Muszę przyznać, że czytam historie z tego działu ze wzruszeniem. Uważam że to wspaniały pomysł, móc tak otworzyć się przed wyrozumiałymi ludźmi. Mam nadzieję, że i mnie przyniesie to pewną pociechę.
Moja historia jest o tyle "moja", że pewnie nie będziecie współczuły mnie, ale mojemu byłemu chłopakowi. Nie zdziwię się...
Wszystko zaczęło się trzy lata temu, kiedy przez przypadek pomyliłam numer. Wzięłam go za kogoś innego po prostu. Sprawa się wyjaśniła i zostaliśmy znajomymi. Ponieważ mieszkał w Niemczech nie mieliśmy szansy się spotkać, ale codzienne długie rozmowy nam to rekompensowały. Nie zliczę ile razy zasypiałam z jego głosem w słuchawkach od skype'a, albo budziłam się w nocy słusząc jego oddech. To był taki dziwny rodzaj intymności ktorego nie znałam
Nadeszły moje 18 urodziny i zgodnie z ustaleniami On jawił się na nich. Teraz myślę, że to był taki nalepszy prezent urodzinowy. Nasze uczucia nie zgasły, a wręcz przeciwnie.
Kolejne dwa lata cięzkiego związku na ogległośc, osładzanego jak najczęstszymi wizytami (a i tak nie częściej niż raz na miesiąc, dwa, tych kilka dni), potwierdzonego wizytami u rodziców, babć, rodzinnymi uroczystościami. W końcu ja wyjechałam na studia.
Ponieważ nie miałam tyle czasu co dawniej, ciężko było nam rozmawiać codziennie, po dwie, trzy godziny jak kiedyś. On oskarżał mnie, że nie mam dla niego czasu, ja chciałam jednocześnie utrzymać sie na uczelni i utrzymać ten związek, moją pierwszą wielką miłość.
Był bardzo zazdrosny, nawet o kotka którego przygarnęłam - usłyszałam, że teraz nawet kot liczy się bardziej. To była nieprawda, ale ja też byłam zmęczona oskarżeniami i rozłąką. On miał się przenieść do Polski jak tylko spłaci kredyt za samochód. Nie byl to jednak dobry pomysł, bo rzucił najpierw jedne studia, potem drugie, kurs, a odkładane pieniądze wydał na sprzęt do robienia muzyki.
Mimo to ciągle wierzyłam że się uda, miałam w pamięci ostatnie dwa lata które mimo wszystko były najlepsze dotychczas w moim życiu.
Wtedy poznałam kogoś innego. Starszego, dobrze sytuowaego mężczyznę. Byliśmy po prostu przyjaciółmi. Ja radziłam mu jak postępować z oziębłą żoną uzależnioną od tv, on pozwalał mi się wypłakiwać na koleje losu. I pewnego dnia to się po prostu stało - nie, nie poszliśmy do łóżka. Po prostu zasneliśmy oglądając film. Obudziłam się otulona kocem i poczułam się najbezpieczniejsza na świecie. Jak jeszcze w ramionach nikogo - to poczucie bezpieceństwa po prostu mnie zaszokowało.
Wiedzieliśmy co czujemy ale nie padło ani słowo.
On wyszedł.
Mimo przerw w spotkaniach wkrótce stało się jasne, że tak dłużej być nie może, że wzdychamy do siebie pod "nosami" naszych partnerów. On wyprwadził się od żony, a ja postanowiłam rozstać się z moim chłopakiem.
Nie będę niczego upiększać - powiedziałam mu, że potrzebujemy przerwy. Płakał. Powiedziałam, że się nie rozumiemy, że robię wszystko a on wydaje zaoszczędzone pieniądze - wył i błagał. Było mi tak potwornie cięzko jak jeszcze nigdy. Nawet moja mama dzwoniła do mnie z płaczem co ja najlepszego wyprawiam z tym dobrym chłopakiem.
Mimo to udało się wszystko zakończyć. Jednak nigdy nie zapomnę jego strasznego głosu który powtarzał: "ale ja cię kocham, ale ja cię kocham...."
Przysięgam, że gdybym teraz miała to zrobić jeszcze raz zrobiłabym to jakoś inaczej nie wiem...żeby mniej cierpiał... Teraz kiedy to pisze po prostu ryczę, że mogłam kogoś tak zranić.
To dla mnie do tej pory jest straszne i czasem budze się w nocy i myślę, co najlepszego mu zrobiłam
Wiem, że jest to głupie - żałować człowieka którego się skrzywdziło.
Teraz wiem, że ma nową, sympatyczną dziewczynę z Polski. Bardzo mi to pomaga.
JA jestem z tym, dla którego to zrobiłam i nie żałowałam swojej decyzji ani razu.
Mimo wszystko, gdybym mogła zrobić to jeszcze raz, chciałabym to zrobić inaczej, delikatniej... o ile się da...
A teraz wybaczcie, idę wysmarkać nos i zapalić, bo troszę mnie to rozbiło. chyba wolałabym, żeby to mnie tak ktoś potraktowal niż cały czas rozpamiętywać, jak mogłam tak zrobić, i mimo że nie żałuję, to zawsze będzie mi ciążyć.