Witam drogie Netkobiety. Nie wiedziałam w jakim dziale to zamieścić, ale spróbuję tu.
Mam pewien dylemat. Mieszkam w miejscu, którego nie cierpię, otoczenie psychodeliczne, szare, smutne, patologia, wprawia mnie to w depresję. Nie chcę tu żyć, ale póki co nie mam wyjścia. Za rok wybieram się na studia, niestety nie mam możliwości wyjazdu na nie, muszę podjąć edukację w pobliżu miejsca zamieszkania. Ale w mojej głowie rodzi się dylemat... Po licencjacie chciałabym wyjechać, mam zamiar podjąć studia w systemie dziennym [licencjat] tutaj a magisterkę zrobić zaocznie już na innej uczelni. Myślicie, że to dobry plan na to, żeby się wyrwać? Czy może lepiej myśleć o tym po całkowitym skończeniu studiów? A może ten rok czasu wykorzystać na to, żeby zdobyć pieniądze, odłożyć i wyjechać zaraz od początku? Skończyłam szkołę średnią, ale zrobiłam sobie rok przerwy bo chcę poprawić wynik maturalny, żeby dostać się na prawo.
Moja mama twierdzi, że nie mam o czym marzyć, bo jej nie stać na to, żeby łożyć na moje utrzymanie na studiach poza naszym miastem. Mówi też, że nie mam planować przyszłości w ten sposób, że mam tutaj mieszkanie po babci (nie własnościowe, ale przejdzie na mnie bo jestem tam zameldowana) i rzadko kto wyjeżdża, większość osób mieszka tam, skąd pochodzi. Ja sobie nie wyobrażam zostać tutaj do końca życia... Które wyjście w tej sytuacji będzie najlepsze? Jak byście postąpiły?
Podobne tematy
Może spróbuj zarobić jak najwięcej i odłożyć na studia. Podczas samych studiów załapiesz się może do jakiejś pracy na pół etatu, będziesz oszczędzać i dasz sobie radę. Jak dostaniesz miejsce w akademiku to nie powinno Ci być tak ciężko z wydatkami, a w razie czego mama Cię na pewno choć trochę wspomoże (w końcu odejdą jej wydatki na Twoje normalne jedzenie u niej etc). Myślę, że warto spróbować. I nie pozwól innym decydować o własnym życiu, jeśli masz szansę zrobić coś po swojemu.