Fakt, iż jestem na tym forum w ciężkich chwilach spowodował, że piszę tu podczas kolejnej.
Rozstałam się z partnerem jakieś 2 tygodnie temu - to znaczy on mnie zostawił przez smsa po mojej bardzo szczerej rozmowie (czułam, że się oddala chociaż ciągle zaprzeczał).
Wczoraj poprosił o spotkanie, by pogadać jak "dorośli" w 4 oczy. Na początku nie zgodziłam się, potem uległam...
Właśnie wróciłam. Powiedział, że to przemyślał. Że to nie ma sensu. Że ciągłe kłótnie. Że z kolejną osobą się uda.
Mówił to, a ja choć myślałam, że jestem dzielna i silna, czułam jakby ktoś mi wsadzał nóż w serce. Zawsze śmiałam się z tej metafory. Dziś czułam tak na prawdę dotkliwy ból. Płakałam, chociaż obiecywałam sobie że nie będę.
Boli, że mówił, że nie nie wyobraża sobie życia beze mnie. Że już optymistycznie patrzy w przyszłość. Że nie płakał jak widział moje łzy. Że nie pamięta dotyku mojej cienkiej dłoni. "taka cienka - potrzebuje mojego wsparcia"- tak mówił. Ze nie pamięta mojego piega we wewnętrznej części dłoni, który nagle wyrósł w tym samym miejscu co on miał. Że nie pamięta zapachu wiosny w moich włosach i śniegu roztapiającego się na mojej brwi w zimę.
Tylko szkoda, że ja to pamiętam