Tak jak w temacie... Kiedy to już rutyna? Jakie są oznaki? Jak z tym walczyć...? Dlaczego tak sie dzieje...
Dlaczego uczucie "miłości" znika... i pozostaje chęc ucieczki...?
Wracając do tematu... Nie wiem co jest nie tak... nie rozumiem tego... Moje serce mówi mi że kocha? Przynajmniej tak mi sie wydaje... A z kolei umysł walczy, podpowiada, mówi nie warto, samej będzie ci lepiej... Po co ci On??
Nie potrafie odejść, bo nie moge powiedzieć JUŻ CIE NIE KOCHAM, Bo nie wiem! Chociaż któś kiedyś powiedział że skoro nie wiem czy kocham to znaczy że nie kocham... Jego pocałunki są dla mnie karą, pieszczoty... Nie chce
W ogóle mógłby mnie nie dotykać... Wystarczyłoby mi żeby był i żebym mogła sie w niego wtulić, i w ciszy tak leżeć... Nie chce żadnych innych kontaktów fizycznych ... To wszystko zaczeło się od naszych zaręczyn... zaczeliśmy sie kłucić... naprawde mocno... On albo naprawde nie zdaje sobie sprawy z tego że to nie jest przejściowe... nie wiem... Drażni mnie każdy jego czyn...
Z kolei chciałabym zawsze z nim chodzić, Nie moge być daleko od niego gdy jest blisko ... Dzisiaj miałam sen ... Śniło mi się że pracował na wysokościach ... I że do niego przyszłam... i razem wspinaliśmy się po tym wyciągu w góre... cały czas zabezpieczalismy sie jakimiś linkami, i gdy spadałam albo sie potknełam ciągle mi łapał, i razem pneliśmy się w góre...
Więc to jest ? Czy to brak mojego życia które przekrztałcilo się w nasze? Jego?