Witam WSZYSTKICH!
Chciałabym przedstawić Wam swój problem, jednocześnie prosząc o poradę. Z chęcią wysłucham wszystkich spostrzeżeń odnośnie poruszonego przeze mnie tematu, jeśli będziecie mieli ochotę podzielić się nimi ze mną.
Mam 18 lat, jestem w klasie maturalnej. Pochodzę z rodziny wielodzietnej, jest nas pięcioro (przy czym ja i moje dwie młodsze siostry jesteśmy z innego ojca). Natomiast moich dwóch najmłodszych braci to owoc związku mojej matki z jej aktualnym partnerem. Moim rodzicom (biologicznym) nie układało się od początku. Byłam wpadką. Oboje byli młodzi i raczej nie myśleli o poważnym związku, nie wywodzili się też ze zbyt zamożnych rodzin, co podwójnie komplikowało sytuację, gdyż na wsparcie finansowe ze strony dziadków nigdy nie mogli liczyć. W dodatku mój ojciec zawsze był typem "lekkoducha", nie umiał zadbać sam o siebie, a co dopiero o rodzinę... Notorycznie zdradzał moją matkę, ta jednak twkiła w tej toksycznej relacji, naiwnie wierząc, że może w końcu za sprawą swojej miłości i poświęcenia - niczym za dotknięciem "czarodziejskiej różdżki", odmieni go. Tymczasem ojciec nie stronił od imprez suto zakrapianych alkoholem i przelotnych romansów z innymi kobietami. Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej, mama tkwiła w tym chorym związku, otrzymując w zamian - zdrady, poniżanie na każdym kroku, traktowanie jej jak kucharkę, służącą itp. W międzyczasie urodziły się moje siostry. Nic jednak to nie zmieniło. Po 8 latach małżeństwa moja matka złożyła pozew o rozwód, jednak ciągle dawała tacie kolejne szansy, a on drwił sobie z niej. W domu nie przelewało się, ojciec chociaż dobrze zarabiał - nie intersował się domowymi sprawami, matka więc parała się kolejnymi zajęciami, jednocześnie zajmując się domem i wychowując trójkę małych dzieci. Im lepiej sobie radziła - tym bardziej agresywny stawał się wobec niej ojciec. Nie umiał znieść tego, że daje sobie bez niego radę. Kiedy zdecydowała, że to definitywny koniec i sfinalizowała sprawy rozwodowe, jednocześnie wymeldowując go - robił wszystko by "uprzyjemnić nam życie". Pieniędzy stale brakowało, niekiedy nie było nawet za co kupić lekarstw. Miałam już wtedy za sobą prawie całą szkołę podstawową. Wychowywałam się praktycznie sama, choć matka starała się ze mną rozmawiać o wszystkim, a w naszych relacjach nigdy nie było tematów tabu. Zawsze powtarzała mi, że jestem jej najlepszą przyjaciółką i z każdym problemem mogę się do niej zwrócić. W praktyce wyglądało to jednak nieco inaczej - ciagły brak czasu dla mnie, praca - dom - praca - dom. Była skoncentrowana na zarabianiu pieniędzy i zajmowaniu się moimi młodszymi siostrami. Uważała zawsze, że jestem na tyle samodzielna i inteligentna, że sama sobie poradzę, że jakoś to będzie. Ale wcale nie było. Dziewczynka wchodząca w okres dojrzewania, potrzebuję dużo opieki, potrzebuję prawidłowych wzroców, tego by zająć się nią. Poświęcić jej trochę uwagi. Nie chciałam zawieść jednak matki i pokładanych przez nią nadziei we mnie. Przynosiłam więc same piątki i szóstki. Wtedy czułam się doceniona, zauważona. Moja matka skoncentrowała się wówczas na swoimi drugim związku, a na świat przyszedł mój brat. Z ojczymem nigdy nie umiałam znaleźć wspólnego języka. Zawsze miał do mnie jakiś problem, bo nie chciałam mu się podporządkować, bo nie zgadzałam się z nim, by nie chciałam by udawał mojego ojca, którym nigdy nie był i nie będzie. Byłam na to po prostu za duża. Dotychczasowe "przyjacielkie" relacje z moją mamą uległy całkowitej zmianie. Nie miała dla mnie czasu, zachłysnęła się swoim nowym związkiem i to właśnie na nim skupiła swoją uwagę. W tym czasie zaczęły się moje pierwsze związki z mężczyznami. Dużo starszymi mężczyznami. Potrzebowałam opieki, troski, której nigdy w domu nie otrzymałam. Pojawił się seks, alkohol, papierosy. A ja czułam się taka "dorosła", byłam panią sytuacji, od nikogo nie czułam się uzależniona. Tymczasem byłam po prostu wykorzystywana, nie rozumiejąc, że ci faceci najzwyczajniej w świecie bawią sie mną, żerując na mojej naiwności. Te związki zszarpały mi nerwy, sprawiły, że stałam się kłębkiem nerwów. Nie umiałam się w tym odnaleźć. Matka mi tego nie ułatwiała, nie zwracała uwagi na to co robię, co się ze mną dzieje. Miała swoje, "nowe" życie. A ja mogłam robić to, co chciałam. Bardzo mi się to podobało. Teraz kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, czuję do niej ogromny żal.
Drugi partner mojej matki nie okazał się być wcale lepszy od mojego ojca. Nie zdradzał jej, nie pił - ale swoim cholerycznym nastawieniem do życia, "gburowatością" pomimo młodego wieku, wprowadził do naszego domu jeszcze większą nerwowość. Atmosferę, która dla każdego normalnego człowieka byłaby nie do zniesienia. Do domu odechciewało mi się wracać. Moja matka zachorowała na bardzo ciężką depresję, początkowo nie było wiadomo co jej jest. Przestała wstawać z łóżka, nie jadła, nie spała, nie piła - popadła w kompletną apatię i abnegację. Bywało wówczas tak, że często przez kilka dni nie miałam nawet co zjeść. A w ciągu pół roku schudłam ponad 10 kg, pogorszyły się moje wyniki w nauce, dodatkowo związki ze starszymi mężczyznami, którzy mnie wykorzystywali - wyniszczały mnie psychicznie. Nie miałam do kogo się odezwać, z kim porozmawiać. Byłam na świecie kompletnie sama, musiałam jeszcze zająć się młodszymi siostrami, bo jak się zapewne domyślacie mój ojczym nie był do tego skory. Kiedy matka wyzdrowiała i zaczęła brać psychotropy, wszystko pozornie wróciło do porządku. Jest to jednak tylko złudzeniem, moja matka nie myśli w realny sposób. W zależności od dnia - albo wszystko widzi w czarnych barwach, albo zachowuje się jak na haju. Pół roku temu urodziła dziecko. Przestała interesować się moimi siostrami, skupia się na swoimi nowym życiu. Jeśli chodzi o mnie - nadal powtarza mi, że jest moją "przyjaciółką" i chce dla mnie dobrze. Przy czym moim życiem nie interesuje się kompletnie. Dzięki mojej determinacji i temu, że w pore opamiętałam się, udało mi się bez żadnych potknięć dotrwać do chwili obecnej i dojść do klasy maturalnej. Jeśli chodzi o przyszłość - mam obecnie wspaniałego faceta, rozumie mnie jak nikt inny, dba o mnie i wspiera mnie na każdym kroku. Gdyby nie to nie wiem jak sobie bym poradziła, gdyż ze strony matki poza tym, że pozwala mi u siebie mieszkać i zapewnia cieply obiad, nie mam żadnej pomocy. KOMPLETNIE. Strasznie mnie to boli, gdyż niemalże obca osoba (mój chłopak) potrafi okazać mi więcej serca niż moja rodzina. Najgorsze jest jednak to, że gdy mowię mamie o tym, że np. dzięki temu, że mojemu chłopakowi udało się odłożyć trochę pieniędzy, żebyśmy mogli polecieć w czasie ferii zimowych za granicę, wyczuwam zawiść. Złość, że mi się udało, że mogę być szczęśliwa. Że mój facet ma mieszkanie, w którym po mojej maturze planujemy wspólnie zamieszkać. (Nie wyprowadzam się do niego teraz, gdyż nie potrafiłabym być na czyimś utrzymaniu i żerować na kimś, dlatego czekam, aż skończę liceum i będę mogła pójść do pracy.) Kiedy cieszę się z jakiegoś prezentu, który otrzymałam od niego - spotykam się z kamienną miną mojej matki. Kiedy on przychodzi do mnie, nie umie być dla niego nawet miła. Mimo, że tak bardzo mi pomaga i gdyby nie on nie miałabym czasami nawet za co dojechać do szkoły. Jest mi z tym wszystkim ciężko, rozmawiałam z nia o tym - on twierdzi, że wydaje mi się. Mowiłam jej też, że liczyłam na jakiekolwiek wsparcie z jej strony, chociażby na to, żeby dołożyła mi się do korepetycji(przy czym widzę, że na inne rzeczy naprawdę ma pieniadze, które to z moim ojczymem wydają na kompletne głupoty.), ale ona twierdzi, że NIE MA PIENIĘDZY, a ja jestem dorosła. Staram się zawsze znaleźć sobie jakieś dodatkowe źródło dochodu, ale nie zawsze jest to możliwe do pogodzenia ze szkolnymi obowiązkami.
Czy macie może jakiś pomysł jak do niej trafić? Jaki powinnam mieć do niej stosunek? Jest mi przykro, że traktuje mojego faceta jako "intruza", mimo że tak wiele pomocy dostaję z jego strony, na którą od niej nie mogę liczyć. Dlaczego tak bardzo boli ją moje szczęście? To, że mam łatwiej w życiu? Za każdym razem nasze rozmowy sprowadzają się do argumentu, że gdybym ja tak jak ona jako kilkunastoletnia dziewczyna zaszła w ciąże i nie miała na kogo liczyć to bym to zrozumiała. W ciąże nie zaszłam, nauczona właśnie jej doświadczeniem, a i tak nie mam na kogo liczyć. Czy to ją usprawiedliwia? Czy to, że ona kiedyś miała ciężko, oznacza, że i ja mam być nieszczęśliwa?
Najbardziej mnie bawi, kiedy za zapracowane przeze mnie pieniądze kupuję sobie ubrania, na ktore ona pieniędzy mi nie daje - a później mówi, że ją na takie rzeczy nie stać (choć co chwila coś kupuje) i żebym z tego zrezygnowała to będę miała pieniadze na korepetycje...
Eh, cieszę się, że mogłam to wszystko z siebie wyrzucić. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto zechce mi coś doradzić lub chociaż powie, co o tym wszystkim myśli.
PS. Tak sobie pomyślałam, że zapomniałam dodać jedną bardzo ważną rzecz - z biologicznym ojcem kontaktu nie mam, zniknął, przepadł. Nie wiem nawet, gdzie mieszka, dlatego na pomoc z jego strony nie mam co liczyc. Szkoda mi moich młodszych sióstr...