Ludzie są w związku czasem kilka miesięcy, czasem wiele lat, łączy ich wspólny dom, często dzieci, wspomnienia, przyzwyczajenie do siebie nawzajem. Ale przychodzi taki czas, że czują, że to już nie jest miłość. Po czym zatem poznać, że miłość się skończyła, że odeszła, że jej tam już zwyczajnie nie ma???
Podobne tematy
To sie czuje. Juz nie tęsknisz jak go nie widzisz, nie sprawia Ci radości patrzenie na niego, słuchanie... coraz częściej Cię denerwuje... juz nie ma tej magii. I nawet nie zależy Ci żeby o to walczyć.
Czasem trudno wiedziec czy uczucie ,które nas łączy jest miłością,przyzwyczajeniem czy przyjaznią.
Nie można być wiecznie zakochanym i czuć tego trzepotu pod sercem-a szkoda.
Czasem o tym myślę -troszczę się ,rozmawiamy,czasem planujemy co będziemy robić na starość.
Zgubiłam po dodze zazdrość to chyba dobrze-czyli ufam mu.
Jestem bezpieczna i spokojna ale czasem patrzę z boku gdy kolejną godzinę siedzi przed komuterem i gra czy to miłość? czy przyzwyczajenie?
Jest dobrze,nie ma kłótni,nie ma szaleństw-
Cieszę się kiedy mam chwilę dla siebie i nie musze biegać z herbatą albo uśmiechać kiedy mi się nie chce.
Sama więc sobie zadaję pytanie czy to juz przyjażń czy jeszcze kochanie?
Mam spokojny dom,podporę ale czy aby nie jest zbyt spokojnie? czy kiedy słyszę słowo kocham i sama to mówię to znaczy to ,że żyć bez niego nie potrafię?
Czy kochać to znaczy emocje?
Czy kochać to mieć spokój?
Zakochana byłam kilka razy ,w mężu oczywiście też i to były tak silne przeżycia,tak bardzo odczuwalne ,ze byłam oszołomiona i tylko on istniał na świecie a świat był taki piękny.
Teraz wiec mam czasem do siebie pytania czy zakochanie przeszło w stan kochania czy jest mi dobrze i bezpiecznie-nie wiem
Chętnie posłucham jak to jest u was.
U mnie też nie ma już burz a piorunami i fajerwerków na codzień i są dni że cieszę się żę mam chwilę dla siebie - ale ja czuję że to nadal miłośc tylko taka bezpieczna, spokojna, dająca poczucie spełnienia jako żona i kobieta. Są też chwile gdy z lekkim oburzeniem pyta " czy muszę iść do pracy z takim dekoldem" i wtedy wiem żę jestem atrakcyjna, lub bierze mnie za rękę i mówi że dopiero teraz jest szczęśliwy i może cieszyć się pełnią życia. Chyba to miłość tylko taka "dorosła"
Ja jestem jeszcze bardzo młoda, ale taka się nie czuję. Przynajmniej w kontekście związku, małżeństwa. Kocham i nie mam wątpliwości, chociaż były momenty kiedy się nad tym zastanawiałam. Kiedy było źle i kiedy wydawało mi się, że nic z tego nie będzie, że nie kocham. Mięliśmy się nawet rozstać. Poczułam wtedy taką ulgę, wręcz radość, że będę wolna. Sama nie podejrzewałam siebie o takie uczucia, ale po chwili zastanowienia stwierdziłam, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie wyobrażam sobie być z kimkolwiek innym, że nie potrafiłabym i zwyczajnie nie chciałabym.
Myślę, że nasza miłość jest już dorosła. Nie jest młodzieńczym zauroczeniem, bo ono już minęło. Oczywiście zdarza mi się poczuć jeszcze te motylki w brzuchu i to mnie niesamowicie cieszy, ale tak samo cieszy mnie poczucie stabilizacji. Jestem pewna swoich uczuć, ale też i jego uczuć do mnie. Kiedyś obawiałam się, że może nam się nie udać, że może znajdzie sobie inną, myślę, że każda z nas miewała takie obawy. Teraz wiem, że dla niego liczę się tylko ja, po prostu czuję, że mnie kocha.
Odbiegłam trochę od tematu...
Myślę, że kiedy miłość się kończy jest to na tyle jednoznaczne, że nikt nie miałby wątpliwości. Wydaje mi się, że wtedy nie sprawiają przyjemności te zwykłe rzeczy, które nas cieszyły - np. buziak na dzień dobry, czy zwyczajny dotyk gdzieś w przelocie.
Nie chciałabym nigdy przestać kochać.
Z zaciekawieniem czytam Wasze posty. Ja jestem w związku ponad 2 lata. Jakieś pół roku temu rozstaliśmy się na jakiś miesiąc i dzięki temu już wiemy na pewno, że to jest miłość. Mój partner dojrzał, dba o mnie (choć zawsze to robił) jest zazdrosny, często ma ochotę na sex, widzę, że wciąż jestem dla niego atrakcyjna, że pociągam go. Myślę, że to jest ważne w związku, żeby było choć odrobinę tej chemii, pożądania. Nie mam już motylków w brzuchu na jego widok, czasem jak zdarzy się, że nie widzimy się cały weekend to witam go z wielką tęsknotą. To chyba dobrze wróży. Poza tym, jeśli znajdę pracę, mysle, ze znowu wejdziemy na kolejny etap. Teraz całymi dniami siedzę w domu, bo nie mogę znaleźć pracy którą mogłabym bezproblemowo pogodzić ze studiami. Aczkolwiek jutro mam ostatni etap - szkolenie. W środę się okaże co dalej z moją karierą ![]()
Wracając do tematu. Kiedy kończy się miłość? Kiedy już męczy nas jego obecność, kiedy marzymy, aby gdzieś wyszedł, albo pojechał z pracy w jakąś delegacje. Kiedy zaczynamy marzyć o kimś innym, kiedy coraz częściej zastanawiamy się, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy zdecydowały się odejść, kiedy zaczynamy bardziej dbać o siebie i rozglądać się za innymi mężczyznami ... to chyba część symptomów, które mówią nam o tym, że nasz związek chyli się ku upadkowi.
Pchełka jesteśmy rówieśniczkami:)
Ja jestem z chłopakiem 4 lata. Różnie to u nas było, były kłótnie, zazdrosc przez dużą odległosc jaka nas dzieli. Był nawet czas że mieliśmy się rozejsc bo dobijała nas ta odleglosc (w zasadzie nie duża, bo 40km ale był to dla nas i tak kłopot) chłopak nie miał wtedy jeszcze prawka, jechał do mnie ponad 2 godziny, trzema autobusami. Ale naszczęście miłosc się nie skończyła:) przetrwała, nie mogliśmy życ bez siebie. Teraz już jesteśmy dojrzalsi w tym związku, mój chłopak odkąd zaczął pracowac zmienił się, jest bardziej odpowiedzialny, stał się taki poważny, wie że wszystko przychodzi z trudem, teraz bardziej mnie docenia i szanuje. To bardzo długi czas ale nadal czujemy do siebie wielką milosc. a co do tego jak zobaczyc że to już nie milosc to tak samo jak pchełka napisała i jeszcze mogę dodac że nie szanuje się już tej osoby której już się nie kocha, nie pomaga się, nie ma zwrotów kotku, kochanie itp. ma się dosc tej drugiej osoby.
"Bo kiedy kończy się miłość" - często pozostaje nienawiść!
Wiem to po sobie, z byłym partnerem rozstałam się i do dziś się nienawidzimy! wolałabym żeby nasze stosunki były inne, wkońcu przeżyliśmy ze sobą kilka ładnych lat a teraz jak byśmy sie zobaczyli to tak jakbyśmy sie nigdy nie znali.... może to i dobrze?
Nie mam już motylków w brzuchu na jego widok, czasem jak zdarzy się, że nie widzimy się cały weekend to witam go z wielką tęsknotą. To chyba dobrze wróży.
A Wy, tęsknicie za sobą, kiedy się dłużej nie widzicie?
bo kiedy milosc sie konczy...myslalam ze znajde tu sposob jak ja rozpalic od nowa...
ja z mezem nie jestem bardzo dlugo ale przeszlismy wiele i ta nasza milosc jest juz mocno pokaleczona. czasem jak mysle ze przeszlismy jego rok bez prawka gdy musialam dziecko zrywac zeby wiesc go do pracy, przezylismy jego zaginiecia na noc gdy pil, przezylismy jego chaltury ktore powodowaly i do teraz pwoduja ze nie widze go nawet tydzien mimo ze mieszkamy w jednym domu, przezylismy jego matke ktora jest pijaczka i skrzywdzila tym mnie i moja corke, razem przeszlismy porod, tyle samochodow razem przyciagnelismy, wypadek razem przezylismy, brak sexu...aj i duzo wiecej i jak tak mysle jak to przeszlismy to czy to mozliwe ze sie nie kochamy? mysle ze bez milosci juz 4lata temu bym odeszla gdy pierwszy raz napil sie i poszedl nie wiadomo gdzie a ja cala noc plakalam...to sie zmienilo(o dziwo dzien slubu zakonczyl to definitywnie), jak tak sobie mysle czy jakis wtedy 21leni chcialby sie pakowac w zwiazek z dzieczyna jeszcze nie rozwiedziona, biedna i z dzieckiem? mysle ze bez milosci nie wytrwalby tych trudnosci ze nigdy nie bylismy sami, zawsze byla corka, teraz dwoje dzieci...
nawet gdy sie poklucimy i tak bardzo bardzo brakuje mi sexu i ze zloscia mowie "a co mi nie wolno po tym wszystkim i ja zaszaleje" ale nieumiem, nawet w zlosci kocham go. pewnie ze nie jest szalowo, kolorowo i ostro, jest spokojnie, stabilnie, tak wlasnie stabilnie mam pewnosc ze bedzie zawsze.
choc mysle czasem czy to nie jest tak ze jestem z nim bo nie mam gdzie mieszkac nawet, czy to nie jest tak ze bym sie sama nie utrzymala, czy to nie jest tak ze jestem z nim bo uwielbiam sex, czy nie jestem z nim z przyzwyczajenia, ale czy przyzwyczjenie, szacunek i trwanie przy sobie to tez nie jakias milosc?
nie ma co sie dziwic nie bedzie szalenstw bo sie znamy od lat choc nie powiem oj jakbym chciala poczuc motyle w brzychu:)
ale mimo to wszystko ta stabilnosc nie zamienilabym na zadne szalenstwo ktore mimo duzej temperatury daje niepewnosc kolejnego dnia
Po tych wypowiedziach dochodze do wniosku,ze spokój,bezpieczeństwo czasem nieco nudy ale troska obopólna o siebie i dom-to miłość dojrzała
Tęsknoty nie odczuwam bo jeszcze nigdy sie nie rozstaliśmy nawet raz -więc czas kiedyś wypróbować siłę tęsknoty
troszeczkę oczywiście
Piękne jest to, co piszecie o swoich partnerach, bardzo miło się to czyta. A co do pytania w temacie, to po prostu poodpiszę się pod Waszymi wypowiedziami. ![]()
a co kiedy jego gadanie zaczyna denerwować, pojawia koniec z tęzknotą za nim, obojętność co będzie dalej jest na równi kiedy cieszę się, że przyjechał i że go widzę, że mówi ze mnie kocha, daje buzi, że planujemy razem z wyprzedzeniem tygodniowym,a nawet dalej co będziemy robić...? to miłość czy już nie?
zastanawiam się cały czas czy jest sens... dla niego jest WAŻNA rodzina- mama i siostry. nie widzi bez nich swojej przyszłości. zastanawiam się tylko czy dla mnie tam jest miejsce.. czy kiedyś to ja będę najważniejsza i dziecko, czy dalej siostry...
lool to ,ze siostry sa dla męża wżne nie oznacza końca miłosci-oczywiście są czasem zbyt silne więzi z rodziną .
napisz ile trwa was związek ? często po kilku latach związujemy się tak silnie ,ze rodzina ta stworzona przez dwie obce osoby staje się silniejsz aod domu rodzinnego.
Często zazdrość o partnera ,chęc posiadania go na wyłączność przemija kiedy stajemy się pewne,ze nie grozi nam odrzucenie.
Napewno nie chcesz by wybierał między tobą a siostrami?
Wiezs czemu to piszę bo sama pzrez o przechodziłam ale odzyskałam równowagę ,mąż udowodnił mi że można kochać i nie być zaborczą.
Mówi że Cię kocha -pamiętaj o tym
Ja też, ostatnio często, zastanawiam się czy taka miłość spokojna ,bezpieczna praca dom dzieci codzienność to wszystko co mnie czeka już do końca?I czy to żle że wszystko krzyczy zrób coś nim będzie za pózno,nim życie się skończy,czy to normalna reakcja w pewnym wieku na spokojne życie u boku dobrego męża,i czy to znaczy że moja miłość do niego już się skończyła???
Cytrynka - mam takie wrażenie że chyba kobiety w tym wieku co my (jesteśmy rówieśniczkami) które mają tą oazę domowego spokoju zaczynają się zastanawiać czy to już tak będzie czy to wszystko co jest mi pisane w życiu - piszę tak bo ja też parę miesięcy temu miałam podobne myśli i teraz nadal czasem się pojawiają ale z mojej strony uważam że nie przeczy to temu czy kocha się męża/partnera tylko widocznie jest w nas taka chęć dalszego działani nie zatrzymywania się na tym etapie do końca życia.
A myślalam że tylko ja tak myśle ,dzieki atinasarz że nie jestem sama?problem w tym że moje własne myśli czasami mnie przerażają i mimo tego że wiem że to nie jest dobry kierunek ide,i ide dlatego ze już nie kocham dostatecznie mocno czy boje sie upływającego czasu?
Cytrynka - z mojej strony też zastanawiałam się co powoduje takie myśli i doszłam do wniosku że staję przed lustrem patrzę widzę fajną babkę która ma jeszcze tyle myśli , chciałaby tyle jeszcze zrobić tylu rzeczy już nie może i to mnie najbardziej przeraża - czas mija czy zdążę , czy coś jeszcze w życiu się wydarzy i czy na pewno chcę tak żyć do śmierci. To są "złe" myśli bo przecież mam wszystko (w pewnym sensie) i ktoś powie czego ty jeszcze chcesz i to jest właśnie najtrudniejsze pytanie. Bo z jednej strony dobrze mi, a z drugiej coś mnie ciągnie w nieznane.
atinasarz -nic dodać nic ująć, chcesz pogadać to moje GG 26621085 tylko moge dopiero po 23 pozdrawiam
Cytrynka - z mojej strony też zastanawiałam się co powoduje takie myśli i doszłam do wniosku że staję przed lustrem patrzę widzę fajną babkę która ma jeszcze tyle myśli , chciałaby tyle jeszcze zrobić tylu rzeczy już nie może i to mnie najbardziej przeraża - czas mija czy zdążę , czy coś jeszcze w życiu się wydarzy i czy na pewno chcę tak żyć do śmierci. To są "złe" myśli bo przecież mam wszystko (w pewnym sensie) i ktoś powie czego ty jeszcze chcesz i to jest właśnie najtrudniejsze pytanie. Bo z jednej strony dobrze mi, a z drugiej coś mnie ciągnie w nieznane.
Dokładnie ,mogę zapisac się do klubu?
w srodku wulkan,energia i naic czekam jak na przystanku z głupawa miną .
Wiem co jest ważne ale głupie serce się wyrywa i chce czegoś.
Mam już wszystko ale...i to chyba nie chodzi o miłość tylko o ten czas ,który się z nami nie liczy i płynie
pozdrawiam -moje GG tez czeka28514253
Też czasami się zastanawiam czy to miłość, czy przyzwyczajenie.Jesteśmy ze sobą od 4 lat.Po jakimś czasie już nie mam klapek na oczach, nie tęsknie za nim, nie mam motylków w brzuchu itd. Bardzo mi tego brakuje i przyznam się, że tęsknie za tą szaloną miłością..
Ja też, ostatnio często, zastanawiam się czy taka miłość spokojna ,bezpieczna praca dom dzieci codzienność to wszystko co mnie czeka już do końca?I czy to żle że wszystko krzyczy zrób coś nim będzie za pózno,nim życie się skończy,czy to normalna reakcja w pewnym wieku na spokojne życie u boku dobrego męża,i czy to znaczy że moja miłość do niego już się skończyła???
A co jest złego w takiej stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa? Dlaczego nie umiemy w sobie znaleźć tego stanu spełnienia - jako matka, partnerka, pracownica?I do czego w takim razie dąży(krzyczy) to głupie serce?
Zadałam sobie te pytania BO - jest druga strona medalu - czy gdyby mój partner odszedł (bo też mu się znudziła ta stabilizacja) lub umarł - czybym cierpiała i wyła z bólu? Jeśli tak - miłość NIE UMARŁA. Jeśli byłoby mi to obojętne - to faktycznie - miłości JUŻ NIE MA!
bo czlowiek jest taki iz potrzebuje raz na jakis czas uniesien...
jesli ich nie ma falszywie codziennosc i wszystko wydaje sie nudne i juz niepotrzebne..
dlatego warto od czasu do czasu szalec ze soba, wymyslac nowe nie zawsze madre i adekwatne do wieku rzeczy, wariowac, zaskakiwac sie, robic niespodzianki... nie bedzie to raczej budzilo takich emocji jak na poczatku czy z kims nowym jednak naprawde warto.
i oczywiscie dwie strony musza to robic.
Anhedonia-dobre pytania na które nie ma prostych odpowiedzi?Gdyby mój mąż odszedł cierpialabym bo go kocham ale jednooczesnie wiem że jesteśmy starym dobrym malżeństwem przewidywalnym aż do bólu i może czas kompromisu już się skończył ,bo tak wypada ,bo to jest złe ,bo co ludzie powiedzą ,bo gdzie w tym wszystkim jestem ja...
dlatego warto od czasu do czasu szalec ze soba, wymyslac nowe nie zawsze madre i adekwatne do wieku rzeczy, wariowac, zaskakiwac sie, robic niespodzianki... nie bedzie to raczej budzilo takich emocji jak na poczatku czy z kims nowym jednak naprawde warto.
i oczywiscie dwie strony musza to robic.
Tak cytrynko, ale czy nie zgodzisz się z orbitką, że póki życia, MOŻNA coś w nim zrobić żeby je sobie uatrakcyjnić?
Pierwszy raz w życiu pojechałam na żagle w wieku 35 lat. Z 3 dzieci, absolutny laik żeglarski, ciut obawiający się tej wody i przygody. Miałam duszę na ramieniu. To było kompletne szaleństwo! Zawsze się da COŚ wymyślić - trzeba tylko chcieć ![]()
Zgadza się Anhedonia ale Orbitka26 napisał również "i oczywiście dwie strony muszą to robić" a niestety moja druga strona mimo otwartej propozycji nie jest zainteresowana. Nigdy tak na prawde nie mieliśmy wspolnej drogi wychowujemy dzieci razem mieszkamy i nic poza tym i stłumiłam w sobie swoje potrzeby bo tak trzeba było, a teraz pytam sama siebie jak długo jeszcze tak pociągne i czy to znaczy że jesteśmy egoistami myśląc o sobie nawed jeżeli to zaszkodzi rodzinie? a może wręcz przeciwnie do kogoś coś dotrze ?troche to skomplikowane...
Ha! I tu masz niestety rację. Nie, nie jesteśmy egoistami i powinnyśmy myśleć o sobie. Dlaczego jednak zakładasz, że musimy przy tym krzywdzić rodzinę? Jakie masz potrzeby, które mogłyby kogoś skrzywdzić? Bo może są takie, które dasz radę realizować z udziałem dzieci a on pozostawiony sam sobie się dołączy? Jak sama piszesz coś do niego dotrze?
Zazdroszczę wszystkim tym,którzy są pewni, że kochają po wielu latach trwania w związku. A tacy są! Ja niestety do tego klubu nie należę.Niby normalne, zwyczajne małżeństwo,ale nie tęsknię, nie mam przyjemności we wspólnie spędzanym czasie, wolę swoją samotność od obecności mojego męża. Czasem myślę,że to niemożliwe,tak żyć do końca.Ratuje mnie moja praca, z której czerpię ogromną satysfakcję, nasze dzieci z których jestem dumna, pozycja jaką wypracowałam przez lata pracy w swoim środowisku. Jestem osobą lubianą, pogodną ,mam bardzo dobry kontakt z ludźmi. Ale to wszystko za mało, żeby być szczęśliwą, bo cóż jest życie warte bez miłości. Mój mąż dba o moją równowagę, dość często mówi mi jaka to jestem do niczego,nie znoszę kiedy z taką łatwością osądza świat,tak dobrze czuje się w konflikcie z bliskimi .Przez wiele lat tłumaczyłam mu,że odrobina kompromisu w relacjach międzyludzkich jest niezbędna,że to złe myślenie o innych,które przychodzi mu z wyjątkową łatwością , w efekcie obraca się przeciwko niemu.Wciąż zawęża swoje grono znajomych, ja już nie mam ochoty na poprawę czegokolwiek, to straszne ale coraz częściej myślę o tym,że wolałabym odejść niż tkwić w takim związku.
Anhedonia-niestety pozostawiony sam sobie nie dołącza, a jeżeli już to nie sprawia mu to radości,żyjemy w dwoch różnych światach,tylko że dzieci rosną i kiedyś zostaniemy sami w czterech ścianach i może nie jest tak drastycznie jak pisze Miłość48 ale to jest normalne zwyczajne małżeństwo.A ja chce czuc że jestem kochana że jest odrobina magi w tym naszym codziennym życiu czy to za dużo?
jestem tu bo wszystko to co piszecie kochane dotyczy również mnie.
pozwole sobie opowiedziec swoją historię.
byłam z moim facetem 3 lata, mam z nim dziecko.
dokładnie, gdy byłam w 2 miesiącu ciąży on zwyczajnie "poszedł siedziec"
ja sama bez skończonych 18 lat w ciąży........
''Boże jak to powiem rodzicom, rodzinie?" - Udało się! wyrzuciłam to z siebie, ale reakcja była zaskakująca-aborcja!
Generalnie to była dla mnie trudna decyzja, być może większość dziewczyn na moim miejscu bez zastanowienia rozłożyło by nogi.. a ja nie ! dlaczego? bo strasznie mocno go kochałam, bo zrobiłam to dla nas, dla niego. Chciałam by to dziecko sie urodziło i wbrew rodzinie postawiłam na swoim... moja miłość do niego rosła razem z moim brzuchem...
wkońcu urodził sie malutki, po jego urodzeniu jeszcze 8 msc. byłam sama........ wreszcie wrócił.
Igorek miał 8 miesięcy ja skończone 19 lat.. trochę to trawło byśmy sie usamodzielnili, ale udało się. poszliśmy "na swoje"... to był NASZ pierwszy wspólny dom. ON pracował-trochę, bo do pracoholików nie należał,niestety..
wynajęte mieszkanie za które trzeba płacic kupe kasy? bezsens. postanowiliśmy ze na okres wakacji wróce do rodziców, a on bedzie zarabiał na odstpępne mieszkanie...... niestety tej próby już nie przetrwaliśmy. to były wakacje czas zabawy i on właśnie sie bawił.. nie przyjeżdżał do dziecka, do mnie, nie interesował się nami zupełnie...więc ja czasu nie marnując robiłam to co on.. mama zajmowała sie małym a ja korzystałam z życia.Przyjęłam,że to koniec tego związku. Poznałam faceta, który od momentu poznania do tej chwili robi dla mnie i dla mojego dziecka wszystko, spędziłam z nim naprawde fajne wakacje i już nawet myślałam,ze sie zakochałam gdy nagle dowiaduje się, że mój niby "były" ojciec Igorka znowu siedzi.........
Matko Boska.... tu zaczynają się schody, bo przecież powinnam miec to gdzieś a z tego powodu poczułam się tak jak by mi sufit runął na głowe... mimo tego,że miałam przy sobie faceta który naprawde mnie doceniał myślami byłam juz na sali widzeń i czułam niezmierną potrzebe by z nim pogadac...
Moja sytuacja w chwili obecnej wygląda następująco, mieszkam z tym nowo poznanym facetem, mój synek go bardzo akcetuje, mówi na niego tata, no facet daje nam wszystko, ale ja emocjonalnie nie moge sie z tym uporac, bo ja jednak nie czuje tego czegoś i myślę ciągle o tamtym, wspomnienia mnie zabijają...
a najgorsze jest to ze ten z którym mieszkam przeciez widzi, ze coś jest nie tak, prawda?
nie umiem sobie z tym poradzic, nie potrafie. mimo tego,ze on na mnie nie zasługuje i ja to wiem świadomie i tak czuje swoje, pomogła bym mu mimo tego,że on nas olał, jeździła bym mimo, że on nie przyjeżdźał ..
dlaczego tak jest dlaczego??? czy ja już się nie zakocham nigdy ?? jestem skazana wiecznie czekać ??? przecież jestem jeszcze taka młodaaa......
Hej dziewczyny już pisałam na swój temat o tej kwesti ale tak pobazgrałam wam tam że nikt mi nie odpisał
Wiem , byłam za pełna emocji . Powiedzcie , jestem ze swoim chłopakiem od 5lat mieszkamy od roku ze sobą . Generalnie walne prostu z mostu - nie sypiamy ze soba od 6 miesiecy . Mojego faceta chyba juz nie pociagam bo inaczej tego tłumaczyc nie umiem. Przez to stałam się jakaś zakompleksiona .Gdy rozmawiałam z nim o tym stwierdział ze on nie widzi problemu ,kiedys tylko popatrzył to już na niego działałam ,od tych miesiecy nie nalegałam wiec na sex bo czułam sie głupio że muszę sie prosić i po nocach płakałam . Od tych paru miesiecy on w ogole mnie nie przytula a gdy wybucham (bo bardzo brakuje mi tego wszystkiego ) on nagle bedzie mnie przytulal i głaskał dodam że również sie nie calujemy nie trzymamy za ręce .Nie wiem co robic już prosiłam ze nie wytrzymam dłużej . Moja miłość do niego wygasa , czuje sie taka malutka . Wiem że mnie nie zdradza bo pracujemy ze soba . Myślałam ze po prostu za dużo ze sobą jestesmy bo w pracy i w domu ale czy można wtedy wykluczyć całkowicie sex ? Naprawde czuje sie przegrana . Pomóżcie coś ... Dziekuję.
Anhedonia-niestety pozostawiony sam sobie nie dołącza, a jeżeli już to nie sprawia mu to radości,żyjemy w dwoch różnych światach,tylko że dzieci rosną i kiedyś zostaniemy sami w czterech ścianach i może nie jest tak drastycznie jak pisze Miłość48 ale to jest normalne zwyczajne małżeństwo.A ja chce czuc że jestem kochana że jest odrobina magi w tym naszym codziennym życiu czy to za dużo?
Wcale nie chcesz za dużo, każda by tak chciała. Tylko jak tę magię wyczarować. Matko jedyna, jakie to smutne
Myślałaś żeby pójść do psychologa? Jak się da to na terapię małżeńską, jak nie, to dla samej siebie?
Zawsze to lepsze niż nic nie robienie i dreptanie w miejscu. ![]()
Droga MartoKer gratuluję dobrego wyboru- urodzenie dziecka!!naprawdę Cie podziwiam za to, że pomimo tego co Twój były zrobił dalej go kochasz.A mogę zapytać za co on siedzi??i to już drugi raz?Dam Ci radę..Twój były kiedyś Was olał, Ciebie i Twoje dziecko,siedzi w więzieniu nie wiemy jak długo.Jak wyobrazasz sobie taki związek?Będziesz z dzieckiem odwiedzać go w wzięzieniu?a obok siebie masz faceta, który przygarnął Ciebie i Twoje maleństwo,Twoje dziecko mówi do niego tata,facet widać stara się.Bo nie wszyscy tak chętnie wzięli by panne z dzieckiem..Myślę, że powinnaś na spokojnie przemyśleć sobie całą tą sytuację, zapomnieć o byłym bo nie widzę dla Was przyszłości.
Droga AngelikaNL ja też pracowałam ze swoim facetem.Ciągle się widywaliśmy i przez to mam wrażenie, że stał się mniej czuły, żadko przytulał, mówił, że kocha. A w Twoim wypadku jest tak,że non stop się widzicie.Praca,dom.Myślę, że przyda się Wam odrobina oddechu.Wyjdź gdzieś z koleżankami, pozwól swemu partnerowi też gdzieś wyjść..A co do sexu to może zaskocz go jakimś seksownym ciuszkiem, przygotuj jakaś kolację dla Was, pokarz mu że Ci zależy.Może to doceni jak nie to chyba będziesz wiedziała co zrobić.Powodzenia Ci życzę!
Właśnie jakie to smutne, masz 20 lat i wydaje ci się że możesz wszystko a po następnych 20 zastanawiasz się dlaczego tak zrobiłaś i gdzie podziały się twoje marzenia.Psycholog i terapia odpada i tak jestem jak nie z tej bajki ...ale staram się i walcze i nie poddam się ,a czy wybieram dobrą droge czas pokaże?
35 2010-12-04 19:16:23 Ostatnio edytowany przez frytka292 (2010-12-04 19:25:07)
prosta sprawa: jak facet juz nie mowi ze kocha, wiecznie nie ma czasu , jest bardziej oschly.... ogolnie jak zaczyna sobie wszystko olewac...
ehhhhh.... milosc prawdziwa nigdy sie nie konczy , konczy sie tylko zauroczenie. milosc jest na dobre i na zle, w zdrowiu i chorobie, z problemami i bez nich....nawet jak mamy nadwage czy niedowage, bez makijazu , w starych dresach....
kobieta to nie lans...wielu facetow wybiera partnerki patrzac na urode tylko. na poczatku jest zachwyt, prezenty ale potem jak zdobedzie co swoje to juz nic go nie jest w stanie zadowolic i w koncu wybiera szara myszke ....
ja nie jestem " szara myszka" i boje sie ze bede sama.troche jestem zwariowana, lubie pozartowac czasami nawet sprosnie:D faceci sie mna na poczatku zachwycaja, jestem na ogol dla nich za dobra, pozwalam im na wiele rzeczy np. wypady z kolegami na piwo nawet czeste. a potem nie doceniaja mnie i rzucaja dla innej....
a poza tym wystarczy pogadac z facetem o dzieciach, przyszlym malzenstwie.... jak bedzie uciekal od tego tematu i mowil : "ja za mlody jestem, nie mysl jeszcze o tym "to raczej predzej czy pozniej zwiazek sie rozpadnie. stara wyga jestem co do tego i wiem jak faceci reaguja na rozne tematy.
moze powinnam troche bardziej rzadzic...ale problem jest taki ze ja nie lubie tego , ja lubie czuc wladze faceta. coz poradzic :<
ja mam taki niestety charakter. czasami mi sie wydaje ze jak zartuje tak sprosnie to ze mysla sobie ze ja lubie "te sporty" nic bardziej mylnego !!po prostu taki mam charakter
Fryciu ,ale z tego co czytam , to problem który jest przedmiotem tego tematu nie jest tym problemem , który Ty opisałaś . z tego co widzę , to do tej pory (nie licząc wyjątków) wypowiadają się w tym wątku kobiety z kilku/kilkunastoletnim stażem małżeńskim i mówią wypaleniu w związku po tym długim okresie jego trwania . Jest to bardzo ciężki problem , ponieważ są już dzieci często nawet odchowane , dom , samochód , bezpieczeństwo , ale nagle czegoś zaczyna brakować ...
Jednak mu jesteśmy za młodzi na problemy tej natury , a co do Twoich obserwacji to krótka piłka , chłopak nie chce poruszać tematów małżeństwa , dzieci itp. to pewnie zbyt poważnie relacji z Tobą nie traktuje i tu masz rację . Poza tym zgadzam się też co do Twoich wniosków , nie można być łatwym , nie można na wszystko pozwalać , trzeba stawiać , granice , ustalać zasady i wyznaczać cele i wszystkie te punkty działają w obie strony .
Witam was cóż za zbieg okoliczności chciałam zamieścić swój własny wątek a tutaj ten idealnie pasuje do mojej sytuacji .Musze wylać to z siebie bo już sama nie wiem co myśleć.Jestem a ,raczej byłam z swoim chłopakiem prawie 3 lata ,na początku było cudownie oczywiste ,od niedawna zaczeło sie coś psuć .Tak jakby w nasz zwiazek wkradło sie troche nudy,mój chłopak gdy u mnie był grał w gry komputerowe miał dla mnie mniej czasu,no to ja zajmowałam sie czymś innym np oglądaniem tv ... Bardzo mi brakowało jego bliskości ,czułości itd ,poczułam się niedoceniana i było mi bardzo przykro.No i tak notorycznie wyglądały nasze spotkania ,czasami zamówilismy pizze ,pojechalismy do kina ,ale i tak czułam sie nieszczęśliwa.Pewnego dnia dokładnie z jakieś 3 tygodnie temu postanowiłam to zakończyć ,zadzwoniłam do niego i mu to powiedziałam...nie chciałam się z bim spotykac i mówić mu tego prosto w oczy bo wiem ze moglo by to pójsc w inną strone ...On sie na to zgodził ,tez twierdził ,ze nam sie nie układa i potrzebujemy przerwy żeby wszystko sobie przemyśleć.Wiem,że mineło mało czasu,ale tęsknie za nim ,spotkałam sie nawet pare razy z innym chłopakiem ale to nie to samo ,on tak samo nie całuje ,nic przy nim nie czuje,a przy moim facecie mimo tego że czułam sie nieszczesliwa to gdy był blisko mnie czułam to ,czułam motylki itd...Na początku odzywalismy sie do siebie ,on pisał ,ze tęskni ze ciągle o mnie myśli ,jak szłam na impreze to tez sie odzywał co robie itd...Pisałam mu tez ze nie widze nas tak jak kiedys i ze nie wiem jak to będzie to tez było widac ze sie przejmuje ...Pisalismy także na gadu ze oboje mamy mętlik w głowie,on pisał ze ludzie sie przeciez rozstaja w zgodzie a potem są szczesliwi,ale może to nasze złe dni itd,a teraz to nie odzywa się do mnie w ogóle ,nic do mnie nie pisze,raz mu napisałam sms ,ze tęsknie i co robi to on napisał co robi i ze tez tęskni i ze przyjedzie w nastepny weekend to pogadamy...Tylko ze napisał to z takim spokojem ,zero emocjii.teraz w ogóle się nie odzywa nie wiem co myśleć ,co robić ,musze być przygotowana na wszystko.Ja chce zeby on zrozumiał co może stracić ,co źle robił,żeby mnie docenił:(Bo je się ,ze jego uczucie do mnie już uleciało ,a ja chyba nadal go kocham mimo jego wad...Nie wiem jak mam się zachować w ten następny weekend cały czas o nim myśle,nie moge się nad niczym skupić.Myśle sobie ,ze moze czas to skończyć ,wszyscy mi mówią ze jestem fajna ładna dziewczyna i nie mam co się przejmować ,ale ja podświadomie to dla niego chciałabym być ,piękna ,mądra,zeby to on mnie kochał:( Co o tym sądzicie?:( Wiem ,ze troche chaotycznie napisane ,dodam jeszcze ,ze jesteśmy młodzi ja mam 19 lat on 21...
Czytałam " Potęgę podświadomości " i wiele innych książek tego rodzaju W/g tego co tam jest napisane to, jeśli czegoś bardzo pragniesz spełni się. Nie wyłączając miłości. Jak myślicie, czy po prawie trzydziestu latach małżeństwa na pozór udanego można jeszcze wyglądać miłości .Miłości takiej, żeby czuć, że ze szczęścia dotykasz gwiazd, że każda chwila bez osoby kochanej jest nijaka, że tęsknisz, pragniesz, chcesz mówić, że kochasz i okazywać to, czy to możliwe?
39 2010-12-05 18:56:11 Ostatnio edytowany przez miłość48 (2010-12-05 23:08:24)
Cytrynko-To co napisałam o swoim związku, oceniłaś słowem "drastyczne" Widzisz, a ja w tym tkwię nie wiem, z przyzwyczajenia, dla dobra dzieci? Bo co ludzie powiedzą to mnie najmniej interesuje. Czy kocham ? zadawałam sobie już kilka lat temu to pytanie. Nie umiem na nie odpowiedzieć. A, żeby było ciekawiej, przy kolejnej ostrej wymianie zdań, mówię mężowi, że nie musi się ze mną męczyć, może odejść (mówię to bardzo poważnie i tak czuję ) On jest człowiekiem uczciwym, mogę na nim polegać, nawet zdarza mu się powiedzieć, że kocha i mimo to co z taką łatwością wypowiada, wiem, że jestem dla niego ważna. Tylko, przez te wszystkie lata tyle razy źle o sobie słyszałam( tylko od męża) że już mnie żadne miłe słowa ze strony mojego męża nie wzruszają. A nawet niedawno zapytał mnie " a ty mnie jeszcze kochasz?"Odpowiedziałam żartobliwie "nie zadawaj mi takich pytań, bo możesz usłyszeć prawdę " potraktowałam to jako żart. Jednego jestem pewna ,jestem wypalona, czekam na coś, nie wiem na co...
Nie pisz, proszę, posta pod postem, a jeżeli chcesz coś dopisać to użyj opcji "edytuj", o czym mówi pkt 11 naszego Regulaminu. (Moderatorka Olina)
Miłość 48 ,no wiem ,ze jestem młoda a w młodości robi się różne rzeczy...nam sie nie układało od dłuższego czasu a jak tak potrzebowałam z kims pogadac ,poczuc ze jestem kimś czy coś w tym stylu,zrobilismy sobie taką niby przerwe zeby coś sprawdzić i dlatego też spotkałam sie z kims zeby może coś sprawdzić i własnie nie chciałam się z tym innym calowac itd źle sie z tym czułam ,chciałam zeby na jego miejscu był ten mój chłopak ,który jakoś przestał mnie zauwazać:(dzisiaj z nim rozmawiałam i mi powiedział ze tęskni za mna ,ze mu zalezy ,ale on ma dosyc nie poukładane w zyciu i powiedział ,ze nie będę z nim miała dobre przyszłości i ze narazie nie jest gotowy na powazny związek ...
lost-To jest tak, jeśli się kogoś kocha to stara się być dla kochanej osoby jak najlepszym, zrobić wszystko, aby być wart tej miłości. A Twój chłopak nic nie mówi, że zrobi cokolwiek, aby zmienić swoją sytuację, z tego co Ty piszesz nie wynika,że mu na Tobie zależy.Choć słowa są ważne to jednak za mało aby opierać na tym zdrowy związek.Niech coś pokaże i zacznie prostować swoje pokręcone ścieżki. Zmuszając go do konkretnych działań, możesz mu pomóc. Jeśli Cię kocha naprawdę, zrobi wszystko, aby z Tobą być, a jeśli nic u siebie nie zmieni...odpuść Na początku będzie trochę trudno, ale z perspektywy czasu zobaczysz, że warto.
42 2010-12-06 18:26:21 Ostatnio edytowany przez miłość48 (2010-12-06 18:30:15)
......i aby nam wszystkim Mikołaj przyniósł worek pełen miłości ![]()
Milość48 dobrze piszesz ja też czekam ,daje do zrozumienia czego mi brak ,i nic,więc zaczynam szukać tylko chyba nie w tym kierunku co trzeba ale jak na razie nie potrafie sie zatrzymać...
jestem calkiem załamana, jestem 20 lat po slubie ale już od dłuższego czasu nasze stosunki są na skrajności , i ja i mój mąż oraz dzieci(już dorosłe nawet) wszyscy mają dość tej sytuacji. chciałam się rozejść ale nie potrafię nie wiem dlaczego. poznałam niedawno mężczyznę dużo starszego od siebie którego pokochałam bardzo ale nikomu o tym nie powiedziałam , łudziłam się ze to tylko przyjaźń ale niestety to miłość, teraz to wiem. w ubiegłą niedzielę rozstaliśmy się ponieważ nie potrafię żyć na dwa fronty i zrezygnowałam z mojej miłości a teraz szaleję z rozpaczy choć napomknęłam w domu mężowi że miałam przyjaciela i rozstaliśmy się on się ucieszył że mu powiedziałam o tym ale to nic nie zmienia mojego stanu emocjonalnego. żal, rozpacz i chęć zapomnienia ale jak?! przespać to wszystko jak ? wiem że nie byłam w porządku ani dla jednego ani dla drugiego i czy teraz uratuję swój już rozpadły związek z mężem? ktoś mi może odpowiedzieć na to ?
45 2010-12-07 14:03:39 Ostatnio edytowany przez lost (2010-12-07 14:10:05)
Miłość 48 ale właśnie ja nie wiem jak go zmusić do tych konkretnych działań,wczoraj do mnie dzwonił pare razy gadaliśmy i gadaliśmy w końcu mi powiedział ,ze mnie kocha i nie widzi swojego życia beze mnie itd .Tylko ,ze mnie strasznie irytuje jego podejśćie do życia zmienia non stop prace bo mu coś nie pasuje teraz znalazł nową i znowu ze to nie dla niego itd ,on ma straszne poczucie sprawiedliwości,przeżywa ,ze w pracy nie każdego traktują tak jak sie powinno ,że nie urodził sie w bogatej rodzinie ,ze jego ojeciec ma go gdzieś itd ,ze to wszystko takie niesprawiedliwe ,ja nie wiem jak mam mu pomóc chciałabym żeby sie zmienił żeby zaczął chodzić do tej pracy a nie ciągle narzekać:(przecież odrazu sie nie zostaje szefem wielkiej firmy itd,trzeba do tego dąrzyć a nie siedzieć i narzekać ...Ja mam takie poczucie ,ze chce go wspierać ,chciałabym mu jakos przemówic do tego rozumu ,ale to nic nie daje ...Wspieram,go pocieszam ,a on nadal swoje...Sama wiem ,ze może mi z nim być trudno ,sam mi to powiedział ,ale i tak mnie do niego ciągnie.Nie myśle tutaj o sobie tylko o nim ,ze nie chce go z tym wszystkim zostawić ,tak bardzo chciałabym mu pomóc ,zeby odnalazł ta swoją równowage w życiu;/ Bo mogłabym przecież go zostawić i mieć święty spokój ,nie przejmować sie ze znowu rzucił prace itp ...
lost-całkiem dobrze myślisz. Jeśli chodzi o Twojego chłopaka, myślę, że to głębszy problem. Trudno jest ocenić sytuację jeśli się kogoś zna tylko z kilku słów napisanym o nim, ale z tego co Ty piszesz mogę domniemać, że mógłby tu zadziałać psycholog. Wiem, faceci tego nie lubią, ale ktoś musi uświadomić mu, że nie należy bazować na przeszłości, TO JUŻ BYŁO !!!!!!trzeba umieć się od tego oderwać. To nie jest proste, bo wiadomo, że to co się zadziało w dzieciństwie odbija piętno na naszym postrzeganiu świata, ale właśnie psychologia jest tą dziedziną, która uczy nas jak poruszać się po świecie mimo wszelkich przeciwności.Może mądra rozmowa z psychologiem wpłynęła by na zmianę podejścia do życia, uświadomiła by mu co może stracić, co zyskać, co zmienić , żeby było lepiej, żeby znaleźć CEL W ŻYCIU I KONSEKWENTNIE DO NIEGO DĄŻYĆ
Powiedz mu,że wszelkiego dobra na świecie jest tak dużo, że starczy dla każdego, ale osiągną cel tylko Ci, którzy ani na chwilę nie zwątpią, że to jest możliwe i konsekwentnie będą do tego zmierzać:)