Cześć Wszystkim!
Długo mnie tu nie było. Ale lubię wracać do miejsc do których czuję choć malutkie przywiązanie. Z tym, że wracam tu z pewnego przymusu. Własnego, ot, co.
Zawsze, kiedy miałam jakiś problem pomagałyście mi. Do tego stopnia, że "wywlekłam się" z wszystkich poważniejszych i mniej - problemów. Ale jak powszechnie wiadomo życie nie jest aż tak kolorowe i znowu znajduję się krótko ujmując na poziomie Rowu Mariańskiego. No bo tak się czuję. I nie mogę, nie umiem tego zmienić.
Otóż ostatnimi czasy zrobiłam mały, malutki błąd. Wtedy mi się tak wydawało. W zasadzie to dzisiaj ma on wymiar wręcz niewyobrażalny dla moich uczuć wewnętrznych i duszy. Mam na myśli sytuację z chłopakiem, który już dzisiaj określany jest mianem "ex". Nie wiem, nudziło mi się przeokropnie, czułam, że to jednak nie to, on w dodatku też nie miał chęci do spotykania się. Nie widzieliśmy się grubo ponad tydzień, podczas gdy obaj mieliśmy dostatecznie dużo czasu by poświęcić chociaż godzinkę na spotkanie. Przedostatniego dnia naszego związku zadzwoniłam. Nie odbierał, więc zostawiłam wiadomość o treści mniej-więcej wyglądającej: "Hej Kochanie, nie mam pojęcia, dlaczego milczysz, czy możemy się spotkać, zależy mi!". Nie raczył nawet odpowiedzieć. Jak na wszystkie poprzednie wiadomości/telefony (oczywiście była ich umiarkowana ilość). W końcu odrobinę zdenerwowana napisałam "Mam powiedzieć pierwsza "miło było"? Przecież inaczej zakładaliśmy", po czym następnego dnia napisał "Miło było". W zasadzie pierwszym odczuciem była ulga. Nie męczyłam się.
Kilka następnych tygodni minęło mi spokojnie, przyjęłam to do wiadomości, nawet szczególnie nie rozpaczałam. Może dlatego, że dobrze udaję. Udaję przed samym sobą.
Całe zdarzenia miały miejsce bodajże pod koniec września, przed połową października postanowiłam pogodzić się z pewnym panem z internetu, zapewne weteranki forum wiedzą o co chodzi. Jeżeli nie, to odsyłam do tematu -> http://www.netkobiety.pl/t27965.html . Znowu poczułam się uwięziona. Nie wiem jak to nazwać. Tak "mentalnie" ograniczona.
Uzależniona od niego. Nie wiem, nie umiem tego zakończyć. Mamy razem spędzić sylwestra ze wspólnymi znajomymi. Ogólnie traktuję go jako bardzo dobrego przyjaciela. On wyobraża sobie nie wiadomo co. Ponadto ciągle lecą teksty: "Wiesz, ja wiem, że to niemożliwe, że ci się spodobam, że coś z tego będzie
(((" i takie smuty. W zasadzie to podchodzę do tego z ogromnym dystansem.
Ale nie rzecz w tym. Zatęskniłam za byłym. Bardzo mi go brakuje. Bardzo chcę go odzyskać. Nie wiem, czy nie mam przez to "mini-depresji". Wszystko jest takie szare, nieładne, nieatrakcyjne. Niedawno jeszcze pisaliśmy, sam nawet rozpoczynał pisanie, ale kiedy się umawialiśmy na spotkanie nigdy nie wychodziło. Bo ostatecznie niczego nie potwierdził. Na FB umieszczał różne posty typu "Czy ktoś kiedyś zatęskni...?" etc., mam wrażenie, że odnosiły się do mnie, bo do kogóż innego, skoro nie miał żadnej innej dziewczyny od tej pory kiedy zerwaliśmy.
Chcę z powrotem tego wszystkiego. Chcę zacząć od nowa. Ale jak?
Przepraszam, ale musiałam to zrzucić z serca.
PS: Wiem, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, ale jednak zaryzykuję.