CapitanWaffles napisał/a:A więc, od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym "jaki sens jest się zakochać?". Spowodowane jest to moimi obserwacjami, doświadczeniami no i oczywiście przeważającymi wątkami na tym forum
Jakie tematy o miłości przeważają na tym forum... oczywiście te pesymistyczne/negatywne... zostawił/a, zdradził/a, okłamał/a, nie odzywa się itd. A jak jest w życiu... to samo... osoby zakochane są uzależnione od osób darzonych tym uczuciem... ich stan emocjonalny jest pod pełną kontrolą tego co ta druga osoba zrobi... a czy zawsze robią to co nas uszczęśliwia?
Zakochanie się, piękny stan. Jaki jest sens? Hmm... Moim zdaniem wynika to z potrzeby obecności w naszym życiu kogoś na kogo zawsze możemy liczyć, z kim będziemy dzielić swoje troski i radości, kto nas wysłucha. Wymieniać można wiele przyczyn. Ktoś może powiedzieć: No ale liczyć można też na przyjaciela/przyjaciółkę. Niestety - niektórych tematów z nimi nie poruszymy. I również niestety - wymienione przez Ciebie powody rozpadu związków są częste. Ale należy dodać, że nie tylko. Mogą się nie dogadywać - czy to w życiu czy w łóżku, mogą mieć inne poglądy a te z kolei mogą być przyczyną kłótni. Te z kolei rzutują często na to, iż ludzie się rozstają. Ale przecież w związku trzeba często znajdować kompromisy, dążyć do konsensusu. No ale dobra... Zgadzam się z tym, że w większości przypadków ludzie zakochani są uzależnieni od osoby tym uczuciem obdarzonej. Często jednak bez wzajemności, co ta osoba wykorzystuje i to jest przykre. Przykre dlatego, że ktoś bawi się drugą osobą, wykorzystuje ją wiedząc, że ma ją "w garści". Bywają też przypadki, że gdy osoba zakochana wyzna swoje uczucia - ta druga rani ją w ten sposób, że jej unika, co niewątpliwie boli. Nie rozumiem natomiast ostatniego pytania (do końca). Jeżeli chodzi o to, że osoba w której się zakochamy nie zawsze robi to co nas uszczęśliwia to są tu dwie drogi:
1) ona wie, że my się w niej "zabujaliśmy"
a) unikanie itp. - bo ma nas głęboko w poważaniu, nie spodziewała się, że się zakochamy i nas unika.
b) ona czuje do nas to samo - wtedy może chodzić o realizację własnych celów, realizowanie się, spełnianie swoich marzeń. Ale w związku, jak pisałem - powinno się działać wzajemnie i dążyć do kompromisów. Chociaż czasami można (trzeba) postawić na swoim. Jednak w taki sposób by nie odbiło się to w ujemny sposób na drugą połówkę.
2) nie wie o tym, że darzymy ją uczuciem - tutaj wina leży po naszej stronie i albo jej powiemy, że jest dla nas kimś więcej (co wiąże się z pewnym ryzykiem) albo musimy sobie uzmysłowić, że my, ludzie nie mamy możliwości czytania w myślach i czucia tego co druga osoba. Więc nie może wiedzieć, że postępując tak a tak przyczynia się do tego, iż nas nie uszczęśliwia.
CapitanWaffles napisał/a:Będąc z drugą osobą trzeba się liczyć z jej zdaniem. I to jest tak jak w demokracji... nie wszystkie strony mają rację... ale bez zgody obu stron nic zrobić nie można... nie mówiąc już o obustronnej satysfakcji. I co dalej? Mamy związane ręce, kiedy jest coś co np. chcemy osiągnąć, ale nie jest to po myśli drugiej osoby... i kiszka.
Patrz wypowiedź powyżej - kompromis, konsensus.
CapitanWaffles napisał/a:Często porażki w związku to nie są jakieś pikuśne rzeczy (subiektywnie oczywiście)... dla wielu ludzi to jest porażka życiowa... wręcz uważają że przegrali swoje życie. Np. jeżeli jakaś osoba jest z kimś 4 lata... po czym związek się tragicznie rozpada... licząc czas jaki minie zanim osoba się ogarnie to strzelam że to zajmie z jakieś 2 lata (a czasem i jeszcze dłużej). Czyli mamy 4 lata ograniczonego pola manewru (no bo przecież będąc w związku nie działamy na własną rękę) i 2 lata wycięte z życia których już nie odzyskamy.
Heh, życie jest pełne porażek. W związku też się zdarzają. Ale właśnie od tego są związki - żeby było nam łatwiej, żebyśmy mogli liczyć na tą drugą osobę, na jej pomoc. Nie chcę, byście drodzy Użytkownicy z moich wypowiedzi wywnioskowali, że tylko na tą drugą osobę trzeba zwalać nasze problemy. Ale porozmawiać można, doradzić się. Jednak z reguły jest tak, że ta druga osoba, będzie chciała nam ze wszystkich sił pomóc. Ale i my od siebie też coś dać musimy. I to jest właśnie najlepsze - we dwójkę pozornie trudny problem staje się łatwy. Ale musi taka relacja być oparta na wzajemności (a nie, że tylko jedna strona robi za dwie, podczas gdy druga się obija).
Co do straconego czasu - owszem, że sprawia to ludziom ból, iż po X latach związku stracimy siebie wzajemnie. Tych X lat nikt Nam nie wróci. A jeszcze bardziej cierpimy, gdy się okazuje, że ta druga osoba po prostu wykorzystywała Nas. Czujemy się wtedy oszukani, przez co z zaufaniem w przyszłym związku (o ile w niego wejdziemy) może być bardzo, bardzo trudno. Ta druga osoba choćby miała najczystsze intencje, pragnęła naszego dobra itd. to ciężko jej będzie Nas przekonać do tego, że tak jest na prawdę, gdyż my bogaci w doświadczenia z poprzedniego związku nie jesteśmy aż tak ufni. Jednak z ograniczonym zaufaniem należy uważać, bo możemy stracić osobę, dla której rzeczywiście coś znaczymy.
CapitanWaffles napisał/a:Kiedy ludzie najbardziej nie są sobą, okłamują siebie i innych, przechodzą jakieś dziwne transformacje, podejmują głupie decyzje a i czasem odbierają sobie życie (2/3 mężczyzn popełniających samobójstwo robią to z miłości, nieszczęśliwiej albo whatever)... oczywiście w stanie zakochania.
I jak tak się zastanawiam to mam wrażenie że miłość to jest jedno wielkie niewolnictwo, uzależnienie, i istnieje tylko dla samego istnienia.
Nie zgadzam się, że miłość to niewolnictwo i istnieje dla samego istnienia. Co do tego, że jest to uzależnienie - też niezbyt mi to podchodzi. Prawdą jest po części to, że ludzie z miłości robią różne głupstwa, zmieniają się. Samobójstwo? Dla niektórych ludzi, którzy cierpią z tego powodu że źle ulokowali uczucia i nie potrafią się go wyzbyć, "wyleczyć z miłości" to jest jedyne wg nich wyjście. Jednak - zapytajmy się: Czy ja chciał(a)bym cierpieć tak długo (z góry zakładam, że jesteśmy zakochani tak, iż odkochanie nie wchodzi w grę)? Jednak ciągle mamy nadzieję, że trafimy na kogoś, kto będzie nas darzył równie gorącym uczuciem. Ta nadzieja podtrzymuje niektórych przy życiu.
Ufff.... Skończyłem swoje wypracowanie. 
Pozdrawiam 