Wczoraj miałam burzliwy dzień z moim TŻ, co chwilę o coś się sprzeczaliśmy i nie odzywaliśmy. Wieczorem spotkaliśmy się ze znajomymi, on nic nie pił, bo przyjechał samochodem, a my z koleżankami może trochę przesadziłyśmy..
Późną nocą chciał nas odwieźć do domu, jak już wszyscy wysiedli to zaczął narzekać, że znowu się nie wyśpi do pracy. Tego dnia coś mu odbiło i zamiast wziąć mnie do siebie, bo tak zawsze robiliśmy, chciał mnie zawozić na 2 koniec miasta. Zdenerwowana powiedziałam, że chcę wysiąść i sama dojadę do domu, bo nie będę robić problemu skoro i tak już narzekał. A on? Bez żadnego słowa puścił mnie samą o 2 w nocy, pijaną. Niestety okazało się, że nie było żadnych autobusów i musiałam iść na pieszo, ciemnymi uliczkami ponad 6km.
Sama nie wiem co o tym myśleć. Wiem, że mogłam nie mówić, że sama sobie poradzę, ale z 2 strony jak można tak po prostu pozwolić swojej dziewczynie, pijanej, wracać samej do domu?
Jestem strasznie rozczarowana.