Dzien dobry. Zalogowałam się tutaj ponieważ bardzo potrzebuję wsparcia. Od 9,5 roku tworzę z mężem dość dziwny związek. Zawsze na odległość. Mamy dziecko, którego pojawienie się na świecie wymusiło na nas to, że mąż został w wojsku. Potem ślub bo może załapiemy się na mieszkanie. No i że łatwiej pewne rzeczy załatwiać. Ja mieszkając u rodziców kończyłam szkołę. Potem drugą. I cały czas obiecywał mi, że niedługo albo ściągnie nas do siebie, albo przeniesie się do nas. Teraz wiem, że nie za bardzo mu na tym zależało. Życie słomianego wdowca jest łatwiejsze. Łatwiej raz w miesiącu na tydzień przyjechać do domu niż brać udział w życiu rodzinnym na codzień. Coraz częściej na tym tle dochodziło między nami do kłótni. Postawiłam sprawę jasno: albo szuka mieszkania dla nas na pomorzu, albo przeprowadza się na śląsk. Przenosi się z jednej do drugiej jednostki. Przed wszystkimi grał pokrzywdzonego sytuacja, podczas gdy z własnej inicjatywy nie zrobił nic. Jeśli nie nalegałam nie jechał zobaczyć co z mieszkaniem w WAMie. Potem przyznał, że gdyby się tym wcześniej zainteresował to pewnie tak jak i jego kumple by dostał. Ja nie mogłam sobie pozwolić na wyjazd z dzieckiem pod tzw. most. Czekałam. Dałam czas do kwietnia... i liczyłam, że rodzina będzie ważna... W grudniu w okresie świąteczno-noworocznym przebywaliśmy na Mazurach. Sylwestra spędziliśmy u kuzynki. On korzystając z mojej chwilowej nieobecności (fakt, pod wpływem alkoholu) stwierdził, że z chęcią by się z nią przespał. Do mnie doszło to dopiero wtedy kiedy mąż był już w pracy. Byłam bezsilna, załamana, zraniona, rozżalona, zła... W tej złości zadzwoniłam i wykrzyczałam w mało cenzuralnych słowach co na te temat sądzę. Nagrywał mnie... Zbierał haki? Na nim nie zrobiło to większego wrażenia, co w tamtym momencie czułam. Zostawił mnie z tym samą. Nijak nie próbował się tłumaczyć. Dopiero kiedy przestałam się odzywać on zaczął wydzwaniać, wyzywać, zrzucać na mnie winę, szantazować itd. Myślałam, że przejrzałam na oczy, uodporniłam się... Rozłączałam telefon kiedy miał podniesiony ton głosu, kiedy zaczynał wyzywać. Potem przyjechał. Przez tydzień pił. Przy okazji wyszła skrywana przede mną tajemnica, że ma problem z alkoholem. Za wszelką cenę próbował mnie przekonać, że z kuzynką to był tylko taki chamski żart, że nie zrobiłby tego. Nie wierzę... Potem doszliśmy do wniosku, że szkoda tych wszystkich lat i się postaramy odbudować związek. Wydawało się, że wychodzimy na prostą... W ubiegłą środę upił się do tego stopnia, że nie poszedł do pracy, twierdząc, że w niej jest. Dowiedziałam się od jego kumpla który sam zaczął się zastanawiać się co się z moim mężem dzieje... W sobotę znowu postanowił uzupełnić poziom promili we krwi. Potem dowiedziałam się, że chce żebym poszła w..., żebym wystąpiła o rozwód itp, itd. Nic mi nie zostaje poza separacją. Prosiłam jedynie, żeby się w końcu zastanowił czego chce od życia. Żeby wybrał priorytety, żebym w końcu po tylu latach wiedziała na czym stoję, żebym w końcu mogła coś zaplanować, żebym nie czekała na coś... co nigdy się nie wydarzy. Powiedziałam, że nie będę tolerować choroby alkoholowej póki nie zacznie się leczyć. Że jeśli to zrobi i zajdzie mieszkanie to się z synem przeprowadzimy chociażby po to, żeby spróbować. Kocham go, chciałabym mu pomóc. Ale jemu jedynie kumple w głowie, imprezy, dziewczyny... Mówił, że zależy mu, że kocha mnie, ale okazało się to tylko pustymi słowami. Bardzo boli. Myślałam, że już to przebolałam, ale boli nadal... Jak sobie zorganizować życie bez niego? Nie boję się braku pieniędzy, bo pod tym względem myślę, że sobie poradzę. Mimo wszystko boję się jutra... To była moja pierwsza miłość. Straciłam wiarę w siebie, drugiego człowieka... Jak sobie poradzić z tym bólem? Co robić? Nie chcę się mężowi narzucać, więc pójdę za ciosem, złożę wniosek o separacje tak jak sobie tego zażyczył. Nie, nie liczę już na jego powrót na łono rodziny. Nie winię tylko jego, bo pewnie wina leży gdzieś po środku. Strasznie boli to, że człowiek który miał być tym jedynym, a zawsze się tak stacza i niewiele mogę na to poradzić. Że serwuje synowi to, co sam miał w domu. Pomóżcie proszę, bo czuję się nic nie warta, rozbita, w dołku z którego sama się nie dam rady wydostać...
Podobne tematy
Witaj,
To co Cię spotkało nie jest Twoją winą. Starałaś się, dałaś tyle, ile potrafiłaś, chciałaś ratować zawiązek.
Mąż nie stanął na wysokości zadania, nie wybrał rodziny i nic na to nie poradzisz. Jedyne, co możesz zrobić to zająć się sobą i dzieckiem a jego puścić wolno.
On ma poważne problemy i to nie tylko alkoholowe, śmiem wątpić, czy kiedykolwiek zaznasz przy nim spokoju.
Próbując mu pomóc, przeciągniesz swój ból, on sam musi uznać, że ma problem i może to odkryć, gdy straci rodzinę i Twoje wsparcie. A może też zacząć pić jeszcze bardziej. Ale to dorosły człowiek, nie jesteś w stanie zmierzyć się z JEGO problemami, ani kochać za dwoje.
Wiem, co czujesz, pół roku temu spotkało mnie coś podobnego, 2 miesiące temu mąż wyrzucił mnie z domu.
Też go kochałam ponad wszystko. Dziewczyny z forum Grupa Wsparcia Dla Kobiet Kochających za Bardzo pomogły mi przetrwać najgorszy okres. Taki, kiedy budziłam się w nocy z płaczem po kilka razy, nie jadłam, nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Jest tam nas, w podobnej sytuacji wiele. Jeżeli chcesz sobie pomóc, przyjdź, czytaj.
Ściskam Cię mocno, pamiętaj, że jesteś wartościowym człowiekiem i NIE ZASŁUŻYŁAŚ NA TO, CO CIĘ SPOTKAŁO. Nie jesteśmy ideałami, nikt nie jest, ale nikt nie ma prawa nas niszczyć, zdradzać, terroryzować nas.
Powodzenia w Walce o siebie samą.
Pamiętaj, że wszystko mija z czasem, ten ból też.