Witam serdecznie.
Piszę z podobnym problemem, jeśli ktoś znajdzie czas na przeczytanie tego, byłabym wdzięczna za jakąkolowiek radę..
Moja historia dotyczy miłości trwającej 4 lata..Obecnie mam 23 lata (mój byly także), jestem miesiąc po rozstaniu i prawdę mówiąc nie do końca chyba sobie z tym radzę.
Nasz związek bywał trudny, zwłaszcza w pierwszych dwóch latach, starałam się wyciągnąć go z nałogu i złego towarzystwa przez co dochodziło do licznych kłótni. W końcu mój partner sam się zaczął zmieniać i z rozpieszczonego chłopca zaczynał krok po kroczku dojrzewać i stawać się mężczyzną. Docenił chyba to jaka byłam i stał się cudownym jak dla mnie człowiekiem. Miał swoje wady jak każdy a w każdej kłótni to ja zawsze wyciągałam pierwsza rękę..Zdarzało się, że wymykał się do kumpli gdy o tym nie wiedziałam, czasem okłamywał i zapewne o wielu kłamstwach nie wiem do dziś...ale mi mo to bardzo go kochałam, czułam się przy nim dobrze i szczęśliwie. Często rozmawialiśmy o zaręczynach i wspólnym życiu...Lutego zeszlego roku zaczelam prace w firmie w ktorej pewien mezczyzna starszy ode mnie bardzo o mnie zabiegal...przez to czesto dochodzilo do klotni miedzy mna a moim partnerem...kiedys latem kazał mi wypieprzac ze swojego zycia, nie bylam z nim miesiac, mezczyzna z pracy staral sie wtedy jeszcze bardziej a ja pod wplywem emocji i bólu dawałam soba manipulowac...on chcial bym sprobowala z nim byc, ja jednak chcialam porozmawiac jeszcze raz ze swoim byłym wtedy facetem...porozmawialismy i stwierdzilismy ze nie chcemy zyc bez siebie i od tamtej pory wszystko bylo idealnie, on był idealny, ja także się starałam, zawsze jednak bałam się powiedzieć mu o tym, że gdy nie byliśmy razem dochodziło do jakichś sporadycznych pocałunkow z mezczyzna z pracy, nie chcialam go tym zranic, a tym bardziej stracic...Tuż przed swietami Bozego narodzenia powiedzialam mu o tym wszystkim, byl bardzo zawiedziony...ale wybaczyl mi i powiedzial ze bardzo mnie kocha i ja powiedzialam mu to samo...wszystko ukladalo sie dobrze, kiedy któregos wieczoru zapytal mnie co do niego czuje...zawsze mialam problem z okreslaniem uczuc, zapytal czy gdyby poprosil mnie o reke czy zgodzilabym sie..zapytalam go wtedy czy to co jest miedzy nami jest miloscia czy przyzwyczajeniem...on powiedzial ze miłość raczej, ja powiedzialam ze zawsze te dwa uczucia przerazaly mnie w kwestii podobienstw i poprosilam o kilka dni by upewnic sie sama w sobie ze to milosc i moc mu z przekonaniem odpowiedziec ze to co czuje to milosc i mozemy dalej brnac w zycie...niestety nie dał mi tych kilku dni...juz nastepnego wieczora naciskal, byl rozgniewany wiec i ja w chwili gniewiu powiedzialam A CO JESLI CIE NIE KOCHAM? JESLI TO TYLKO CHOLERNE PRZYZWYCZAJENIE, powiedzialam ze zawsze zyjemy pod jego dyktando ze zyjemy jego marzeniami i pragnieniami, nigdy nie zwracajac uwagi na mnie, zawsze zgadzalam sie z tym zyciem choc czestokroc mnie to ranilo...i tych slow zreszta zalowalam juz od razu gdy je tylko wypowiedzialam...chcialam z nim porozmawiac nastepnego dnia i przeprosic, gdy tuz przed snem przypadkiem zobaczylam ze zmienil haslo na portalu...zawsze mielismy wlasne hasla bo nigdy nie bylo nic do ukrycia...weszlam na to konto i zobaczylam ze rozmawial z dziewczyna ktorej ja praktycznie nie znam az ktora i on nie rozmawial dobre 4 lata....rozmawial o mnie...o naszym zwiazku...przesylal jej kazda nasza rozmowe czy to z gadu gadu czy na fb czy smsy..wszystko po prostu kopiowal i wklejal...pisal ze mnie kocha a ja nie wiem czego chce, narzekal na mnie i moja rodzine,choc doskonale wiedzial ze moi rodzie traktuja go i kochaja jak syna, bo niejednokrotnie o tym mowili.. niektore rzeczy wyssane byly z palca co bardzo mnie bolalo, chciel jej zaimponowac i pokazac jak zla jestem...gdy to czytalam myslalam ze serce mi peknie...napisalam mu ze nie chce go widziec bylam zawiedziona i czulam jak stoje posrodku niczego ze wszystkimi uczuciami problemami na wierzchu...ta dziewczyna iwedziala doslownie o wszystkim...mialo to miejsce we srode w nocy, nie rozmawialam z nim do niedzieli, w niedziele probowal ale jeszcze bylam zla i porozmawialismy jedynie na gadu gadu wymieniajac sie pretensjami jedynie...we wtorek juz zaczelam tesknic i chcialam to wyjasnic...zadzwonilam wiec ale nie odbieral, pisalam ze tesknie ale w odpowiedzi slyszalam jedynie: nie kocham cie juz, nie potrzebuje cie, nie tesknie za toba, nie jestes mi potrzebna...nie wiedzialam co sie dzieje, postanowailam wiec pojechac z nim porozmawiac...w drodze do jego domu zadzwonila do mnie kobieta, proszac bym dala spokoj jej obecnemu chlopakowi...zamurowało mnie....tego samego wieczora wpadlam na niego...porozmawialam ale to co uslyszalam przeroslo moje najsmielsze oczekiwania...poznał kobietę, znał ją od 4 dni, powiedzial ze jest z nia w zwiazku i ma zbyt wiele do stracenia jesli do mnie wroci, ze nigdy nie byl ze mna szczesliwy ze zabranialam mu spotykania sie z kumplami itp.co bylo totalnym przeciwienstwem, bo od dobrych 1.5 roku nie potrafilam przekonac go by wyszedl do ludzi wyszedl na piwo czy cokolwiek..on wolal siedziec ze mna lub czekac az ja wroce z plotkarskich spotkan z przyjaciolkami...ponad to ze ta kobieta pozwala mu byc sobą, co mi samej powtrzal niejednokrotnie ze cieszy sie ze nie musi przy mnie nikogo udawac...dodal ze ona jest normalna...a ja nie..ja jestem zbyt zwyczajna najwidoczniej..zapytalam co ona ma czego ja nie mam..odpowiedzial, moze jestes ladniejsza ale ona ma piekniejsze wnetrze i ma gdzies to jak wyglada..po kilku dniach okazało się, że ta kobieta ma około lub ponad 30 lat...zyjemy w małym miasteczku gdzie zazwyczaj ludzie troszke o sobie wiedza..kobieta ta uchodzi podobno za bardzo wredna osobe, wykorzystuje mezczyzn, licza sie dla niej pieniadze i prestiz...ile w tym prawdy? nie wiem, gdyz nie znam jej wiec nie oceniam, ale nie było jeszcze osoby ktora nie zlapalaby sie za glowe na wiesc o tym ze odszedl do innej i do takiej. jest jeden chlopak który zna tą kobietę i mojego byłego także..uważa, że ona wciąż przy nim gra kogoś kim nie jest, osobę spokojną, miłą i cieplą..a jest tego totalnym przeciwieństwem..My mimo problemow zawsze uchodzilismy za dobrą parę, a on za szalenie zazdrosnego o mnie faceta...Jeszcze kilka razy ta kobieta pisala ze sa szczesliwi razem i nikt i nic tego nie zmieni...dotarło do mnie..nie mogłam się pozbierać ponad tydzien czułam jak uchodzi ze mnie zycie, jedyne co potrafilam to płakać...schudłam, zmarniałam, wykonczylam sie psychicznie...któregos dnia poczulam lekką ulgę, bo nie mialam juz czym plakac...zaczynalam powolutku wracac do zycia, gdy kiedys przyjaciolka powiedziala mi o utworach jakie wstawia mój były mężczyzna na portal społecznosciowy...nie były to utwory pelne zycia i radosci, milosci i szczecia, byly to raczej utwory o miłości nieszczesliwej, o tesknocie o utraconej milosci, o tym że osoba ktora odeszla wciaz jest wazna...i wtedy i ja zaczelam myslec i wciaz mysle i zadreczam się, że on moze byc nieszczesliwy....ja wciąż co dzien widze jego auto stojące pod jej domem, wiem zatem ze jest u niej, wiem ze sypiaja ze sobia i spedzaja duzo czasu...dlaczego wiec kiedy jest sam w domu slucha takiej muzyki, czyby tesknil za mną a do tej kobiety jezdzil by zapomniec? odkad mnie opuscil nie odezwal sie ani razu, żyjemy tak, jakbysmy nigdy nie istnieli dla siebie, jakby te 4 lata nigdy nie istnialy, jakby nie bylo planow marzen, z ktorymi zreszta tylko ja chyba zostalam...Ja zawalczylam o niego jak potrafiłam najlepiej, ponizajac przy tym siebie i moich bliskich...kazdy w rodzinie cierpial razem ze mna i pomagal mi sie pozbierac...ale ja wiem ze gdyby chcial wrocic...wybaczylabym...sęk w tym, że po miesiacu ja nie wiem do dzis dlaczego ode mnie odszedl, dlaczego jestem dla niego jak powietrze a te lata zwiazku tak jakby nie istniały...podobno uchodzę za kobiete atrakcyjną, a nie wyobrazam sobie rozpoczęcia innego zwiazku, choc okazji miałabym kilka już...ja wiem ze on jedynie czeka na moment by udowodnic kazdemu w kolo ze szybko sie pocieszylam..i nawet gdybym chciala to nie potrafie...jedyne co udowodnilam,to ze kochalam go znacznie bardziej niz on mnie, choc mówilam o tym mniej niz on, ja staralam się bowiem wiecej robic niz mowic...Staram się żyć dalej, choć nie ma dnia i nie ma godziny bym nie pomyślała o mężczyźnie który tak bardzo zmienił moje życie...oddałabym wiele móc dać mu szczęście, by opamiętał się i zechciał wrócić sam z siebie...Bardzo wiele osób mówi mi, że on będzie żałował i zapewne będzie chciał wrócić, ale wtedy będzie już za późno bo zdążę się pozbierać...Chciałabym w to wierzyć..w to że się pozbieram, bo narazie chyba wciąż żyję nadzieją, i jak wiemy ona umiera ostatnia i chyba nie pozwala mi do końca zapomnieć i przeć na przód nie oglądając się za siebie..Bo ja wciąż żyję przeszłością, totalnie zapominając o teraźniejszości..Co Wy byście zrobili na moim miejscu? Jak Wy do tego podchodzicie? Czy może ja sama przesadzam i powinnam dać sobie z tym wszystkim spokój dając mu po prostu wolność całkowitą..? Z góry dziękuję za wszelkie odpowiedzi...
pozdrawiam
M.M.