Witam!
Długo się zastanwiałam czy zamieścic tu swoją historię,ale zrobie to dlatego,że mój partner zamieścił tu pewnien wątek..chce,żeby ludzie wypowiadający się poznali jak to wszytsko wyglada z mojej strony..żeby mnie nie oceniali i szufladkowali...tylko zrozumieli...( co za wstep)..więc do rzeczy..:))
W 2009 roku podjełam prace w pewnej hurtowni byłam wniebowzięta,że cos robie po 3 miesięcznym siedzeniu w domu..choć praca nie była lekka..mniejsza o to..nie dodałam,że to była rodzinna firma (ojciec, syn, matka i przyjaciel rodziny no i poźniej ja)...byłam zakochana miałam swoje sprawy..no i prace...
Mój partner współpracował ze mną..wiedziałam,że ma żone i dziecko (czasem nawet przychodziły w odwiedziny do niego). M. (nie będe tu wymeniać jego imienia) był dla mnie tylko kolegą z pracy z którym zawsze dobrze mi się rozmawiało i pracowało..wiedziałam,że ma jakieś problemy małżeńskie bo często jego rodzice poruszali jakieś tematy..a matka nadawała na jego żone ,że głópia,że taka..owaka..weź się z nią rozwiedź itd... Jakoś nie mogłam w to uwierzyć,że może być taka zła. Zreszta jak przychodziły z córka do M. myśałam,że są szczęśliwą rodzinką, ja miałam swoje sprawy. Po jakimś czasie M sam zaczął ze mną rozmawiać o swojej żonie i problemach..słuchałam go bo tylko tyle mogłam zrobić...
Dużo ze sobą rozmawialismy..przez internet w pracy jak tylko była okazja..na różne tematy...z biegiem czasu czułam,że M. zaczął mnie troche inaczej trakotować..długo obydwoje broniliśmy się przed tym stanem..jakoś wyszło...
Długo sie ukrywaliśmy...ale później stwierdzilśmy,że wcześniej czy poźniej sie wszytsko wyda..no i się zaczęło..koszmar...najpierw telefony do moich rodziców (dzwoniła jego matka) opowiadała różne dziwne histrorie..ubliżała na mnie...jego ojciec (a mój szef) wpadł w szał..wysyłał mnie na urlop,żeby nas od siebie odseparować...wszyscy brali w tym udział tylko nie żona M. (rodzicej M. wymysłali ich na jakiś wyjazd,żeby poskładali swoje małżeńswto..) jakoś w kilka dni sie nie udało...ja stałam z boku..zgnębiona przez innych posądzana o nie wiadomo co...w końcu sama mówiłam mu,żeby dał mi spokój i ratował swoją rodzine..ale jakoś nie wyszło...po jakimś czasie wyprowadził się z domu do babci...jego żona też do niego nie przyszła nie powiedziała : spróbujmy albo coś..nie walczyła...ja już nie chciałam od niego nic..było mi źle..byłam gnębiona w pracy...w miejscowości w której mieszkam (wieś a tu plotki szybko sie rozchodzą) moi rodzice też nie mogli sobie z tym wszytskim poradzić....
Spotykaliśmy się po kryjomu,kłamałam kombinowałam,żeby się z nim spotkać...wniósł sprawe o rozwód...to też nie było łatwe...Międzyczasie wynajęłam sobie mieszkanie od mojego kuzyna (nikt o tym nie wiedział) praktycznie uciekłam z domu...nie było łatwo...wojna z rodzicami...wojna w pracy..byłam kłębkiem nerwów..ale zrobiłam to dla NIEGO! po niedługim czasie wprowadził się do mnie...ukrywaliśmy to,ale jak się okazało nie potrzebnie bo byliśmy śledzeni i obserwowani (przez ludzi zeznających w sprawie rozwodowej M) ogólnie koszmar...w pracy też miałam masakre...matka M. niszczyła mnie na okrągło..w końcu szef (ojciec M.) kazał jej przestać przychodzić do pracy,żeby dała mi spokoj (ale jak się poźnie okazało nie zrobił tego bezinteresownie)..
I tak sobie żyliśmy..raz lepiej raz gorzej...po srodze było jeszcze mnóstwo różnych dziwnych i strasznych rzeczy,ale to przetrwaliśmy...przetrwałam ja..dla niego....nawet jego matka oskarżała mnie o to, że JEJ małżeństo rozbiłam..(jak się po niedługim czasie okazało mój szef miał kogoś na boku i przy okazji załatwił swojej sprawy naszym...moim kosztem)
Ogólnie temat rzeka...ale cóż starałam się być dobrym pracownikiem..wiedziałam,że przez tą całą sytuacjie wymaga się ode mnie więcej..i dawałam z siebie wszytsko! w pracy i poza nią..chciałam,żeby było dobrze..zapraszalismy czasem Ojca M. na obiady..albo gdzieś z nim wychodzilismy,ale co z tego jak nas w pracy je...za nic..bo miał zły dzień...zresztą z nim nie można było o niczym innym rozmawiać jak tylko o pracy...praca..praca...nawet jak wracaliśmy do domu po pracy było jeszcze z 10 tel od niego...ja miałam dość..jego i tych dziwnych nastrojów..musielismy się do niego dostosowywać...Raz zaprosił nas na jakieś piwo..i pyta to za ile się spotykamy...(wsiadaliśmy do samochodu po pracy) ja na to,że za godzine..a ON taki oburzony,że tak późńo? bo on nie ma co robić...(ale za to ja miałam, zwyczajne obowiazki domowe i chocby chwila dla siebie po całym dniu użerania sie z ludźmi)..no i się obraźił na mnie..ciągle się na nas obrażał..ciągle nas o coś obwiniał...nie radził sobie sam ze sobą...a nas obwiniał za zło tego świata...
Miedzyczasie M. nawiązał kontakt ze swoją matka (która się go wyrzekła) pomine już to,że stała murem za swojaą synowa na którą wcześniej bluzgała...ale myśle ok..to Twoja matka..dlaczego macie się nienawidzić...chciałam,zeby ich relacje sie poprawiły,ale było mi ciezko słuchać na swój temat róznych niestworzonych rzeczy...M. mnie wspierał cały czas..obdwoje się wspieralismy..wkoncu bylismy sami..a przeciwko nam tyle ludzi...
Po jakims czasie sytuacja sie wyciszyła..M. dostal rozód..itd. Żylismy jak zwyli ludzie..wstawalismy razem do pracy..pracowalismy..po zwykłe czynnosci zakupy..gotowanie..itd.ale zawsze gdzies był jego Ojciec i problemy...była praca telefony i zgrzyty miedzy mna a jego Ojcem...przerosło mnie to w pewnym momencie....
Zanim przejde do sedna..porusze wątek córki M. niektorzy zarzucają mi,że dziecko mi przeszkadza..Absolutnie,że nie! Niewiecie jak przezywalam pierwesze spotaknie z nią..jak byłam zestresowana (schowałam sie w łazience i nie chciałam wyjśc)..ale jakoś przełamałyśmy lody..i było dobrze..za każdym razem jak przychodziła strałam się,żeby czuła się dobrze..nie zbliżałam się do M.żeby nie czuła się zazdsrosna odrzucona...sama namawiałam go ,żeby dzwonił (ale jego Ex żona nigdy nie odbierała tel,a później zarzucała mu,że nie interesuje sie dzieckiem) jak byliśmy na zakupach czy cos...zawsze mówiłam : to kup to dla O. nigdy nie byłam wrogiem dla niej! A zarzucano mi wiele rzeczy...jej matka i babcia opowiadały dziecku rózne rzeczy...Matka utrudniała kontakt dziecku z M. chodź on stwała na głowie..starał się...wiem,że jest dobrym Ojcem i One też to wiedzą...
Ogólnie bardzo dużo się działo w krótkim czasie...w pewnym momencie mnie to zwyczajnie przerosło..niby bylismy z M. 24 godziny na dobe razem..itd,ale tak naprawde nie mielismy casu dla siebie...zawsze był jego Ojciec..praca..była żona...ciagle cos robiłam,żeby komus było dobrze,żeby nie była krzywda...ale nigdzie nie było miejsca dla mnie...przyszedl taki dzień,że poczułam sie kompletnie bezsilna, czułam,że za duzo na siebie wzięłam,a chciałam wszytskiemu podołać...
Wyprowadziłam się...wróciłam do domu...by czuć się bezpiecznie..by nikt juz mi nic nie zarzucał...
Najbardziej zabalał mnie moment kiedy rozstałam się z M. (przecież to była moja decyzja)....a tu nagle stosunki z byłą żoną się poprawiły ( utrzymywali kontakt mailowy w sprawie córki)..nagle przestały byc problemy z widzeniami itd..nie wiem czemu ale przez chwile poczułam się oszukana...myślałam,że wszycy wyczyscili sowje sprawy moim kosztem..Było mi strasznie źle..znienawidziłam M.ale jednoczesnie go kochałam...to wszytso było takie trudne...by zrozumiec..by pojac....Zwolniłam się z pracy by nie mieć nic wspólnego z M. i jego ojcem...ale nadal myslałam..tęskniłam...
M. cały czas się stara..trochę na mnie naciska...kochamy się...ale ja zwyczajnie się boje...mam tyle złych obrazów w głowie...boje się mieszania...boję się,że bedzie tak samo...
Rezyhnacja z pracy wyszła mi na dobre...jestem teraz bardzo zadowolona i spokojna...
Teraz tylko czas się pozbierać...pomyśleć co dalej...co robić? Zaufać jeszcze raz???
Mam nadzieję,że zrozumiale opisałam swoja histrorie...pozdrawiam tych, którzy choc troche mnie rozumieją,ale i tych którzy już mnie zaszyfadkowali w kategoii KOCHANEK...(bardzo nie lubie tego okreslenia)
Jeśli ktoś ma ochote wypowiedzieć się lub zwyczajnie pogadac to zapraszam:)
Podobne tematy
2 2012-02-02 00:47:25 Ostatnio edytowany przez Emilia (2012-02-02 00:48:10)
A niby jak inaczej cię nazwać, jak nie kochanką? Nie dziwię się, że nie lubisz. Sumienie się odzywa?
Autorefleksja - to chyba coś, czego osobom takim jak ty brakuje. Gdybyś choć trochę w pewnym momencie się nad sobą zastanowiła, to twój facet dziś nadal byłby szczęśliwym mężem i ojcem. Tymczasem twoje i jego zachowanie sprawiło, że dziś cierpi wiele osób, była żona, ty, on, dzieci, jego rodzice, twoi rodzice. Czy to co zrobiliście było dobre? Jakie owoce to wydało? Tylko masę cierpienia. Po kiego pchałaś się w związek z żonatym? Tak tak, wciskał ci bajeczki o tym, jak bardzo "żona go nie rozumie, wcale ze sobą nie śpią" - znasz ten tekst Osieckiej?
Dziwisz się, że żona nie walczyła? Cóż, zdrada dość już ją upokorzyła, żeby bardziej się poniżać i walczyć o puszczalskiego mężusia.
Wiesz w czym jest problem? W braku refleksji nad swoim życiem, braku zasad moralnych. Nie ważne czy wziętych z religii czy ze środka siebie. Pewnych rzeczy się po prostu nie robi, bo skutki są takie jak widać. Co masz zrobić? Dać se na wstrzymanie, dać święty spokój tym ludziom, może im się uda życie poskładać na nowo.
Dobrze że się zwolniłaś z pracy. Najlepiej wyjedź gdzieś i zapomnij.
Wiesz dlaczego tak się stało? Dlaczego związek ci się posypał? Bo we wszechświecie panuje zasada harmonii - wszystko co zrobisz, to do ciebie wróci. I teraz wróciło. Proste.
3 2012-02-02 09:52:09 Ostatnio edytowany przez Czerepach (2012-02-02 09:53:35)
Gdybyś choć trochę w pewnym momencie się nad sobą zastanowiła, to twój facet dziś nadal byłby szczęśliwym mężem i ojcem.
Przepraszam a co Ty wróżka?
cierpi wiele osób, była żona,.
Tak, ona na pewno. Jak by jej tak bardzo zależało to nie odpuszczałaby tylko walczyła o męża. Jej najwidoczniej to odpowiadało.
Tak tak, wciskał ci bajeczki o tym, jak bardzo "żona go nie rozumie, wcale ze sobą nie śpią"
Czy wciskał tego nie doczytałem. Ale zazwyczaj tak jest w związku, kiedy zaczyna się coś psuć. Że każde z partnerów uznaje, że to ten drugi powinien w sobie coś zmienić, że to ten drugi jest be. Natomiast te związki partnerskie, które umieją się porozumieć zazwyczaj przetrwają burzę.
Dziwisz się, że żona nie walczyła? Cóż, zdrada dość już ją upokorzyła, żeby bardziej się poniżać i walczyć o puszczalskiego mężusia.
Mnie to właśnie dziwi i to bardzo. Bo akurat w moim przypadku ex mocno zabiegała i walczyła by do rozwodu nie doszło, ( mimo że ponoć to ja ją zdradzałem). A skoro jego żonka była taka dobra to, po co przyjęła niewiernego męża do siebie na nowo? Nie wspomnę już i ograniczanie kontaktu ojcu z dzieckiem jest poniżającym zachowaniem jego matki. O którym nawet nie należy dyskutować. To właśnie świadczy o autentycznych przesłankach, jakimi kierowała się matka dziecka.
Wiesz dlaczego tak się stało? Dlaczego związek ci się posypał? .
Z tego, co wyczytałem to autorka wątku zakończyła ten związek. Więc posypał się na jej własne życzenie.
matko ludzie, nie piszcie takich esejów! problem można streścić naprawde w mniejszej ilości textu.
somebody - nie lubisz określenia "kochanka" ale niestety tym byłaś na własne życzenie, świadomie związałaś się z żonatym facetem do tego znając jego żonę, dziecko, rodzinę i ty jeszcze się dziwisz że jesteś obiektem plotek, nienawiści i "sprawczynią całego zła" Niestety jesteś bo fakt że w jego małżeństwie działo się źle nie było twoją sprawą tylko jego i żony a ciebie nikt nie upoważnił żebyś była powiernicą i pocieszycielką faceta. To takie pierwsze wnioski.
To że się boisz no cóż - masz czego zawsze w jego rodzinie będziesz postrzegana jako ta która rozwaliła małżeństwo, jako ta druga, ta która odebrała dziecku ojca. A to że on naciska normalka został sam więc milo by było mieć gospodynię, praczkę i kochankę zamiast siedzieć samemu i uwierz jak nie ulegniesz to on znajdzie sobie pocieszycielkę albo u byłej żony (jeśli go będzie chciała ) albo u innej Bo mam takie złe wrażenie że gdyby cię naprawdę kochał to nie naraził by cię na te wszystkie stresy i poniżenia, nie ukrywał a twoim kosztem nie załatwiał małżeńskich spraw.