Na wstepie chcialam zyczyc wszystkim Netkobietkom i Netfacetom wszystkiego co najlepsze w tym nowym 2012 roku:)
Widzialam wiele postow na tym forum na temat problemow z alkoholem, ale postanowilam zalozyc nowy watek, poniewaz pomimo tego, ze problem u wielu jest ten sam, to jednak u kazdego wyglada on inaczej.
Borykam sie z tym problemem od trzech lat i jestem juz na skraju wytrzymalosci. Moj maz ma problem z alkoholem. W koncu uswiadomilam to sobie. Koniec wymowek, koniec tlumaczen, koniec zludzen. Meza praca wymaga tego, ze bardzo czesto jest poza domem. Wiaza sie z tym rowniez wyjazdy. Jak jest w pracy, wszystko jest dobrze. Nie pije, spedzamy mnostwo czasu na telefonie, robimy sobie sprawozdanie z calego dnia, rozmawiamy o poczynach naszego synka, planujemy, itd, itp. Normalna para. Gdy maz wraca z pracy, zaczyna sie problem. Jedzie w ciagu dnia zalatwiac sprawy i wraca w nocy podpity lub pijany (zazwyczaj wlasnym samochodem!). Nieraz bywalo tak, ze wracal nastepnego dnia. Kiedys znalazlam go spiacego w samochodzie. Zajechal na parking, zwymotowal i zasnal. W jakim on musial stanie prowadzic skoro doszlo do czegos takiego?! Nie odbiera ode mni telefonow, ostatnio szlajal sie z kolegami po miescie, byl tak pijany, ze wiedzial tylko, ze gdzies byli, a rzekomo nie pamietal gdzie. Ta sa krotkie przyklady, bo takich historyjek mam juz chyba setki. Dzis znowu pojechal poznym rankiem. Rozmawialam z nim. Obiecal, ze bedzie w domu trzezwy po rak kolejny (bo go nerki bola i nie moze tak pic) i po raz kolejny czeka mnie nie przespana noc zastanawiajac sie czy wszystko ok, czy nie mial wypadku, czy nie plata sie Bog wie gdzie, i ostatnio...czy mnie nie zdradza:( Bo skad ja mam wiedziec co on po tym alkoholu robi. Jak sie napije, jest dla mnie baaardzo nieprzyjemny. Nie ufam mu. Nie dotrzymuje slowa. Nie moge na nim polegac. Nie interesuje sie nami, bo wazniejsi sa koledzy. To tak bardzo boli...Synek chociaz jeszcze nie rozumie, co sie dzieje, odczuwa to, ze mamusia placze, ze mamusi jest przykro. Staram sie chamowac emocje, bo dziecinka albo sama zaczyna plakac, albo przychodzi mnie pocieszac i dawac buziaczki, bo wie, ze cos jest nie tak. Pyta o tatusia. Tyle razy mowilam mu, ze tatus za niedlugo bedzie. Tak sie cieszyl, czekal, a tatus nie przyjechal. Przestalam synkowi mowic, ze tatus przyjedzie, bo za duzo razy sie zawiodl. Chodze nie raz jak opetana od okna do okna. Czy przyjechal, czy wszystko ok, moze ten nastepny samochod to jednak on. Chore! Ile razy prosilam meza, blagalam, po dobroci i w zlosci. Ile razy prosilam, tyle razy dostalam kopa w tylek. To juz jest dla mnie ponizajace. Takie blaganie, zebranie o czas, uwage, milosc, dla mnie i dlla synka. Dzwonienie do niego, po kolegach, gdzie jest, czy wszystko w porzadku. Myslalam nad tym, aby odejsc na jakis czas, aby sie zreflektowal i w koncu wzial mnie na powaznie. Zawsze ulegam i zapominam (przynajmniej probuje), bo chce zeby bylo dobrze. W koncu po trzech latach zdecydowalam sie powiedziec tesciom. Jedynym osobom, jakim sie z tego zwierzylam, bo mialam nadzieje, ze oni beda mieli na niego jakis wplyw. I nic. Dalej to samo. Co mam zrobic? Kocham meza, jeszcze bardziej mojego syneczka. Chce, aby nasza rodzina byla w komplecie, szczesliwa. Ale do tanga trzeba dwojga, a juz wiem, ze zmusic meza do niczego nie moge. Prosze o porade, jakies slowa madrasci. Czy mam odejsc na jakis czas, aby w koncu zrozumial jak bardzo mnie rani? Boje sie, ze jesli odejde, bedzie jeszcze gorzej. Z gory dziekuje i przepraszam za dlugosc postu.
Pozdrawiam,
Sasha.