Witam.
Prosze Was i wyrazenie opini odnosnie mojej sytuacji, a takze o przytoczenie moze przykladow z wlasnego zycia jezeli sa podobne. Zaczne moze od mojej obecjej sytuacji. Rozpadl sie moj 7 letni zwiazek, z ktorego mam dwoje przepieknych dzieci (4,5 i 2 latka). Od okolo 3 lat nasz zwiazek juz nie byl zwiazkiem jakim byc powinnien. Zaczely sie klotnie, obrazania, fochy, wzajemny szacunek zanikal itp. Dodam, ze nie mieszkamy w Polsce. wyjechalismy do pracy, zeby zarobic na mieszkanie w Polsce. bylo to prawie 6 lat temu. Krotko po przyjezdzie dowiedzialam sie ze jestem w ciazy, no i wtedy zaczela sie szkola zycia. Jak tu przetrwac, bo praca niestabilna, jak zmienic mieszkanie( mieszkalismy w 8 osob, wiadomo jak sie zaczyna). I chyba wtedy tak naprawde zaczelo sie dla nas prawdziwe zycie. Z ciazy sie bardzo cieszylysmy, kupowalismy razem ciuszki, wozek, mebelki itp. Udalo sie znalesc osobne mieszkanie,takze wszystko zaczynalo miec swoj sens. Po jakims czasie mojego starania sie jeszcze w trakcie ciazy, dostalismy mieszkanie socjalne. Zadna rewelacja, ale zawsze to byl juz jakis start na lepsze jutro. Przez ten caly okres pracowalam, poszlam na macierzynskie 2 tyg przed porodem i wrocilam do pracy 6 miesiecy po. Musialam wrocic, bo moj partner nie byl w stanie nas utrzymac, a z powodu nie wystarczajacej znajomosci jezyka jak i malej determinacji ( tak sadze) pracowal wciaz w firmie z moim bratem( dzieki ktoremu ta prace dostal). Ja bylam bardzo zmeczona sytuacja, ale moja sila walki o lepsze jutro i przetrwanie na lepszym poziomie niz przyslowiowe "tanie puszki z fasolka". Mialam cele, chcialam miec swoj dom, jezdzic na wakacje, chcialam zeby dziecku nic nie brakowalo( ja pochodze z ubogiej rodziny) i generalnie czulam sie lepiej psychicznie bedac wsrod ludzi. Idac dalej, gdy coreczka miala ok roczku zaczely sie miedzy nami klotnie, on wiecznie zmeczony zasypial o 19( pracowalismy w podobnych godzinach), ja czekalam w sypialni albo w salonie zebysmy spedzili razem czas, staralam sie oragnizowac wyjazdy jak najczesciej do Polski, staralam sie jak najczesciej utrzymywac kontakty z jego rodzina i czasami wrecz przez wybranie numeru telefonu do jego mamy on dzwonil, bo tak to mogl nie odzywac sie tygodniami, a nie chcialam,z eby jego rodzina obwiniala mnie za brak kotaktu jego z mama czy siostra. Poprostu dbalam, badz " nianczylam go" nawet w tej kwesti. Jako, ze zaczelam zarabiac lepiej to i zaczelam wydawac inaczej. W miedzyczasie zaczelam studia, wyslalam go na kurs jezyka, kupilam samochod, zalatwialam ubezpieczenie, rachunki, odkladalam, placilam za czynsz w Polsce, a on wiecznie pieniedzy nie mial. Nie pomagal mi za bardzo w zadnych obowiakach domowych, nawet bedac w 2 ciazy malowalam pokoje sama, bo jego tygodniami trzeba bylo prosic.
No i tak ie rozwijala sytuacja miedzy nami, coraz czesciej brakowalo mi z jego strony stabilizacji, poczucia bezpieczenistwa, ze jak ja strace prace to on nigdy nie zapewni mi i dziecku bytu. No ale dalej robilam tysiac rzeczy, majac nadzieje, ze kiedys to sie zmieni. Zaczelismy sie starac zeby bylo milo, rozmawialismy o drugim dziecku, zeby corka miala rodzenstwo, ze jakos damy rade, on mial plany,ze zmieni prace, zrobi inne kwalifikacje itd itp. No i gdy corka miala 2,5 roku urodzil nam sie syn. juz w trakcie ciazy przestalo byc kolorowo( choc teraz patrzac z perspektywy czasu chyba tych kolorow juz przed druga ciaza zabraklo). Teraz wiem, ze wierzylam w cos co nigdy nie nastanie. Caly czas pracowalam, studiowalam i wykonywalam reszte obowiazkow, a sytuacja partnera caly czas byla taka sama. Po porodzie w sumie juz bylo tylko gorzej. Gdy syn mial niecaly rok, kupilam dom( tak ja, bo partner nie mial pieniedzy, a ja mialam cos tam odlozone). Nie chcialam miec wspolnej wlasnosci jako, ze nasza sytuacja byla juz na tyle beznadziejna, iz nie widzialam sensu brniecia w kolejne dlugo-terminowe zobowiazanie. Przeprowqadzilimy sie razem, pomagal przy remoncie, ale do teraz duzo prac jest nie podokanczanych jako ze nie ma na to czasu.... Wyprowadzil sie 2 miesiace temu, pomoglam mu znalesc mieszkanie, bo chyba by wyprowadzka nigdy nie nastapila(!!!!). Jest mi lepiej, w domu ciszej i generalnie jestem bardzo zadowolona ze swojej decyzji gdyby nie... now lasnie i tu sie zaczyna sedno sprawy.
Mam przyjaciela, pracujemy razem od 5 lat. poznalismy sie jak bylam w pierwszej ciazy i w sumie chyba byl jedno z niewielu zyczliwych mi osob w pracy w tamtym okresie. Po poworcie z macierzynskiego, nasze kolezenstwo przerwodzilo sie w przyjaz. Moj partner wiedzial o wszytskim, tzn ze duzo rozmawiamy. Nigdy poza praca sie nie spotykalismy, nie bylo zadnej zdrady. Wtedy moj kolega byl w zwiazku z kobieta ktora miala dziecko z innym mezczyzna, on wychowywal je od 3 miesiaca zycia, takze byl dla niego ojcem i kochal go ponad zycie. Ich zwiazek mial problemy, az w koncu sie rozstali i dla niego to byla najwieksza porazka, bo musial sie rozstac z malym chlopcem. Nie bylo szans, zeby dostal jakiekolwiek prawa rodzicielskie itd takze podjal najciezsza decyzje nie utrzymywac kontaktu dla dobra dzieka.
Wtedy juz chyba bardzo sie zaangazowal w nasza znajomosc, ale ja nie dawalam mu nigdy szansy ani w zachowaniu ani w rozmowie ze bedziemy razem. Bylam wtedy w zwiazku i to bylo dla mnie priorytetem. Zalezalo mi na nim, ale zeby uniknac dalszego rozwoju sytuacji, przestalismy ze soba rozmawiac. Nie chcialam rozbijac jego rodziny, nie mylalam ze kiedykolwiek odejdzie, a ja jeszcze wtedy walczylam o swoj zwiazek.Zaczelam go ignorowac itd, staralam sie o naprawe swojego zwiazku, druga ciaza. Teraz wiem, ze on sie rozstal ze swoja partnerka, bo byl bardzo zakochany we mnie no i nie widzial szansy naprawy ich zwiazku. Gdy on sie rozsstal ja juz bylam w ciazy, no i naz kontak praktycznie sie zatarl. Mi go brakowalo jako przyjaciela, osoby ktora mi dodawala otuchy, pomogla gdy potrzebowalam pomocy. No ale zycie sie dalej toczyla. Odeszlam na macierzynskie, nie bylo mnie 9 miesiecy. W domu byl koszmar, klotnie nerwy non stop. Gdy wrocilam po pracy, nie sadzilam, ze tak szybko rozwinie sie sytuacja, jaka jest teraz.
Kolega z pracy poznal nowa dziewczyne, zapomnienie o mnie, o malym chlopcu ktorego wychowywal i nie widywal wiecej i nadzieja na rozpoczecie nowego zycia i stworzenie rodziny. Nie rozawialismy przez pare tyg od mojego powrotu, ale nie bylo szans zebysmy tak wytrwali. Zaczelismy rozmawiac, zaczelismy sie zwierzac. On mi powiedzial jak bardzo cierpial jak sie dowiedzial o mojej drugiej ciazy, ze gdybym mu powiedziala, ze chce z nim byc juz wczesniej by sie rozstal z poprzednia dziewczyna, bo taki byl zakochany itd...ja tez zalowalam, ale czasu sie nie cofnie. Teraz chyba dotarlo do mnie co stracilam, ze chyba nalezymy do tych co poznali sie w nieodpowiednim czasie i teraz musza cierpiec. mamy kontak ze soba codziennie, w pracy i poza nia.Wiemy co robilismy, co bedziemy robic. Spotkalismy sie ze soba pare razy poza praca, nadal sie spotykamy i oboje nie bardzo wiemy co zrobic. On teraz mowi, ze chyba nie mogl by sie zaangazowac w moje dzieci, bo tak cierpial po poprzednim rozpadzie a z obecna dzieczyna mimo iz nie maja klotnie, uklada sie w miare stabilnie, i on moze z nia zbudowac rodzine od poczatku, tak jak ja to zrobilam. Mowi ze mu zalezy na mnie, ze gdyby nie dzieci to nawet by sie nie zastanawial. Staralismy sie oboje kilka razy. nie miec kontaktu, nie rozmaiwac, klocic, zeby bylo latwiej milczec...ale nic nie pomaga, po jakims czasie i tak to wraca... On zdradza swoja dziewczyne ze mna, ja mu na to pozwalam, bo nie potrafie pozbyc sie nadzieji, chce lapac choc chwile "nas" bo nie wiem jak dlugo to wytrwa. Nie jest tak, ze sypiamy ze soba, bo nie sypiamy, tylko spedzamy ze ssoba czas, przytulamy, calujemy, rozmawiamy...ale on nie oze sie przelamac do podjecia tego ryzyka do kolejnego zwiazku z nie swoimy dziecmi., mowi, ze jak sie nam nie ulozy to on znow bedzie cierpial podwojnie, bo ze wzgledu na dzieci...Ja mu tlumacze, ze jak kocha swoja dziewczyne i chce z nia zycie ulozyc to niech da sobie spokoj ze mna, ale on nie chce, mowi ze glowa mu mowi co innego a rozsadek co innego, ze to najciezsza sytuacja jaka mial, ze nie chce mnie tracic i boi sie kiedy dzien nastapi...ale dalej ja cierpie bo on jest z inna nie ze mna.
Czy mozna kochac i zdradzac? czy strach angazowania sie w zwiazek z kobieta z dziecmi moze naprawde odstraszac? Mnie zawsze sie wydawalo, ze milosc przetrwa mimo wszystko...Co robic?czy warto przekonywac i sie starac i w tym samym czasie rozwalac jego zwiazek?