Hejka, długo myślałam czy tu zamieścić posta czy nie... Obserwuje to forum od jakiegoś czasu i zauważyłam, że wiele osób potrafi w bardzo sensowny sposób coś doradzić... Mój problem może nie jest jakiś wielki, ale wiem, że nie jest do końca tak jakbym chciała...
Z moim partnerem jestem już 6,5 roku czyli dość długo
A znamy się z 10 lat... Wszystko zaczęło się w gimnazjum on mi się bardzo podobał, ja jemu, ale nic z tego nie wyszło
on był nieśmiały, ja stwierdziłam, ze za facetami nie będę latać... Prawie przez cały czas mięliśmy ze sobą kontakt..Czasem rzadziej czasem częściej... Generalnie w 3 liceum zaczęliśmy się częściej spotykać- wiadomo 18-tki
wspólne imprezy, wspólni znajomi, nawet nie będąc z nim hehe czułam się zazdrosna jak jakaś dziewczyna się do niego dostawiała, mimo , ze ja sama miałam chłopaka...Przez okres około roku spotykaliśmy się tak po prostu sobie pogadać- wiedziałam, ze mu się bardzo podobam, ale on nic w tym kierunku nie robił, żebyśmy byli razem. W koniec końcu ja go pocałowałam, zaczęliśmy być razem, ogólnie pierwsze dwa lata idealnie, spotykaliśmy się codziennie bardzo zakochani, potem on poszedł do wojska. Rozstania powroty, wiadomo bardzo za sobą byliśmy, więc każda przepustka razem mega szczęśliwi. Kolejne lata też w sumie ok czasem lepiej czasem gorzej, ale ogólnie układało nam się bardzo dobrze... Zdarzały sie kłótnie, niby rozstania na tydzień, dwa ale zawsze się godziliśmy. Każde z nas chodziło do pracy, ja na studia, mimo to zazwyczaj widywaliśmy się wieczorkami. Zawsze byłam przekonana, ze to ten jeden jedyny i na zawsze i, że chciałabym wziąć z nim ślub mieć dzieci- wiadomo wszystko w odpowiednim czasie
Ale od jakiegoś pół roku zaczyna się między nami psuć, wiem , ze jeżeli chodzi o inne kobiety to nie ma takiej opcji, żeby coś kombinował... Może chodzi o to, że jesteśmy ze sobą już tyle czasu, ze ten związek wydaje mi się troszeczkę przechodzony, a może bardziej chodzi o to, ze mam wrażenie, ze z jego strony to tak wygląda... Ja w dalszym ciągu jestem bardzo za nim, ale wydaje mi się, że on darzy mnie mniejszym uczuciem. Zdaje sobie sprawę, że trudno biegać za kimś 6 lat i ekscytować się każdym spotkaniem, nie zaskakujemy się już tak często, związek popadł troszkę w rutynę, bo ile można oglądać filmów, ile można jeździć rowerami, chodzić na spacery, czy spotykać się ze znajomymi. W sumie od dłuższego czasu nie widujemy się aż tak często. Od około 1,5 rok on miał pracę dwuzmianową, więc tydzień się widzieliśmy tydzień nie. Ale chodzi o to, że mam wrażenie, że to wszystko się wypala... I , że w dłużej mierze ten związek zależy tylko ode mnie,,, Chwilowo oboje nie mamy pracy, Ja się zwolniłam, bo zależało mi na napisaniu pracy magisterskiej i zdaniu bardzo dobrze egzaminów, a jego firma została zlikwidowana i w zasadzie mimo, ze mamy mnóstwo wolnego czasu bardzo rzadko się spotykamy. W ostatnim okresie bardzo dużo czasu spędzałam ucząc się i myślałam, ze chwilowy brak kontaktu spowoduje, ze będzie on bardziej za mną a wygląda na to, że się od siebie oddalamy. Stwierdziłam, że nie będę tak bardzo często pisać, niech on się wykaże, a wygląda na to, ze jemu taki układa bardzo odpowiada. Sam nie proponuje spotkań, ja muszę za każdym razem inicjować,,, A kurcze jestem kobietą i chciałabym, czuć się kochana, że komuś na mnie bardzo zależy. Zdaję sobie sprawę, ze jak się nie pracuje to nie ma się pieniędzy na jakieś wyjścia i w sumie za dużo też się nie dzieje- jest nudno, ale chciałabym, żeby on jakoś się wykazał a nie, że wszystko zależy ode mnie. Ja muszę za nim biegać, a jak nie będę się odzywać to i tak nie wpadnie na to, żeby sam coś zaproponować. W sumie wiem, ze on mnie bardzo kocha ( nie będę przytaczać przykładów, bo ten post będzie za długi), ale chodzi o to, ze on się w ogóle nie stara.... Ostatnio było mi troszkę, przykro, bo cztery dni z rzędu mięliśmy się spotkać a on za każdym razem miał coś ciekawszego do roboty a nawet jak nic nie robił to mu się nie chciało... Co prawda mam zajęcia (joga, pilates) spotykam się ze znajomymi, więc nie podporządkowuje wszystkiego pod niego, ale chodzi o to, że nie wiem jak właściwie postępować, żeby było Ok... Czy rzadziej się odzywać (mimo, ze widzę , że sie oddalamy), czy starać się go czymś zaskoczyć? Dodam, ze mimo ,że jesteśmy tyle czasu razem nie mieszkamy razem- wysokie koszty wynajmu. Może, to że zaczynamy się oddalać wynika z faktu, że za długo stoimy w miejscu...Nic się szczególnego nie dzieje... Temat ślubu był nieraz poruszany, ale mój partner twierdzi, że jest to wyrzucanie około 25 tyś, a i tak nie wszystkim będzie się podobać, i że jest to bez sensu... Jeżeli chodzi o wynajęcie mieszkania, to myśleliśmy o tym, ale hmm ja mieszkając u rodziców przed wypłatą nie miałam pieniędzy (średnio mi wychodzi oszczędzanie),a co dopiero gdyby doszły koszty wynajmu oraz jedzenia. W sumie teraz będzie troszkę łatwiej, bo odejdą mi koszty czesnego, ale cały czas się zastanawiam czy to jest to.. Mój partner coraz częściej mnie krytykuje, o pierdoły, nie stara się, mam wrażenie, że coraz mniej mu zależy. Czasami mam wrażenie, że wszystko jest dla niego ważniejsze niż ja... Co powinnam zrobić, żeby znowu było dobrze...?? Nie chce przekreślać tego wszystkiego, ale też nie chcę być na zasadzie "jest bo jest- a mam ją gdzieś".