Witam wszystkie młode mamy 
Zacznę od słów otuchy: Dziewczyny głowa do góry!!! To, że jesteście matkami nie znaczy, że musicie rezygnować z życia osobistego i czuć, że dobiegło ono końca, tym samym ograniczając się do pieluch, butelek i sprzątania.
Chciałabym wam opowiedzieć swoją historię i pokazać, że można prawie wszystko, trzeba tylko chcieć.
Ja również jestem młodą mamą, aktualnie mam 23 lata i 3-letniego synka
I z każdym dniem utwierdzam się w przekonaniu, że dla chcącego nic trudnego.
Kiedy urodziłam Kubusia nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić, ale wiedziałam, że nie skarze siebie na siedzenie w czterech ścianach. I ot tak pewnego dnia sporządziłam LISTĘ CELÓW, do której jednego dnia coś dodawałam innego odejmowałam.
I jednego jestem pewna, że żeby coś osiągnąć musimy wylać morze łez, stoczyć setki kłótni z chłopakiem/mężem i przedrzeć się przez gąszcz "dobrych rad" teściowej.
Kiedy urodziłam synka byłam świeżo po maturze, a więc co....a więc studia. Nie zrezygnowałam z tego i stwierdziłam, że skoro powiedziałam A (złożyłam papiery na studia dzienne) to powiem i B (pójdę na nie). Na dzień dzisiejszy skończyłam filologię angielską i obroniłam pracę licencjacką(bez powtarzania jakiegokolwiek roku) i tym samym zaczęłam studia magisterskie. W między czasie zrobiłam trzy kursy związane z uczeniem języka angielskiego, wszystkie rzecz jasna on-line (i tu podziękowania od wszystkim mam - za odkrycie internetu:] ).
Jednak nie było tak kolorowo. Żebym ja mogła studiować, mój synek musiał chodzić do przedszkola, więc w każdy weekend pracowałam jako kelnerka, żeby móc opłacić przedszkole.
Jeżeli chodzi o kwestię uczenia się - uczyłam się dopiero jak Kubuś szedł spać, czyli zaczynałam ok. 22 a kończyłam 3-4/ 4-5 (w zależności od ilości :] ) Po południu tatuś zajmował się synkiem, żebym ja mogła zdrzemnąć się na godzinkę lub dwie i odespać nieprzespaną noc.
Prócz tego wszystkiego dochodziła kwestia sprzątania, prania, prasowania, gotowania, itp. ale to już inna bajka 
No i zawsze jakoś tak dziwnie się składało, że na koniec tygodnia przypominali mi się dziadkowie, tj. moi rodzice :] wiem, że to trochę samolubne, ale co weekend wyjeżdżaliśmy do nich, żeby trochę odsapnąć.
Wiem, że przez te 3 lata byłam może aż nadto samolubna, nie zajmowałam się dzieckiem tyle ile powinnam (24h na dobę), nie poświęcałam wystarczającej uwagi dla swojego chłopaka (choć i on zasługuje tutaj na uznanie, bo był naprawdę bardzo dzielny i wytrwały, zresztą dalej jest ;]) i zawaliłam wiele rzeczy ,które według Polskich kryteriów i norm nie powinny być nawet w najmniejszym stopniu zawalone, to nie żałuję tego. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Bo osiągnęłam najważniejszy cel. Skończyłam studia tym samym zapewniając swojemu dziecku godne życie, życie bez zamartwiania się o to jak opłacić rachunki, czy za co kupić chleb.
Teraz spędzam z dzieckiem większość dnia, owszem tak jak mówiłam dalej uczę się, robię kursy i dokształcam się, ale robię to w dogodnym czasie dla mnie.
Dlatego uważam, że nie ma co narzekać na swoją egzystencję lub jej brak, po prostu trzeba wziąć się w garść, nie marnujcie życia na smutasy i żalenie się o brak sensu. Macie dzieci, to jest wasz sens, to jest wasz motor, który powinien was napędzać do działania. A działając róbcie tak, żebyście kiedyś usłyszały od swojego dziecka/dzieci "Wiesz, co mamo. Jestem z Ciebie dumna/y" 
Jeszcze raz pozdrawiam i mam nadzieję, że choć jedna matka po przeczytaniu tego, postanowi zrobić sobie magiczną listę celów, które będzie stopniowo osiągać i będzie z tego dumna 
P.S. Z góry przepraszam, jeżeli mój post jest trochę chaotyczny, ale jest już dość późna pora :]