Szacunek - teoretycznie jest to kwestia czysto etyczna, ale wg np. PWN to: "stosunek do osób lub rzeczy uważanych za wartościowe i godne uznania", więc generują go nie tyle same normy etyczno-moralne, co stan psyche i wynikające z niego nastawienie do siebie i otoczenia, poczucia wartości, umiejętności radzenia sobie i pogodzenia się z własnymi ograniczeniami itp.
Tchnęło mnie na ten temat po przetrawieniu dopiero co zakończonej znajomości. Zakończonej z bardzo prozaicznego powodu, czyli po odmówieniu cyt.: "zdjęcia spodni" i przyznaniu, że dla mnie to miejsce oraz czas nie jest odpowiednie, mój adorator zamilkł, a i ja nie szukałam już z nim kontaktu, bo (po)czułam - słusznie lub nie - brak szacunku do mnie i moich potrzeb, natomiast słowa "poczekam" okazały się w konsekwencji przez niego rzucane na wiatr, bo po chwili od ich wypowiedzenia znowu zapraszał mnie do siebie.
Pytanie, czy ja w tej sytuacji wykazałam brak szacunku dla rozbudzonego w mężczyźnie pożądania i jego potrzeby rozładowania napięcia?
Niby pół żartem pół serio, ale do czego zmierzam:
Ubolewam bardzo nad tym, że sporo sytuacji w moim życiu dowodzi faktu, iż mam problem z szacunkiem, głównie do siebie, swoich racji, co wiąże się z brakiem umiejętności wskrzeszenia, a może raczej utrzymania szacunku, jakim mogą obdarzać mnie inni.
Przykładowo:
- chcę zapłacić za siebie po kolejnej randkowej kolacji - reakcja towarzysza: obrażasz mnie
- nie jestem głodna - odp osoby proponującej: zjedz obiad, nie rób mi przykrości
- nie - odp: ale może jednak?
- mówię o swoich osiągnięciach niby przy okazji, co - jak mi kiedyś zarzucono - trąci zblazowaniem, bo osiągnięcia te wg większości (po)znanych są niemałe, podczas gdy ja nagminnie je umniejszam, po kieliszku wina nawet z nich kpię lub wręcz sprowadzam do rangi największych głupot, jakie w życiu popełniłam
- swoje potrzeby traktuję jeszcze surowiej, ograniczyłam je praktycznie do minimum, kieruje mną jakiś popierniczony cel wyzbycia się potrzeb i uznaję za swój osobisty sukces, że moje "chcenie" nie wybija się ponad fundamentalny poziom w hierarchii Maslowa, chociaż i tam wymienione motywy staram się coraz częściej ignorować
Genezę problemu oczywiście znam, wiem też, że z takim podejściem unicestwiam się na własne życzenie, ale jak przejść na drugą stronę barykady?
Od czego wyjść, zacząć pracę nad sobą, gdy na tyle długo moje potrzeby były spychane na margines, że wreszcie uwierzyłam, że to wyłącznie zbędny balast?
Jak wy okazujecie sobie samym szacunek, za jakie uważacie zachowanie, w którym wyrażany jest szacunek do was, a jakie zachowanie/sytuacje są dla was wyrazem braku szacunku, jak wtedy reagujecie?
Zastanawiam się też, na ile nasz szacunek do innych i ich potrzeb, może wchodzić w konflikt z naszą potrzebą odczuwania szacunku wobec siebie bez poczucia dyskomfortu, winy, straty... Czy wówczas kluczem jest wybór mniejszego zła(i dla kogo?), czy kierowanie się (zdrowym) egoizmem? To jest chyba dla mnie kluczowy problem, bo mnie wychowano w duchu pt.: "poświęcenie siebie dla dobra innych", więc mam wypaczoną umiejętność chodzenia na kompromis czy nawet rozpoznawania takiego kompromisu...
Zapraszam do dyskusji