sztucznym związku........
Dziękuję dor za Twoje uwagi. Muszę to wszystko jeszcze przemyśleć. Miotam się okrutnie. Zaczynać teraz rozmowę, kiedy za niedługo zaczynamy wspólne wakacje? Poczekać aż wrócimy? Miliony myśli i pytań krążą mi po głowie i tylko alkohol potrafi uciszyć ten szum w głowie. Wiem, że on nie rozwiąże moich problemów, ale pozwala mi przeżyć jakoś kolejny wieczór. Zwłaszcza teraz kiedy syna nie ma w domu. Uhhh
Wybrałaś NAJGORSZY sposób rozwiązywania problemów......to Ci nie pomoże......to złudna poprawa sytuacji....z czasem pogłębi rozterki i wtedy znajdziesz się "w martwym punkcie" .....
Ten "wolny czas" poświęć na wszystkie za i przeciw.Najlepiej weź kartkę,podziel ją na pół i wypisuj z jednej strony dobre momenty a z drugiej złe....to powinno Ci trochę pomóc w podjęciu decyzji.
Na wakacje możesz pojechać,bo skoro i tak od dłuższego czasu robisz wszystko z poświęcenia dla dziecka to również ten wyjazd tak potraktuj.
Będziesz miała czas na podjęcie decyzji ........spokojnie wszystko przemyśl.....pamiętaj : spokojna i uśmiechnięta mama jest dziecku potrzebna a nie "kłębek nerwów" i do tego szukający pomocy i ukojenia problemów w alkoholu.
Wierzę,że potrafisz to zrobić...dasz radę tylko zrób to wszystko przy pomocy rozsądku a nie alkoholu...
:):)
Wybrałaś NAJGORSZY sposób rozwiązywania problemów......to Ci nie pomoże......to złudna poprawa sytuacji....z czasem pogłębi rozterki i wtedy znajdziesz się "w martwym punkcie" .....
Ten "wolny czas" poświęć na wszystkie za i przeciw.Najlepiej weź kartkę,podziel ją na pół i wypisuj z jednej strony dobre momenty a z drugiej złe....to powinno Ci trochę pomóc w podjęciu decyzji.
Na wakacje możesz pojechać,bo skoro i tak od dłuższego czasu robisz wszystko z poświęcenia dla dziecka to również ten wyjazd tak potraktuj.
Będziesz miała czas na podjęcie decyzji ........spokojnie wszystko przemyśl.....pamiętaj : spokojna i uśmiechnięta mama jest dziecku potrzebna a nie "kłębek nerwów" i do tego szukający pomocy i ukojenia problemów w alkoholu.
Wierzę,że potrafisz to zrobić...dasz radę tylko zrób to wszystko przy pomocy rozsądku a nie alkoholu...:):)
Zgadzam się z dor57.
Nic Ci nie zostaje jak spróbować porozmawiać z mężem i daj sobie na to jakiś czas ale błagam Cię nie do osiemnastki dziecka, bo ja tak samo myślałam i "straciłam" 15 lat życia. Dziś jestem w trakcie rozwodu i nie żałuję, bo na nowo zaczynam żyć
Na początku było ciężko, nawet bardzo ale teraz jest co raz lepiej. Mnie było łatwiej podjąć decyzję, bo była zdrada a moje zasady nie pozwolały mi na bycie dalej z tym osobnikiem. Zastanów się czy warto marnować swoje życie. Pamiętaj, że dzieci dorastają i odchodzą z domu. Popatrz na dor57 ona jest dla mnie przykładem kobiety silnej i odważnej. Niewątpliwie wiele historii na tym portalu pomogło mi przetrwać najgorsze chwile ale również pokazało mi, że moja sytuacja nie jest jeszcze taka najgorsza i że właściwie dobrze się stało, że nie jestem już z jeszcze mężem (jm).
Zrób sobie skróconą analize SWOT jak radzi Ci dor57 i zastanów się co dla Ciebie jest ważne.
Pozdrawiam
Obiecałam sobie wczoraj, że nie wezmę alkoholu do ust. I tak też się stało :-) Pierwszy od dłuższego czasu trzeźwy wieczór.
Czytam po raz kolejny cały ten wątek i dochodzę do wniosku, że chyba wiem czemu się miotam. Zastanawiam się po prostu czy zwykłe lubienie człowieka, rodzaj braterskiej miłości może być podstawą do trwania naszego małżeństwa? I czy ja chcę tkwić w takim układzie? Myślę, że robienie analiz swojego związku mam już za sobą. Wiem jakie są jego silne strony, a gdzie mamy problemy. Najważniejsze w tej chwili wydaje mi się zebranie na odwagę i przeprowadzenie konkretnej rozmowy. Boję się jej jak diabli. Bo wiem jaką przykrość sprawi nam ta rozmowa. Bo jestem nieasertywną sierotą i mogę znów zgodzić się na rzeczy, których tak naprawdę nie chcę. Bo ta rozmowa na zawsze zamknie pewien rozdział i nie wiem czy następny będzie lepszy czy gorszy. Ale wiem - nie, jestem tego pewna - że bez tej rozmowy nic się nie zmieni. Nie ma wyjścia
Brawo!!!! owcake.....ten "pierwszy" wieczór to może byc początek czegoś nowego.....
Skoro masz przeanalizowany cały Wasz związek to powinnaś jednak wiedzieć co chcesz.Moja dobra rada....przez chwilę pomyśl tylko o sobie.....Czy dasz rade sama?......,bo to jest najwazniejsze...musisz uwierzyć w siebie bez tego bedziesz sie dalej motać i motać i pogłębiać w depresję a co gorsza zaczniesz to wszystko "topić" w alkoholu,którego nadmiar nigdy nikomu nie przyniósł nic dobrego w życiu.
Masz dziecko i o tym pomyśl ,bo to jest sens naszego życia.
Zastanawiam się cały czas,czy Ty 'gdzieś tam w głębi" nie podjęłaś już decyzji o odejściu tylko motasz sie i boisz prawdopodobnie tego co powie rodzina,znajomi i otoczenie......
Na początku nie będzie łatwo,ale z czasem towszystko ucichnie....i wtedy poczujesz wielką ulge......
Życie w takim zamęcie psychicznym nie wpłynie dobrze ani na Twoje zdrowie ani na zdrowie dziecka...Zatem?.....musisz działać.....
Lady_AL/F.....Dziękuje za docenienie mojej walki w "własne ja"...:):):)......jest zdecydowanie lżej jak spotyka sie kogoś kto potrafi powiedzieć "słowo" wsparcia a nie wyśmiewa mnie,że mi odwaliło na starość...:):):)
Pozdrawiam serdecznie.....
Dziękuję dor57. Naprawdę dziękuje :-)
owcake
Chwała ci za te 3 punkty, jak ważne w życiu człowieka, wdzięczność i postanowienie dotrzymania obietnicy danej samemu sobie.
dor57Pozwoliłem sobie Ciebie zacytować
.niestety gdy po 27 latach wystąpiłam o rozwód to dopiero dzieci uświadomiły mi,że takie utrzymywanie małżeństwa dla "niby ich dobra" było moim błędem. Teraz już wiem,że wyrządziłam im krzywdę,ale to jest niestety nie do naprawienia.
Nie wyrządziłaś krzywdy, chyba że była przemoc fizyczna czy psychiczna jak to mówią patologia
W przypadku autorki postu nie ma tam przemocy ni patologii, coś sie wypaliło, największą krzywdę wyrządzasz kiedy odchodzisz, rujnujesz wówczas poukładany świat dziecka, małe dzieci pojmują inaczej miłość nie da się wytłumaczyć dziecku że tatuś czy mamusia nie sypiają ze sobą bo coś tam .. że nie rozmawiają ze sobą bo coś tam ...
Dzieci widzą owszem odbierają wszystko i chłoną, ale dla nich jest najważniejsze że budząc się i kładąc spać widzą że rodzice są razem. mają świadomość że jak mama zrobi źle to polecę do taty że jak tata nakrzyczy to polecę do mamy. To jest cała istota i życie dziecka.
Po latach jak zrozumieją uczucia jakie żądzą światem będą w stanie Ci powiedzieć że źle zrobiłaś czy zrobiłeś że zostałeś ale nie w wieku 2-5-10 lat, nie można wymagać od nich tego. Tam gdzie nie ma patologii i przemocy dzieci kochają oboje rodziców, a odchodząc krzywdzimy Je właśnie najbardziej.
To moje zdanie, autorko postu , proponuję udać się do poradni małżeńskiej , specjalista może pomóc w zrozumieniu problemu i wskazać kierunek do jergo rozwiązania
Wczoraj poległam i znowu skończyłam z winem :-( A rano kac. Ten zwykły i moralny. Bo wiem, że nie powinnam tak robić. Ale odkąd syn jest u dziadków na wakacjach, dociera do mnie brutalna prawda jak niewiele nas już łączy. Właściwie nie mamy o czym ze sobą rozmawiać. Smutne. Mąż widzi, że coś się ze mną dzieje. Ślepy nie jest. Ale nawet nie próbuje ze mną rozmawiać. A ja cały czas czekam na odpowiednią chwilę. Muszę nabrać odwagi i przede wszystkim przestać czuć złość na niego. Inaczej ta rozmowa zakończy się trzaśnięciem drzwi. A ja chcę jeszcze próbować coś uratować.
Popadnięcie w alkoholizm jest najgorszą rzeczą,jaka mogłaby Cię spotkać-poczytaj o życiu alkoholika..Nie pij,bo to największa tragedia dla Ciebie i Twojego dziecka.Albo odejdź od męża albo zmuś się do rozmowy z nim.Wypunktuj mu,co musi zmienić,żeby z Tobą być.Nie masz wyjść oprócz tych dwóch.Jeśli się z Tobą nie zgodzi,nie masz wyjścia-czeka Cię rozwód,jeśli nie chcesz zmarnować siebie,a co za tym idzie-dziecka.Odwagi!!
Wczoraj poległam i znowu skończyłam z winem :-( A rano kac. Ten zwykły i moralny. Bo wiem, że nie powinnam tak robić. Ale odkąd syn jest u dziadków na wakacjach, dociera do mnie brutalna prawda jak niewiele nas już łączy. Właściwie nie mamy o czym ze sobą rozmawiać. Smutne. Mąż widzi, że coś się ze mną dzieje. Ślepy nie jest. Ale nawet nie próbuje ze mną rozmawiać. A ja cały czas czekam na odpowiednią chwilę. Muszę nabrać odwagi i przede wszystkim przestać czuć złość na niego. Inaczej ta rozmowa zakończy się trzaśnięciem drzwi. A ja chcę jeszcze próbować coś uratować.
Alkohol wspaniale znieczula, niestety tylko na chwilę. Musisz jakoś spróbować ograniczyć samą siebie - niech picie wina nie stanie się codziennością. Ja nie piję teraz prawie wogóle, co jest dla mnie szokiem, ale nie wiem czy nie zaczne. Przeczytałem jeszcze raz Twój pierwszy wpis, być może z większym zrozumieniem i... brzmi jak wegetacja. Długo tak nie pociągniesz, tym bardziej, że ze sobą nie rozmawiacie - jest to straszne - znam to uczucie bezsilności i traktowania jak powietrze. Musisz chyba zacząć powoli działać zanim osiągniesz punkt zwrotny, z którego nie będzie już powrotu.
hmm mi się wydaje, że Twój mąż to wszystko wie i widzi, co się dookoła dzieje. Jednak widocznie potrzebuje wielkiego kopa albo od Ciebie albo od życia by zabrać się za siebie. Nie rozumiem jak można się zaniedbać?? On wie doskonale, że nie jest atrakcyjny dla Ciebie, ale widocznie trzeba nim porządnie wstrząsnąć ! Mężczyźni nie wszyscy są twardzi i pewni siebie, niektórzy zapomnieli jak to jest, albo się im po prostu nie chce. Jest jak jest i tyle - też znam takich osobiście. Wydaje mi się też, że on bardzo przeżywa, dusi sam w sobie swoją niemoc sexualną, widać po zachowaniu, że potrzebuje zainteresowania i rozmowy. Pogrążacie się w tym oboje nie robiąc nic.
Sama walczyłam kiedyś ze swoją nadwagą i do tego trzeba mieć naprawdę mocną motywację - ja wieszałam swoje zdjęcie na lodówkę - pomagało jak diabli, nie mogłam na siebie patrzeć ...
Z nim jest podobnie, tylko pewnie nie ma siły zacząć walki ze sobą.
Myslę, że gdyby miał silną motywację do walki o swoja higienę, zmieniłby się dla Waszego uczucia i to bardzo szybko.
Popadł w jakiś marazm i jego problemy dla niego wydają się nierozwiązalne.
Spróbuj dowiedzieć się co się dzieje? Ewidentnie ma jakiś problem, czegoś się boi i nie chce o tym otwarcie mówić.
Powodzenia
Pozdrawiam
Kretka
Czesc owcake,
Moja sytuacja jest w 80% podobna, chociaz jeszcze nie na takim etapie. Wszystko jednak zmierza w tym samym kierunku. Opisane przez Ciebie problemy w moim przypadku wystepuja po obu stronach, ale to ja chce cos naprawic, umowilem sie na terapie, podejmuje kroki, a zona jest bierna i chyba probuje odciac sie od problemow.
Nie wiem co robic ...
hmm mi się wydaje, że Twój mąż to wszystko wie i widzi, co się dookoła dzieje. Jednak widocznie potrzebuje wielkiego kopa albo od Ciebie albo od życia by zabrać się za siebie.
To już będzie drugi, tak poważny kop ode mnie w okresie trwania naszego związku. Wtedy była rozmowa, jego wyprowadzka na tydzień (na moją prośbę) i dwa miesiące, kiedy widziałam, że naprawdę się stara. Potem wszystko wróciło do normy. To też moja wina, bo widząc, że przestaje się starać, powinnam go była jakoś mocniej zmotywować. A ja tego nie zrobiłam.
Myslę, że gdyby miał silną motywację do walki o swoja higienę, zmieniłby się dla Waszego uczucia i to bardzo szybko.
Popadł w jakiś marazm i jego problemy dla niego wydają się nierozwiązalne.
Spróbuj dowiedzieć się co się dzieje? Ewidentnie ma jakiś problem, czegoś się boi i nie chce o tym otwarcie mówić.
Nie raz zaczynałam już rozmowę na temat tego co go gnębi. Za każdym razem ucinał ją mówiąc, że nic się nie dzieje, tylko trochę się stresuje pracą (od zeszłego roku ma nową). W końcu znudziło mi się pytanie bo ileż razy można? Skoro nie chce powiedzieć, to ja tego siłą z niego nie wyciągnę. Zresztą doskonale wiem (po tamtym pamiętnym kryzysie), że w przypadku naprawdę poważnych problemów, woli je ukrywać przede mną. Prosiłam go wtedy żeby nigdy więcej tego nie robił, bo podkopuje moje zaufanie do niego. Ale najwyraźniej znowu mamy podobny problem
Czesc owcake,
Moja sytuacja jest w 80% podobna, chociaz jeszcze nie na takim etapie. Wszystko jednak zmierza w tym samym kierunku. Opisane przez Ciebie problemy w moim przypadku wystepuja po obu stronach, ale to ja chce cos naprawic, umowilem sie na terapie, podejmuje kroki, a zona jest bierna i chyba probuje odciac sie od problemow.
Nie wiem co robic ...
Wcale Ci się nie dziwię, bo sama mam z tym problem :-) Proponowałeś żonie terapię? Odmówiła?
Proponowałeś żonie terapię? Odmówiła?
Owszem, wspomnialem jakis czas temu jako propozycje, ale odpowiedziala wymownie "nooo ..." tak wiec narazie umowilem sie sam ale za jakis czas sprobuje ja wyciagnac.
Sytuacja jest o tyle trudniejsza, ze ona w obliczu problemow zamyka sie w sobie i ignoruje je udajac ze nie istnieja, nie wyciagna pomocnej dloni zeby zaradzic sprawom wspolnie.
Wielki Zły Wilku! Faktycznie sytuacja jest trudniejsza. Ale może da radę pójść z Tobą na terapię. Trzymam za to kciuki.
Wczorajszy wieczór bez grama alkoholu :-) Szykuje się do rozmowy w weekend. Zobaczymy jak to będzie.
owcake.....w dalszym ciągu trzymam za Ciebie kciuki i mam nadzieję,że ten weekend przyniesie Ci rozwiązanie tej ciężkiej sytuacji niezależnie od tego w jakim kierunku pójdzie Wasza rozmowa.
Tylko proszę.....staraj się tę rozmowę przeprowadzić bez żadnych "wspomagaczy" alkoholowych.Dasz radę, bo jesteś silną kobietą....musisz w to tylko uwierzyć a to nie jest takie trudne......
Pozdrawiam serdecznie....:):):)
Hej owco, pelna wiadomosc poszla na PW. Zycze powodzenia i odwagi na weekend, pamietaj ze tu chodzi o wasza przyszlosc wiec nie warto owijac w bawelne, na to juz za pozno. Ktos tam wczesniej mial racje ze moze twoj maz potrzebuje kopa, i niesety tym kopem moze byc wizja rozwodu. Zycie jest za krotkie zeby zostawiac niedopowiedziane rzeczy, zmarnowane szanse i wyrzuty sumienia. Dbaj o siebie i swoj zwiazek, i walcz dopoki jest o co i dopoki sa sprawy ktore zaleza od ciebie, nie przejmuj sie sprawami na ktore nie masz wplywu.
P.S. Ja coraz czesciej "okazyjnie" siegalem po szklaneczke w obliczu problemow, ale ostatnio stwierdzilem ze nie ma sensu,
bo zbyt krotka jest drago do alkoholizmu, a tego przeciez nikt nie chce. Wole udowodnic sobie ze mam na tyle sily umyslu jeszcze zeby jednak sobie z tym poradzic.
Pozdrowka, do napisania.
Wilku sprawdź pocztę :-)
Jestem już po rozmowie z mężem. Obiecał mi walkę o nasze małżeństwo. A ja? Czuję jakieś zwątpienie. Na początku była ulga, ze to z siebie wypuściłam, a teraz sama nie wiem co myśleć.
On sam tej walki nie wygra. Powinien Cię teraz na rękach nosić i obsypać kwiatami za to, że dałaś mu taką szansę.
A ja zaczynam czuć takie dziwne uczucie, jakby zwątpienie. Dlaczego tym razem ma być inaczej? Czym różni się ten raz od tamtego, dwa czy trzy lata wcześniej?
Pewnie niczym. Inaczej będzie tylko wtedy, gdy on zorientuje się co stracił i gdy będzie już za późno. A wtedy tylko od Ciebie będzie zależało co z tym zrobisz.
Piszesz tak jakby to tylko ode mnie zależało czy będziemy razem. Nie, fluffy - moja decyzja jest uzależniona od jego postępowania. Jak wszystko w życiu. Akcja-reakcja.
Przepraszam, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. Oczywiście, że wszystko zależy od działania obu stron, tu nie ma żadnego ALE. Wszystko będzie dobrze ![]()
Akcja-reakcja.
Zlota zasada. Ale jednak wydaje mi sie ze nie jest to zwatpienie, a jedynie zmeczenie niedotrzymanymi obietnicami.
Postawcie sobie cel na horyzonice, cos do czego bedziecie dazyc w ramach obietnicy. Cos co mozna bedzie ocenic
pod katem tego czy cos sie poprawilo. nie ukrywam zeby postawic sprtawy jasno w kwestii rozwodu.
Wiem ze kazdy ma dylemat co z dzieckiem, ale nie uwazam zeby to byl jedyny powod pozostawania w niezdrowym zwiazku.
Wiadomo ze czasami jedna ze stron moze czuc sie pewnie i wygodnie, wtedy starania znikaja i trzeba elektroszoku
zeby to znowu pobudzic ![]()
owcake napisał/a:Akcja-reakcja.
Zlota zasada. Ale jednak wydaje mi sie ze nie jest to zwatpienie, a jedynie zmeczenie niedotrzymanymi obietnicami.
Postawcie sobie cel na horyzonice, cos do czego bedziecie dazyc w ramach obietnicy. Cos co mozna bedzie ocenic
pod katem tego czy cos sie poprawilo. )
Wilku! Problem nie leży w tym czy cel - spadek wagi, higiena - zostanie osiągnięty. Myślę, że jeśli mu zależy -a mam wrażenie, że tak - to cel zostanie osiągnięty. Pytanie brzmi: czy po osiągnięciu celu JA będę potrafiła iść z nim do łóżka? Czy sprawy nie potoczyły się zbyt daleko i czy da się odbudować tą intymną więź? Powiedziałam mężowi wprost, że będę się starać, ale nie mogę mu tego obiecać.
Cześć OWCAKE, czy Ty jeszcze potrafisz patrzeć na niego jak na mężczyznę? Wiesz jedna rzecz to czuć pociąg do kogoś kogo się zna, ale poczuć powtóny pociąg, do kogoś, do okgo czuło się - obrzydzenie - bo jak inaczej nazwać opisaną przez Ciebie niechęć, do legnięcia z nim w jednym łóżku i figlach?
Cześć OWCAKE, czy Ty jeszcze potrafisz patrzeć na niego jak na mężczyznę? Wiesz jedna rzecz to czuć pociąg do kogoś kogo się zna, ale poczuć powtóny pociąg, do kogoś, do okgo czuło się - obrzydzenie - bo jak inaczej nazwać opisaną przez Ciebie niechęć, do legnięcia z nim w jednym łóżku i figlach?
No właśnie i tu tkwi sedno mojego problemu. Nie wiem czy można na nowo poczuć do kogoś pociąg. Myślę, że się dowiem za jakiś czas i być może wtedy odpowiem. Wiem jedno - poza sprawami łóżka mój mąż jest 100% facetem. Czy to wystarczy? Bóg raczy wiedzieć.
...czy da się odbudować tą intymną więź?
To sie okaze. Dopoki sa checi warto sprobowac zeby sie przekonac. Mysle ze to bylby wlasnie cel, a poprawa wygladu, higieny
etc. to tylko droga do celu.
Jezeli okaze sie ze utraciliscie to intymne polaczenie, to raczej dalsze wyjasnienia nie beda juz potrzebne i przyszlosc bedzie oczywista.
45 2012-07-23 12:02:06 Ostatnio edytowany przez Dunkis (2012-07-23 12:05:39)
Dunkis napisał/a:Cześć OWCAKE, czy Ty jeszcze potrafisz patrzeć na niego jak na mężczyznę? Wiesz jedna rzecz to czuć pociąg do kogoś kogo się zna, ale poczuć powtóny pociąg, do kogoś, do okgo czuło się - obrzydzenie - bo jak inaczej nazwać opisaną przez Ciebie niechęć, do legnięcia z nim w jednym łóżku i figlach?
No właśnie i tu tkwi sedno mojego problemu. Nie wiem czy można na nowo poczuć do kogoś pociąg. Myślę, że się dowiem za jakiś czas i być może wtedy odpowiem. Wiem jedno - poza sprawami łóżka mój mąż jest 100% facetem. Czy to wystarczy? Bóg raczy wiedzieć.
Poza łóżkiem 100% facet... kiedy zaczniejsz swoje 100% dalej obcinać , z kolejnych przymiotów, nadal pozostawiajac sobie 100%, zacznij zadawać sobie inne pytanie, bo nawjwyraźniej mechanizm usprawiedliwiania sytuacji, który sobie przyjełaś sprawdza się, tyle że sama się okłamujesz.. bo np,(zupełnie z kosmosu) gdy zacznie przychodzić co drugi dzień do domu, to napiszesz, że pomimo , że nie sypiacie, pomimo że przychodzi co drugi dzień, to w te dni, co jest obecny, to zupełnie 100% faceta.... ehhh. no to do sedna =pytanie, skoro on jest 100% mężczyzna, to Ty przynim czujesz się 100% kobieco? No tak jak sobie wmówisz że poza łóżkiem to tak, ale ... pewnie gdybyś czuła się na prawdę w 100%, tak jak udajesz gdy patrzysz na niego, to byś tu nie pisała.
Nadal upierwasz się przy 100%?
Ja Ci napiszę kiedy wychodzi mi owe 100%:
Dodatkowe 40 kilo + zaniedbanie higieny + niedogadzanie swojej kobiecie + kurza ślepota = 100% facet
Czy to wystarczy?
Dla wywolania usmiechu powiem ci tak: nigdy nie jest tak zle zeby nie moglo byc jeszcze gorzej, a jesli gorzej juz byc nie moze to moze byc tylko lepiej ![]()
Nie ma rzeczy niemozliwych, jezeli sie chce.
47 2012-07-23 12:18:56 Ostatnio edytowany przez Dunkis (2012-07-23 12:19:18)
owcake napisał/a:Czy to wystarczy?
Dla wywolania usmiechu powiem ci tak: nigdy nie jest tak zle zeby nie moglo byc jeszcze gorzej, a jesli gorzej juz byc nie moze to moze byc tylko lepiej
Nie ma rzeczy niemozliwych, jezeli sie chce.
poza tym, nigdy nie spotka CIę to NAJgorsze, bo nieszczęścia chodzą parami ![]()
48 2012-07-23 12:50:19 Ostatnio edytowany przez owcake (2012-07-23 13:01:09)
Ja Ci napiszę kiedy wychodzi mi owe 100%:
Dodatkowe 40 kilo + zaniedbanie higieny + niedogadzanie swojej kobiecie + kurza ślepota = 100% facet
No, dobra. Masz rację, że może 100% to nie. Ale przecież poza sferą fizyczną są też, nazwijmy to walory wewnętrzne. Poczucie bezpieczeństwa, zwykła sympatia, świadomość, że można na nim polegać. Ja po prostu staram się go jakoś wytłumaczyć, być może dla lepszego swojego samopoczucia, bo ja też czuję się winna w jakimś stopniu całej tej sytuacji.
to Ty przynim czujesz się 100% kobieco?
Powiem Ci, że nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Nie, nie czuję się 100% kobietą. Jeszcze do niedawna moja samoocena była gdzieś na poziomie ścierki do podłogi. Ale coś we mnie pękło. I się zmieniło. W ciągu ostatnich 4 miesięcy rzuciłam palenie, chodzę na siłownię, przefarbowałam się na blond, pojawiły się szpilki i spódniczki. Wszystko po to żeby zobaczyć czy w oczach innych mężczyzn jestem atrakcyjna. I co się okazało? Jestem fajną laską za którą oglądają się faceci. Czy mojego męża zmusiło to do zrobienia porządku z sobą? Nie. Czy nasza rozmowa zmusi go do podjęcia odpowiednich kroków? Taką mam nadzieję, bo inaczej wyląduję w łóżku innego faceta, a to już będzie oznaczać koniec naszego małżeństwa.
Kluczem do wyjasnienia obecnej sytuacji może właśnie jest użyte przez Ciebie. Tłumaczysz sobie ... wicąż sobie tłumaczysz, to tamto, do tego stopnia, że wciąz patrząc na tort którego ubywa, wmawiasz sobie, że masz go w 100%. Nawet teraz sobie tłumaczysz, mimo, że masz czarno na białym. po co tutaj napisałaś, jak nie po to by dostać pomoc. Tyle, że nawet jeśli ja otrzymasz, to możesz nie umieć jej zastosować, bo wciąz będziesz sobie wiele rzeczy tlumaczyć. A może tą pomoc, po którą tu sięgasz, właśnie jest tym uświadomieniem sobie - że był moment, kiedy przyjełaś strategię tłumaczenia sobie tego i owego, by przyjąc że tak można, że tak może być, że sobie z tym poradzisz, że to wacale nie jest takie na jakie wygląda, bo masz to i tamto. A nie przysżło Ci do głowy, że z tym co Ci przeszkadza i doprowadziło do obecnej sytuacji, należało walczyć wcześniej, by nie dopuścić do tego by czuć co obecnie czujesz - niechęci i braku wiary w przełamaniu się?
ZObacz - mąż, jak twierdzisz zrozumiał i podjął wyzwanie - obojętnie czy mu sprosta, czy nie, - co takiego zrobiłaś teraz by to osiągnąć, a nie byłaś w stanie wcześniej zrobić? nie sądzę byś cokolwiek takiego znalazła. Dla tego twierdze, że to co robisz teraz te 100%, to jasne postawienie sprawy - to zwlekanie - było spowodowane tym, że to Ty szłaś przez długi okres czasu na łatwiznę wciąż ... tłumacząć sobie.
nie wiem jakie z tego wnioski wyciągniesz, za to dla mnie Twoja sytuacja potwierdza jedno, co powtarzam, że w poważnych związkach trudne sytuacje, nie są wytworem działania wyłącznie jednej strony. Przyzwolenie, to też reakcja.
... wyląduję w łóżku innego faceta, a to już będzie oznaczać koniec naszego małżeństwa.
Nie polecam. Lepiej najpierw rozstac sie z czystym sumieniem a potem rozpoczac ladowanie jezeli jest taka potrzeba.
Tyle, że nawet jeśli ja otrzymasz, to możesz nie umieć jej zastosować, bo wciąz będziesz sobie wiele rzeczy tlumaczyć.
Otrzymałam tu jasny komunikat: nie mogę uciekać od problemu, muszę z mężem porozmawiać. To też właśnie uczyniłam
A nie przysżło Ci do głowy, że z tym co Ci przeszkadza i doprowadziło do obecnej sytuacji, należało walczyć wcześniej, by nie dopuścić do tego by czuć co obecnie czujesz - niechęci i braku wiary w przełamaniu się?
Tak, przyszło mi to głowy. I uważam to za swoją część winy
ZObacz - mąż, jak twierdzisz zrozumiał i podjął wyzwanie - obojętnie czy mu sprosta, czy nie, - co takiego zrobiłaś teraz by to osiągnąć, a nie byłaś w stanie wcześniej zrobić? nie sądzę byś cokolwiek takiego znalazła.
Porozmawiałam z nim szczerze. Wcześniej uciekałam przed tym, bo wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie miła ani dla niego ani dla mnie. Tak, biję się w piersi. Okazałam się tchórzem uciekając przed problemem
za to dla mnie Twoja sytuacja potwierdza jedno, co powtarzam, że w poważnych związkach trudne sytuacje, nie są wytworem działania wyłącznie jednej strony. Przyzwolenie, to też reakcja.
Absolutnie się z Tobą zgadzam. Jestem w takim samym stopniu winna jak mój mąż. Ale ja przynajmniej próbuję jeszcze powalczyć. Myślisz, że jestem na straconej pozycji? Że już nie warto?
Dunkis napisał/a:Ja Ci napiszę kiedy wychodzi mi owe 100%:
Dodatkowe 40 kilo + zaniedbanie higieny + niedogadzanie swojej kobiecie + kurza ślepota = 100% facetNo, dobra. Masz rację, że może 100% to nie. Ale przecież poza sferą fizyczną są też, nazwijmy to walory wewnętrzne. Poczucie bezpieczeństwa, zwykła sympatia, świadomość, że można na nim polegać. Ja po prostu staram się go jakoś wytłumaczyć, być może dla lepszego swojego samopoczucia, bo ja też czuję się winna w jakimś stopniu całej tej sytuacji.
Dunkis napisał/a:to Ty przynim czujesz się 100% kobieco?
Powiem Ci, że nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Nie, nie czuję się 100% kobietą. Jeszcze do niedawna moja samoocena była gdzieś na poziomie ścierki do podłogi. Ale coś we mnie pękło. I się zmieniło. W ciągu ostatnich 4 miesięcy rzuciłam palenie, chodzę na siłownię, przefarbowałam się na blond, pojawiły się szpilki i spódniczki. Wszystko po to żeby zobaczyć czy w oczach innych mężczyzn jestem atrakcyjna. I co się okazało? Jestem fajną laską za którą oglądają się faceci. Czy mojego męża zmusiło to do zrobienia porządku z sobą? Nie. Czy nasza rozmowa zmusi go do podjęcia odpowiednich kroków? Taką mam nadzieję, bo inaczej wyląduję w łóżku innego faceta, a to już będzie oznaczać koniec naszego małżeństwa.
Wiem, że nigdy tak nie patrzyłaś, wtedy nie pisałabyś o 100% mężczyźnie. Zawsze tak jest, że kobiety szukały poczucia kobiecości w oczach innych mężczyzn, spojrzenie swojego potrafi utrzymać osiągnięty poziom i zazwyczaj starcza, ale tylko wzrok obcego mężczyzny potrafi go podnieść. Ale tak szczerze powiedz, co spowodowało, że zaczęłaś nad soba pracować i szukać tego potwierdzenia ? co było takim zapalnikiem, co spowodowało, że to coś w Tobie pękło, napisz proszę? tylko, nie że z dnia na dzień, może jakiś inny jednak mężczyzna?
Dunkis napisał/a:Tyle, że nawet jeśli ja otrzymasz, to możesz nie umieć jej zastosować, bo wciąz będziesz sobie wiele rzeczy tlumaczyć.
Otrzymałam tu jasny komunikat: nie mogę uciekać od problemu, muszę z mężem porozmawiać. To też właśnie uczyniłam
Dunkis napisał/a:A nie przysżło Ci do głowy, że z tym co Ci przeszkadza i doprowadziło do obecnej sytuacji, należało walczyć wcześniej, by nie dopuścić do tego by czuć co obecnie czujesz - niechęci i braku wiary w przełamaniu się?
Tak, przyszło mi to głowy. I uważam to za swoją część winy
Dunkis napisał/a:ZObacz - mąż, jak twierdzisz zrozumiał i podjął wyzwanie - obojętnie czy mu sprosta, czy nie, - co takiego zrobiłaś teraz by to osiągnąć, a nie byłaś w stanie wcześniej zrobić? nie sądzę byś cokolwiek takiego znalazła.
Porozmawiałam z nim szczerze. Wcześniej uciekałam przed tym, bo wiedziałam, że ta rozmowa nie będzie miła ani dla niego ani dla mnie. Tak, biję się w piersi. Okazałam się tchórzem uciekając przed problemem
Dunkis napisał/a:za to dla mnie Twoja sytuacja potwierdza jedno, co powtarzam, że w poważnych związkach trudne sytuacje, nie są wytworem działania wyłącznie jednej strony. Przyzwolenie, to też reakcja.
Absolutnie się z Tobą zgadzam. Jestem w takim samym stopniu winna jak mój mąż. Ale ja przynajmniej próbuję jeszcze powalczyć. Myślisz, że jestem na straconej pozycji? Że już nie warto?
ad 1 cytaty:
- to dobrze, (pracując dalej nad tym zapytam) a jak Ty sobie na codzień radzisz z problemami, czym ten problem wymagający rozmowy, rózni się o innych? Gdy będziesz miała problemy z czymkolwiek innym , będziesz szukała odpowieniego forum i czekała na to by ktoś Ci powiedział - o tym trzeba porozmawiać? Nie jestem złośliwy -chce byś się natomiast zastanowiła, nad powodem, który w sobie nosiłaś, a sprawiał, że wcześniej nie rozmawiałas z mężem, w sposób, który sprawiłby, że on zrozumial, że macie problem... bo wiesz samo gadanie to puste gadanie.
ad 2 cytaty:
- cieszę się, bo to oznacza, że prawdopodobnie zyskałaś odrobinę więcej czasu, który wciąz ma Twój związek
ad 3 cytaty:
- człowiek uczy się na własnych błędach, oby nie za często i nie za późno było, gdy to zrozumie
ad 4 cytaty:
- nie tak dratycznie, nie przesadzałbym z tym, że w takim samym stopniu, Twoja wina polega zupełnie na czymś innym, niż jego, a to trudno porównywać - za to jesteście winni obydwoje tej sytuacji, a to spora różnica.
Pytasz czy jesteś na straconej pozycji. Mam nadzieję, że zastanowiłaś się nad tym, bo brzmi to jak pytanie - czy warto próbować, a skoro one się pojawiło na końcu to ... wiesz pewnie się mylę, ale mam wrażenie, że Twoja zmiana zachowanie jest spowodowna tym, że ktoś zwrócił na Ciebie uwagę mogła być to nawet przygoda, po której powiedziałaś sobie, że za wcześnie by pogrzebać związek, a teraz im więcej Ty pracujesz i mniej widzisz efektu po stronie męza, szukasz usprawiedliwienia by zrezygnować z pracy nad małżeństwem. Widzisz mogłaś napisać o tym w innym dziale, ale wybrałaś dział o nazwie rozstanie, ZDRADA, FLIRT, rozwód - dość tendencyjny, nieprawdaż. Obawiam się że jeżeli Ty juz starciłas nadzieję..obym się mylił, bo uważam, że szansa jest zawsze - wazne jest co innego, czy jest w Tobie miłość do męża. Konsekwencji nie muszę tłumaczyć, prawda?
Wiem, że nigdy tak nie patrzyłaś, wtedy nie pisałabyś o 100% mężczyźnie. Zawsze tak jest, że kobiety szukały poczucia kobiecości w oczach innych mężczyzn, spojrzenie swojego potrafi utrzymać osiągnięty poziom i zazwyczaj starcza, ale tylko wzrok obcego mężczyzny potrafi go podnieść. Ale tak szczerze powiedz, co spowodowało, że zaczęłaś nad soba pracować i szukać tego potwierdzenia ? co było takim zapalnikiem, co spowodowało, że to coś w Tobie pękło, napisz proszę? tylko, nie że z dnia na dzień, może jakiś inny jednak mężczyzna?
Rozczaruje Cię moja odpowiedź. Na początku tego roku dopadło mnie coś co u mężczyzn nazywa się kryzysem wieku średniego. Zaczęłam zadawać sobie pytania: czy jestem szczęśliwa? Czy moje życie już zawsze będzie wyglądać tak jak teraz? Czy czeka mnie jeszcze coś emocjonującego? Coś co wykraczałoby poza codzienną rutynę? Nie pytaj mnie skąd wzięły się w mojej głowie takie pytania. Nie miały one związku z żadnym nowym mężczyzną w moim życiu. Po prostu któregoś dnia jakby spadły mi klapki z oczu i nagle przejrzałam się w lustrze. Ujrzałam zaniedbaną, zmęczoną kobietę. I przeraził mnie ten widok. I stwierdziłam, że nie chcę takiego życia. Więc zaczęłam wdrażać nowe zasady. Pomyślałam o sobie jako kobiecie - więc zadbałam o wygląd, ale pomyślałam też o swojej pasji, którą zawsze chciałam zrealizować. Od października zaczynam studia i być może, jak wszystko dobrze pójdzie, to wieku prawie 40 lat będę się przebranżowiać. Ciepłą posadkę zamienię na cięższą i gorzej płatną pracę, ale wiem że będzie mi dawać więcej satysfakcji niż obecna.
Myślałam, że kiedy mąż zobaczy te zmiany u mnie, że być może natchnę go do pracy nad sobą. Nie raz go do tego zachęcałam. Ale bezskutecznie. Nie wpadłam po prostu na najprostsze rozwiązanie. Rozmowę.
Dunkis napisał/a:Wiem, że nigdy tak nie patrzyłaś, wtedy nie pisałabyś o 100% mężczyźnie. Zawsze tak jest, że kobiety szukały poczucia kobiecości w oczach innych mężczyzn, spojrzenie swojego potrafi utrzymać osiągnięty poziom i zazwyczaj starcza, ale tylko wzrok obcego mężczyzny potrafi go podnieść. Ale tak szczerze powiedz, co spowodowało, że zaczęłaś nad soba pracować i szukać tego potwierdzenia ? co było takim zapalnikiem, co spowodowało, że to coś w Tobie pękło, napisz proszę? tylko, nie że z dnia na dzień, może jakiś inny jednak mężczyzna?
Rozczaruje Cię moja odpowiedź. Na początku tego roku dopadło mnie coś co u mężczyzn nazywa się kryzysem wieku średniego. Zaczęłam zadawać sobie pytania: czy jestem szczęśliwa? Czy moje życie już zawsze będzie wyglądać tak jak teraz? Czy czeka mnie jeszcze coś emocjonującego? Coś co wykraczałoby poza codzienną rutynę? Nie pytaj mnie skąd wzięły się w mojej głowie takie pytania. Nie miały one związku z żadnym nowym mężczyzną w moim życiu. Po prostu któregoś dnia jakby spadły mi klapki z oczu i nagle przejrzałam się w lustrze. Ujrzałam zaniedbaną, zmęczoną kobietę. I przeraził mnie ten widok. I stwierdziłam, że nie chcę takiego życia. Więc zaczęłam wdrażać nowe zasady. Pomyślałam o sobie jako kobiecie - więc zadbałam o wygląd, ale pomyślałam też o swojej pasji, którą zawsze chciałam zrealizować. Od października zaczynam studia i być może, jak wszystko dobrze pójdzie, to wieku prawie 40 lat będę się przebranżowiać. Ciepłą posadkę zamienię na cięższą i gorzej płatną pracę, ale wiem że będzie mi dawać więcej satysfakcji niż obecna.
Myślałam, że kiedy mąż zobaczy te zmiany u mnie, że być może natchnę go do pracy nad sobą. Nie raz go do tego zachęcałam. Ale bezskutecznie. Nie wpadłam po prostu na najprostsze rozwiązanie. Rozmowę.
jeśli jest jak piszesz, to sporo pracy prez Tobą.
- to dobrze, (pracując dalej nad tym zapytam) a jak Ty sobie na codzień radzisz z problemami, czym ten problem wymagający rozmowy, rózni się o innych? Gdy będziesz miała problemy z czymkolwiek innym , będziesz szukała odpowieniego forum i czekała na to by ktoś Ci powiedział - o tym trzeba porozmawiać? Nie jestem złośliwy -chce byś się natomiast zastanowiła, nad powodem, który w sobie nosiłaś, a sprawiał, że wcześniej nie rozmawiałas z mężem, w sposób, który sprawiłby, że on zrozumial, że macie problem... bo wiesz samo gadanie to puste gadanie.
Na codzień radzę sobie nieźle z problemami. Artykułuję wyraźnie co mi nie leży. Schody zaczynają się, kiedy muszę przekazać komuś coś przykrego na temat wrażliwych sfer. Kiedy wiem, że mogę urazić czyją dumę. A problem wagi i higieny był dla mnie takim drażliwym tematem. To nie jest tak, że nie poruszałam tego tematu w ogóle. Próbowałam robić delikatne wrzutki, że coś trzeba z tym zrobić. Ale nigdy nie odważyłam się wprost powiedzieć, jak bardzo mi to przeszkadza
Pytasz czy jesteś na straconej pozycji. Mam nadzieję, że zastanowiłaś się nad tym, bo brzmi to jak pytanie - czy warto próbować, a skoro one się pojawiło na końcu to ... wiesz pewnie się mylę, ale mam wrażenie, że Twoja zmiana zachowanie jest spowodowna tym, że ktoś zwrócił na Ciebie uwagę mogła być to nawet przygoda, po której powiedziałaś sobie, że za wcześnie by pogrzebać związek, a teraz im więcej Ty pracujesz i mniej widzisz efektu po stronie męza, szukasz usprawiedliwienia by zrezygnować z pracy nad małżeństwem.
Zapytałam po prostu o Twoje zdanie. Ja wiem, że warto jeszcze raz przynajmniej spróbować.Nie sądzisz, że gdybym chciała odejść od męża, to po prostu bym to zrobiła, nie pytając się obcych ludzi o zdanie. Myślisz, że gdyby odpowiedział mi tu chórek, że mam odejść od męża, to ja bym zaraz rzuciła się w objęcia innego lub poleciała z papierami rozwodowymi? Napiszę jeszcze raz. Żadnej przygody nie było. Oczywiście odkąd zaczęłam bardziej dbać o siebie zaczęły się pojawiać jakieś propozycje. Są one przyjemne dla mojego ego. I tyle. Na tym koniec, bo mam swoje durne zasady.
Widzisz mogłaś napisać o tym w innym dziale, ale wybrałaś dział o nazwie rozstanie, ZDRADA, FLIRT, rozwód - dość tendencyjny, nieprawdaż. Obawiam się że jeżeli Ty juz starciłas nadzieję..obym się mylił, bo uważam, że szansa jest zawsze - wazne jest co innego, czy jest w Tobie miłość do męża. Konsekwencji nie muszę tłumaczyć, prawda?
Umieściłam ten wątek tutaj bo:
1. Rozważałam rozstanie
2. Rozważałam skok w bok
3. Rozważałam, że mąż zrobił skok w bok
4. Bo najbardziej wg mnie tu pasował
Wahałam się nad działem seks, ale stwierdziłam, że lepiej jednak tu pasuje.
Piszesz w czasie przeszłym o tym, co rozważałaś. Za to nic o wnioskach.
Zabawy w niedopowiedzenia lub przemilczanie nie bawią mnie, a czuję, że tak właśnie jest i nie mam na myśli męża, ale o odpowiedzi jakich tu udzielasz. Może mam małą wyobraźnię, jednak trudno mi sobie wyobrazić kobiety rozważającej skok w bok, nie mającej konkretnego punktu zahaczenia ? kandydata. Stąd uważam, że nie widmo przekwitania, a chęć przeżycia czegoś ekscytującego jest głównym motorem a jest to związane z tym, że pozwoliłaś się komuś do siebie zbliżyć i to spowodowało zmianę Twojego spojrzenia i nastawienia na małżeństwo. Zresztą kolejność nie ma znaczenia, bo było pewnie jedno i drugie. Reszta, podobnie jak owe 100% mąż, tłumaczenie potrzeb, pomijając istotne czynniki dla zachowania 100%. Twoje zasady ? durne, na obecną chwilę przed czymś Cię powstrzymują ? stąd durne dla Ciebie, ale czujesz coraz większą presję i jesteś bliżej skoku w bok niż ratowania małżeństwa..
Rozważanie czy mąż zrobił skok w bok ? to strata czasu ?poszukiwanie usprawiedliwienia dla swojego zachowania i swoich myśli. Rozważanie czy ktoś coś zrobił, do niczego Cię nie doprowadzi. Ty o tym wiesz, masz swoje lata. Jedynie rozważanie z pkt. 1 i 2 są zasadne, ale prowadzą do jednego ? skok przed rozstaniem czy, skok po rozstaniu.
Widzisz zabrakło mi rozważań, na temat jak popracować nad małżeństwem, jak wspólnie usiąść, jak wspólnie to zrobić, jak się w tym wspierać, co zrobić by było dobrze? a Ty w tytule pytasz ? czy to się jeszcze da zrobić, a temat ciągniesz wciąż na tę nutę. Żalisz się, a nie szukasz sposobu na to jak to zrobić, albo co robić, by do rozpadu nie dopuścić. Owszem porozmawiałaś z mężem, ale w zasadzie mam wrażenie, ze z tym zostawiłaś go samego, tak jak związek czy on da rade, czy nie ? no cóż to jego sprawa?. Zatem może w końcu dowiemy się prawdy? Widzisz pisałem z kobietami na temat tego, czego im brakuje w życiu, włącznie z tym, jak bardzo sferę intymną mają zaniedbaną i jak trudno z tym, żyć, ale żadna z nich nie rozważała skoku w bok, bo kochały. Dla tego pytam się po raz kolejny, kochasz męża, czy masz kogoś, z kim zastanawiasz się czy nie pójść na całość?
No właśnie..Odniosłam wrażenie,że Ty już wiesz,co chcesz zrobić,czy zrobisz,ale jeszcze się wahasz,bo masz wyrzuty sumienia.Żadne zmiany w mężu nie zmienią Twojego nastawienia,bo Ty go po prostu nie kochasz.Zanim go zdradzisz,odejdź od niego,tak uczciwie..
Może mam małą wyobraźnię, jednak trudno mi sobie wyobrazić kobiety rozważającej skok w bok, nie mającej konkretnego punktu zahaczenia ? kandydata.
A potrafisz sobie wyobrazić kobietę pozbawioną seksu przez ok półtorej roku? Taką co już zaczyna z braku seksu chodzić po ścianach? To teraz wyobraź sobie, że ta kobieta ubzdurała sobie, że być może czysta mechanika załatwi sprawę. Wziąć pierwszego lepszego, puścić się z nim i być może przestanie chodzić po ścianach? Żaden tam kochanek na stałe. Po prostu jednorazowy numer. Potrafisz uwierzyć, że kobiety potrafią tak pomyśleć? Jeśli nie, to właśnie znalazłeś eksponat do muzeum dziwów.
Twoje zasady ? durne, na obecną chwilę przed czymś Cię powstrzymują ? stąd durne dla Ciebie, ale czujesz coraz większą presję i jesteś bliżej skoku w bok niż ratowania małżeństwa..
Tak, durne. Bo gdyby nie one, być może nie męczyłoby mnie tak strasznie bezseksie. Inna sprawa, że być może po wszystkim poczułabym się jak puszczalska szmata i z podkulonym ogonem powróciłabym do obecnego układu, ciesząc się, że jest jaki jest, byleby był.
Rozważanie czy mąż zrobił skok w bok ? to strata czasu ?poszukiwanie usprawiedliwienia dla swojego zachowania i swoich myśli.
A to dlaczego? Otyli faceci nie zdradzają? Skoro mój facet nie odczuwa potrzeby seksu ze mną przed tak długi czas to jaka jest pierwsza myśl? Pewnie kogoś ma.
Widzisz zabrakło mi rozważań, na temat jak popracować nad małżeństwem, jak wspólnie usiąść, jak wspólnie to zrobić, jak się w tym wspierać, co zrobić by było dobrze?
Jakbyś siadał już któryś raz do takiej rozmowy wiedząc, że poprzednie razy nie dawały efektów to też mógłbyś poczuć zwątpienie.
a Ty w tytule pytasz ? czy to się jeszcze da zrobić, a temat ciągniesz wciąż na tę nutę.
Tytuł nie jest mój. Został nadany przez moderatora, co przyznam szczerze mnie mocno zaskoczyło, bo wg mnie nijak się ma do rzeczywistości
Żalisz się, a nie szukasz sposobu na to jak to zrobić, albo co robić, by do rozpadu nie dopuścić. Owszem porozmawiałaś z mężem, ale w zasadzie mam wrażenie, ze z tym zostawiłaś go samego, tak jak związek czy on da rade, czy nie ? no cóż to jego sprawa?.
A przepraszam jak Ty sobie to wyobrażasz? To ja mam za niego schudnąć? To ja może go mam myć, żeby był czysty? Wiem, że powinnam była wcześniej rozpocząć rozmowę na te tematy. Przyznaję się do błędu.
Nie mam nikogo do roli romantycznego kochanka. Nie planowałam motyli w brzuchu tylko zwykłą prozaiczną rąbankę, żeby upuścić pary. Czy tak bym potrafiła? Nie wiem. Skąd mam to wiedzieć skoro nigdy nie byłam w takiej sytuacji? Czy kocham męża? Są dni kiedy jestem tego pewna, ale są dni kiedy wydaje mi się, że mylę przywiązanie z miłością.
Dunkis, proszę nie wmawiaj mi dziecka w brzuch dobrze? To, że moja sytuacja nie pasuje do Twoich wcześniejszych rozmów z innymi kobietami? Co ja mogę na to poradzić? Sama mam mętlik w głowie i jedyne co wiem na pewno to to, że chciałabym, móc o sobie powiedzieć, że jestem szczęśliwa. A na razie mam z tym problem.
Dunkis napisał/a:Może mam małą wyobraźnię, jednak trudno mi sobie wyobrazić kobiety rozważającej skok w bok, nie mającej konkretnego punktu zahaczenia ? kandydata.
A potrafisz sobie wyobrazić kobietę pozbawioną seksu przez ok półtorej roku? Taką co już zaczyna z braku seksu chodzić po ścianach? To teraz wyobraź sobie, że ta kobieta ubzdurała sobie, że być może czysta mechanika załatwi sprawę. Wziąć pierwszego lepszego, puścić się z nim i być może przestanie chodzić po ścianach? Żaden tam kochanek na stałe. Po prostu jednorazowy numer. Potrafisz uwierzyć, że kobiety potrafią tak pomyśleć? Jeśli nie, to właśnie znalazłeś eksponat do muzeum dziwów.
Dunkis napisał/a:Twoje zasady ? durne, na obecną chwilę przed czymś Cię powstrzymują ? stąd durne dla Ciebie, ale czujesz coraz większą presję i jesteś bliżej skoku w bok niż ratowania małżeństwa..
Tak, durne. Bo gdyby nie one, być może nie męczyłoby mnie tak strasznie bezseksie. Inna sprawa, że być może po wszystkim poczułabym się jak puszczalska szmata i z podkulonym ogonem powróciłabym do obecnego układu, ciesząc się, że jest jaki jest, byleby był.
Dunkis napisał/a:Rozważanie czy mąż zrobił skok w bok ? to strata czasu ?poszukiwanie usprawiedliwienia dla swojego zachowania i swoich myśli.
A to dlaczego? Otyli faceci nie zdradzają? Skoro mój facet nie odczuwa potrzeby seksu ze mną przed tak długi czas to jaka jest pierwsza myśl? Pewnie kogoś ma.
Dunkis napisał/a:Widzisz zabrakło mi rozważań, na temat jak popracować nad małżeństwem, jak wspólnie usiąść, jak wspólnie to zrobić, jak się w tym wspierać, co zrobić by było dobrze?
Jakbyś siadał już któryś raz do takiej rozmowy wiedząc, że poprzednie razy nie dawały efektów to też mógłbyś poczuć zwątpienie.
Dunkis napisał/a:a Ty w tytule pytasz ? czy to się jeszcze da zrobić, a temat ciągniesz wciąż na tę nutę.
Tytuł nie jest mój. Został nadany przez moderatora, co przyznam szczerze mnie mocno zaskoczyło, bo wg mnie nijak się ma do rzeczywistości
Dunkis napisał/a:Żalisz się, a nie szukasz sposobu na to jak to zrobić, albo co robić, by do rozpadu nie dopuścić. Owszem porozmawiałaś z mężem, ale w zasadzie mam wrażenie, ze z tym zostawiłaś go samego, tak jak związek czy on da rade, czy nie ? no cóż to jego sprawa?.
A przepraszam jak Ty sobie to wyobrażasz? To ja mam za niego schudnąć? To ja może go mam myć, żeby był czysty? Wiem, że powinnam była wcześniej rozpocząć rozmowę na te tematy. Przyznaję się do błędu.
Nie mam nikogo do roli romantycznego kochanka. Nie planowałam motyli w brzuchu tylko zwykłą prozaiczną rąbankę, żeby upuścić pary. Czy tak bym potrafiła? Nie wiem. Skąd mam to wiedzieć skoro nigdy nie byłam w takiej sytuacji? Czy kocham męża? Są dni kiedy jestem tego pewna, ale są dni kiedy wydaje mi się, że mylę przywiązanie z miłością.Dunkis, proszę nie wmawiaj mi dziecka w brzuch dobrze? To, że moja sytuacja nie pasuje do Twoich wcześniejszych rozmów z innymi kobietami? Co ja mogę na to poradzić? Sama mam mętlik w głowie i jedyne co wiem na pewno to to, że chciałabym, móc o sobie powiedzieć, że jestem szczęśliwa. A na razie mam z tym problem.
Wiem , że są takie kobiety, a zasad nie masz wcale durnych. Rozmowy to trudna sprawa - ale to jeden ze sposobów rozwiązywania problemów.
Cześć widze że nie jestem sama bo mam podobna sytuację jak u Ciebie.Jestem 5 lat po ślubie i z tego 3 a moze 4 lata już nie sypiam z męzem.I z tych samych powodow i nie wiem tez co mam zrobic...ale ja uwielbiam sex i niestety zdradziłam i to nie raz.Nie mogłam wytrzymac bo przecież ile mozna.Wszystko byloby ok jakby nie top ze juz calkowicie on mnie do siebie zraził pod każdym względem.Nawet zastanawiam sie czy go nie zostawic.
.Nawet zastanawiam sie czy go nie zostawic.
TO JEST BOSKIE;)
dziekuję, że rozbawiłaś mnie przed wweekendem... zdradziłąś wiele razy, nie mogłaś wytrzymać (jejciu...) i nawet, nawet.. sie zastanawiasz...
Cześć widze że nie jestem sama bo mam podobna sytuację jak u Ciebie.Jestem 5 lat po ślubie i z tego 3 a moze 4 lata już nie sypiam z męzem.I z tych samych powodow i nie wiem tez co mam zrobic...ale ja uwielbiam sex i niestety zdradziłam i to nie raz.Nie mogłam wytrzymac bo przecież ile mozna.Wszystko byloby ok jakby nie top ze juz calkowicie on mnie do siebie zraził pod każdym względem.Nawet zastanawiam sie czy go nie zostawic.
raczej zastanów się dla czego jeszcze tego nie zrobiłaś
synus711 napisał/a:.Nawet zastanawiam sie czy go nie zostawic.
TO JEST BOSKIE;)
dziekuję, że rozbawiłaś mnie przed wweekendem... zdradziłąś wiele razy, nie mogłaś wytrzymać (jejciu...) i nawet, nawet.. sie zastanawiasz...
bo ona jest albo masochistką, albo matką Teresą i ... nie to drugie nie pasuje, bo matka Teresa przypuszczalnie nie zdradzała .. nie zdecydowanie - nie miała męża, więc za każdym razem to byla co najwyżej przygoda
End_aluzja napisał/a:synus711 napisał/a:.Nawet zastanawiam sie czy go nie zostawic.
TO JEST BOSKIE;)
dziekuję, że rozbawiłaś mnie przed wweekendem... zdradziłąś wiele razy, nie mogłaś wytrzymać (jejciu...) i nawet, nawet.. sie zastanawiasz...bo ona jest albo masochistką, albo matką Teresą i ... nie to drugie nie pasuje, bo matka Teresa przypuszczalnie nie zdradzała .. nie zdecydowanie - nie miała męża, więc za każdym razem to byla co najwyżej przygoda
dunkis - ona się, rozumiesz.. zastanawia
taka mysl przeszła jej NAWET.. przez głowę
no bo wiesz - w tej sytuacji to jakaś taka odległa opcja do rozważenia.. lepiej się suczyć..