Byłam w związku 2 lata z moim partnerem. To byłe piękne 2 lata. Na początku oczywiście wszystko było w porządku, spotykaliśmy się często, przeszliśmy przez masę problemów związanych z moją rodziną. Łączyła nas piękna miłość. Zawsze mogłam na niego liczyć, dosłownie stawał na głowie aby tylko mi pomóc w danej sprawie. Mówili o nas- związek idealny, wpatrzeni w siebie, zakochani. I owszem tak było.
Psuć się zaczęło po roku. Wtedy mieliśmy "przerwę" lecz szybko wróciliśmy do siebie bo nie mogliśmy bez siebie żyć. Parę miesięcy później powtórka czyli znowu przerwa - tym razem myślałam, że zerwiemy ze sobą czego tak bardzo nie chciałam, mimo, że decyzja o przerwach była nasza wspólna. Nie chciałam się z nim wtedy rozstawać, ani on ze mną, lecz uważaliśmy, że dla dobra naszego związku dobrze jest zrobić taki krok. Mamy oboje trudne charaktery i nasze problemy brały się głównie z małych rzeczy, które później rozrastały się do ogromnych rozmiarów. Więc tak naprawdę przez głupoty. Kochaliśmy się oboje lecz chyba zaczynaliśmy działać sobie na nerwy. Z jednej strony nas ciągnęło do siebie z drugiej coś odpychało. Jednak miłość zawsze była silniejsza i wracaliśmy do siebie.
Później nastąpił okres letni. Wtedy naprawdę czułam się szczęśliwa. Wszystko to, co było wcześniej jakby minęło, spotykaliśmy się, było cudownie. Nie mogłam uwierzyć w własne szczęście, że jestem związana z tak wspaniałym człowiekiem. Czułam się tak jak na początku. Lecz pewien dzień zakłócił mój spokój. Widziałam go podczas tego dnia smutnego, rozmyślającego nad czymś. Siedział w samotności, był zapatrzony w jeden punkt. Dopytywałam później o co chodzi, jednak nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Jednak ja dobrze go znam i wiem, że było coś nie tak. I od tego momentu zaczęło być znowu coraz gorzej, tym razem jeszcze gorzej niż wtedy. Kłóciliśmy się jak nigdy, nie poznawaliśmy samych siebie tak naprawdę. Nie dogadywaliśmy się w żadnej rozmowie, było bardzo źle. W październiku rozstaliśmy się.
Następny dzień był koszmarny. Płacz, gniew i miłość na przemian. Postanowiłam do niego napisać tego dnia. W trakcie pisania znowu płakałam. Nasza rozmowa była bardzo ciężka. Mówił abyśmy dali sobie czas, że teraz nie możemy rozmawiać, że tęsknota jest silna ale nie możemy jeszcze rozmawiać. I w takim stanie czekałam na jego kontakt przez ponad 2 tygodnie. To były najgorsze dni w moim życiu. Zawaliłam wtedy wszystko w moim nędznym życiu. Myślałam tylko o jednym- abym zniknąć z tego świata. Nie miałam odwagi skończyć sama ze sobą, prosiłam aby ktoś mnie stąd zabrał. Po 2 tygodniach napisał. Rozmowa była nędzna i o niczym jak moje życie. Po kolejnych 2 tygodniach były jego urodziny. Zadzwoniłam, aby złożyć życzenia. Niby byłam uśmiechnięta, ale to była tylko maska. W środku aż cała drżałam, w głowie tylko jedna myśl- aby się nie popłakać. Po skończonej rozmowie poryczałam się. Nie mogłam wytrzymać. Parę dni później zadzwonił aby umówić się na spotkanie. Zbliżały się moje urodziny więc dostałam na spotkaniu prezent. Było bardzo miło jednak to było dla mnie tak trudne, chciałam stamtąd wyjść. Tak bardzo chciałam do niego wrócić, aby znowu mnie przytulił jak kiedyś i powiedział Kocham Cię, wszystko będzie dobrze. Po spotkaniu ryczałam przez całą noc. Żałowałam nawet, że się zgodziłam, bo to tak bardzo boli.
Później spotkaliśmy się jeszcze parę razy aż pewnego dnia pocałował mnie. Byłam w siódmym niebie, myślałam, że zbliżamy się na nowo do siebie, że oboje chcemy tego samego. Z każdym następnym spotkaniem było coraz lepiej. Zupełnie inaczej. Nawet lepiej niż na początku naszego związku. Dogadywaliśmy się, było cudownie. Ostatnio daje mi wyraźne sygnały, że widzi dla nas szansę. Nie mówi o tym wprost, ale widać, że mu zależy, że nadal bardzo kocha i chciałby spróbować. Może jeszcze nie teraz, za wcześnie, ale chciałby spróbować.
Tak bardzo modliłam się, aby chciał do mnie wrócić. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, kocham go nadal i wiem, że on mnie też. Wszyscy myślą, że poradziłam sobie z rozstaniem, że poukładałam sobie w życiu wszystko to, co zawaliłam po rozstaniu. Jednak to nie prawda. Cały czas borykam się z tymi sprawami, nie mogę niczego ułożyć na nowo nie mówiąc już o rozstaniu. Chcę abyśmy byli razem, bo tak cudownego drugiego człowieka nie znam, jednak są obawy. Kochamy się, ale mam obawy przed tym, co już przerabialiśmy. Jestem tak rozdarta wewnętrznie. Nie wiem co mam robić. Co powiedzieć, gdy on będzie chciał wrócić. Ja też tego chce, powrotu, Tez tego pragnę, kocham go całym sercem, ale zawsze są te obawy.
Czuję się jak wrak człowieka. Praktycznie nie jem, siedzę ciągle w samotności i myślę tylko o nim wspominając dawne chwile. Mam tego dość. Mam dość też tej maski, która przyjęłam na twarz, że niby jest wszystko dobrze, ale tak naprawdę nie jest ani trochę. Chce mi się krzyczeć i płakać na zmianę. Nie wiem co mam robić, to mnie tak wykańcza. Nie wiem na czym stoję. Chce z nim być ale mam obawy. I co powiem gdy będzie chciał wrócić....
Mam tego tak serdecznie dość, pisząc ten tekst cały czas czuję spływające łzy po moim policzku... Mam dość czekania i tego, że czas ponoć koi ból. Mam dosyć czasu, bólu, życia.. Chciałabym ze sobą skończyć jak najszybciej..