Mam je dwie. Obie daleko, więc widujemy się dwa, trzy razy w roku. I tak od blisko 20 lat.
Ta pierwsza jest mi bliska jak własna córka, której niestety nie mam. Ilekroć jest (są z rodziną) w moim domu, zawsze znajdzie coś, w czym może mi pomóc, aczkolwiek zawsze zachęcam ją do odpoczynku. Nie mamy przed nimi tajemnic, rozmawiamy o wszystkim i cenimy za takt i dyskrecję. Wyczuwam czasem, że nie zawsze jest w tym małżeństwie bezproblemowo, ale nigdy nie słyszałam słowa skargi.
Druga z nich od początku rozwiała moje nadzieje na bliższy, w sensie emocjonalnym, kontakt. Nigdzie nie czuję się tak nie na miejscu, jak w tym domu, gdzie bywam czasem z okazji świąt. Chyba dlatego, że odzywa się do mnie tylko w razie konieczności.
Ma do mnie żal (?), że poślubiła mojego syna, który "nie gwarantuje jej życia na takim poziomie finansowym, jaki zapewniali jej rodzice"- tak mi szczerze wyznała kilka miesięcy po ślubie. Tylko, że ja z ich decyzją nie miałam nic wspólnego.
Przed rokiem wyszło na jaw, że mój syn ją zdradził. Przeżyłam to niezwykle boleśnie, bo przede wszystkim zawiodłam się na własnym synu, straciłam do niego zaufanie. Cóż jednak mogłam zrobić?! Wtedy to, po raz pierwszy od zawarcia małżeństwa, zadzwoniła do mnie synowa, wylewając wszystkie żale swego zranionego, kobiecego serca. Rozumiałam jej ból bardzo dobrze, ale byłam w tej sytuacji bezsilna. Wiedziałam zresztą o tym wcześniej od syna. Nie udzielałam mu rad, ani nie czyniłam wyrzutów, bo jest dorosły i sam będzie musiał ponieść konsekwencje swojego czynu. On bez słów doskonale wiedział, co ja o tym myślę.
Synowa natomiast nie chce mnie widzieć, "nie jest gotowa na spotkanie ze mną", jak powiedziała.
Jest mi z tym wszystkim niewymownie ciężko, ale:
- Czy ja, matka dorosłego syna, jestem lub mam się czuć odpowiedzialna za to, co się wydarzyło?
Proszę Was o opinie.