Witam.
Chciałabym sie z Wami podzielić moją historią... i chce również prosić o radę, o świeże spojrzenie, o pomoc.
Mam dosc sporo do napisania, nawet nie wiem jak za to się zabrac...
Z moim chłopakiem jestem od gimnazjum ( od tego czasu mineło juz 6 lat), miewaliśmy wzloty i upadki jak każda para, ale zawsze potrafilismy jakos dojsc do wspolnych kompromisow. Było nawet tak że 2 razy rozstaliśmy się na jakis czas, ale wróciliśmy do siebie.
Zawsze byłam o niego zazdrosna, no ale jestesmy ludzmi... nigdy nie chciałam go ograniczac ani zabraniac spotykania sie z innymi ludzmi. Kiedy chcial jechal ze znajomymi na wakacje/weekend, chodził sam na imprezy (nie mialam i nie mam z tym problemu) Mój jedyny problem to kolezanka jego matki!!! Starsza od niego o 8 lat...
Pewnego dnia poprostu sie zjawila ( poznała sie z jego mama na jakims forum, polubiły i tak ło ona zaczeła ich odwiedzac) Widziałam ja tylko 2 razy ale odrazu wydała mi sie jakaś lewa (mojego chłopaka poparzyło słonce, byłam u niego, siedziałam z maścia w reku a ona wyleciała z tekstem " ojjj jaki biedny, może Cie wysmarowac" i mówiła to całkiem serio.... ( w sumie taka pierdoła, ale odrazu mi sie to nie spodobało)...
Po pewnym czasie zaprzyjażniła sie z moim chłopakiem- on jezdził z nia gdzie tylko chciala jak miala jakis problem, spotykali sie sam na sam w pubie/ u niego w domu lub w trojke z jego matka, spedziła nawet u nich świeta! On wiedział ze jestem zazdrosna i zła o to ale nic sobie z tego nie robil....
Pewnego dnia jego mama trafiła do szpitala, to była zima. U niego w domu było zimno i nie miał co jeśc... Wiec Panna K. ( tak bede nazywala kolezanke jego matki) skorzystała z okazji i zaproponowala zeby zamieszkal z nia, w jej mieszkaniu... dowiedzialam sie o tym dopiero po kilku dniach, przyszedl do mnie do pracy i oznajmil ze mieszka z K. i zebym sobie dala spokoj z nim bo to nie ma sensu, a miedzy nim i K. cos jest.... to była tragednia dla mnie...
Jednak kilka miesiecy pozniej wrocilismy do siebie, okazalo sie ze mieszkal z nia tylko chwile, nie spali ze soba i to podobno ona stwierdziła " ze wszystko fajnie tylko szkoda ze nie jest kilka lat starszy...", powiedział mi tez ze nie zostawil mnie dla niej tylko poprostu sam fakt ze z nia zamieszkal byl nie fair... wierze mu, wierze w kazde słowo które mowi, ufam mu.. ale nie wierze jej....
On dalej sie widuja z K. Miałam z nim kilka rozmów "wychowawczych" na ten temat- on wie ze jej nie trawie ale powiedział ze dalej bedzie sie z nia widywal, bo to jest osoba z ktora moze porozmawiac o mnie i o wszytskim innym, powiedział że ja lubi (ze w pewien sposob ona go intryguje) Stwierdził tez ze on w zaden sposob jej nie zaczepia, nie pisze do niej, tylko ona do niego... i faktycznie ostatnio siedział ze mna a K. zadzwonila do niego czy nie poszedlby z nia ogladnac nowego mieszkania, powiedzial jej ze nie bo siedzi ze mna, to zadzwonila po pewnym czasie i zapytala czy w takim razie wieczorem ma czas..... Mam z nim taki "tak jakby" układ ze pisze mi kiedy sie z nia widzi i napisał dzisiaj... Odrazu przeszedł mnie dreszcz i zrobiło mi sie goraco... Kocham go i nie wiem co robic. Chce zachowywac sie racjonalnie, ale najchetniej to bym jej zrobiła krzywde... W sumie nie mam teraz powodow zeby byc zła, ale jednak gdzies to we mnie siedzi, ze sie jej boje...
Na koniec takie jakby usprawiedliwienie - "facet to facet, a faceci czasami nie myśla, kobiety sa sprytne i potrafia sobie męzczyzne okrecic wokół palca i zrobia tak zeby wyszlo wszytsko po ich mysli" Mysle ze K. jest doswiadczona i wie czego chce a przedze wszytskim wie jak to zdobyc...
I juz naprawde tak na koniec "Jak suka nie da to pies nie weżmie"-- takie jest moje zdanie
Co Wy o tym myślicie?? Co robic?? Czy aby nie przesadzam???
Podrawiam i z góry dziekuje.