Zaznaczę, że nie jestem jasno określoną osobą- mogę bulwersować wszystkie panie, które namawiają do ratowania małżeństwa za wszelką cenę dla dzieci,dla fanu życia w katolickim kraju....
Zacznę od tego że jestem DDA
Miałam chore dzieciństwo, ale szybko się wyrwałam z domu- wyjechałam do szkoły, mieszkałam w intertacie i już wtedy wiedziałam, że nigdy tam nie wrócę.
Zdałam maturę na piątki i zaczęłam studia na politechnice. Niby fajnie, ale wtedy odezwało się moje DDA
Dla zabicia pustki odrzucenia, samotności zaczęłam siedzieć na czatach, zajmowało mi to tyle samo czasu co nauka.
Spotykałam się z facetami- zawsze starszymi, żyłam nocą, bawiłam się, czasami z nimi sypiałam i odchodziłam.
Wracałam do swojego mieszkania, studiów,pracy. Radziłam sobie nad wyraz dobrze.
Pewnego dnia spotkałam się z nim...miał być jednym z wielu....ale został do dzisiaj i jest moim mężem od 4 lat.
Byłam pod wrażeniem, że przetrzymał moje odrzucenie- robiłam wszystko aby zostawił mnie w spokoju.
Ale został....zamieszkaliśmy razem, po roku wzięliśmy ślub.
Czy go kochałam? Nie wiem, nigdy mu tego nie powiedziałam. Mamy cudowne dziecko, które jest moim największym szczęściem.
Mój mąż ma właśną firmę, ja pracuję po 10 godzin dziennie i już chyba znudziło mu się takie nudne życie.
To on przywrócił mnie do życia, poszłam na terapię, skończyłam studia, obecnie awansowałam.
Miałam gorsze- depresyjne dni, przeżyłam romans o dziwo z młodszym facetem, kiedy myślałam, że zatracam swoją tożsamość i znowu szukałam potwierdzenia, że nie zasługuję na normalne relacje....ale zawsze wracałam do męża.I kiedy uwierzyłam, że jest dobrze, że moje demony przeszłości już odeszły- mój małżonek, już nie chce być tym księciem na białym koniu...i stwierdził, że teraz on musi zacząć korzystać z życia.
Dodam, że zapłaciłam wysoką cenę za bycie z nim- jest do człowiek despotyczny, władczy, zawzięty, zawsze osiąga swój cel- jednym z nich byłam ja....chciał zdobyć nie tylko moje serce ale i zmienić całe życie -a kiedy już to się stało-stałam się mu zbędna.
Jeżeli mówimy o rozwodzie, to dla niego oczywistą oczywistością jest, że dziecko zostaje z nim, a rozdów zostanie orzeczowy z mojej winy.
Kończąc- wiem, że powinnam odejść jak najszybciej, ratować to co do tej pory osiągnęłam, ale cholera boję się, nie tego że zostanę sama bo mam to w dupie, zawsze byłam sama i dobrze sobie radziłam, ale tego, że znowu wróci moja depresja, że będę się bała własnego cienia- po piekle które mi urządzi w sądzie i przy podziale majątku.
Podobne tematy
Bardzo Ci wspolczuje , sama jestem DDA i dokladnie wiem jak to sie odbija na codziennym zyciu . Ja wytrwalam duzo dluzej niz Ty w zwiazku - ponad 20-cia lat - moze dlatego , ze wczesniej DDA bylo tematem tabu , tematem wstydliwym . Dodam , ze kiedys nie bralo sie pod uwage przezyc z dziecinstwa i ich wplywu na zwiazek . Aktualnie jestem z mezem w separacji , mieszkamy osobno.Mimo to ,ze z jednej strony zal mi naszego zwiazku , to z drugiej strony dopiero teraz uswiadomilam sobie tak naprawde , ze paradoksalnie tylko wtedy moge byc szczesliwa kiedy jestem nieszczesliwa - mam nadzieje ze rozumiesz o co mi chodzi . Tak chyba z nami DDA jest ,ze bezpiecznie czujemy sie wtedy kiedy jestesmy w stanie zagrozenia . Przeciez my nic innego nie znamy z dziecinstwa .My z mezem nie mamy dzieci , pare lat temu jak moj ojciec postawil mi to jako zarzut odpowiedzialam mu spontanicznie , ze ja po prostu nie wiem jak to jest byc dzieckiem szczesliwym i dlatego macierzynstwo nie kojarzy mi sie z niczym pozytywnym .
Tak sie rozpisalam o sobie , bo chcialam zebys wiedziala , ze sa ludzie ktorzy nie dosc , ze nie potepiaja Twojego postepowania to jeszcze doskonale Cie rozumieja .Na koniec dodam tylko , ze my DDA jestesmy cholernie mocni i ambitni i wlasciwie mimo nieustajaco towarzyszacej nam depresji i lekow zawsze "spadamy na cztery lapy" wiem to z doswiadczenia .
Tak na marginesie jesli dojdzie do rozwodu i podzialu majatku walcz o swoje ,ja bylam za ambitna pare rzeczy odpuscilam i teraz juz jest za pozno.I prosze Cie nie boj sie , nie trzeba bac sie na zapas i analizowac .
Glowa do gory KrolewnoZdrewna , Ksieciow na bialych koniach tak po prostu nie ma , sa tylko w twojej wyobrazni.
3 2011-09-27 21:34:28 Ostatnio edytowany przez maszkarada (2011-09-27 21:34:59)
nie widzę w Twojej wypowiedzi żadnego znaku, że byłaś na terapii/ przepracowałaś, co miałaś przepracować/ uczestniczyłaś w niej ze zrozumieniem
jesteś z facetem, którego określasz różnymi ciekawymi inwektywami, ale boisz się, że jak go zostawisz, powróci Ci depresja?
a może boisz się, że powrócisz do swojego chocholego tańca przypadkowego seksu i zatracenia we wszystkim, co znajdzie się pod ręką?
ale tu się nie ma czego bać, to Twój wybór
to nie DDA określa Cię jako człowieka, ale Twoje wybory
ku pokrzepieniu serc - ja nie wróciłam do tej podróży
ba, już wiem, że nie muszę
stoję na kamiennych fundamentach, dała mi je właśnie terapia - wieloletnia i zwana przeze mnie czasami "uporczywą"
Na terapię chodzę od kilku lat. Widzę, że pojednym wpisie można nawet stwierdzić, czy ktoś się leczy czy też nie...a może to zabawa z wróżenia z fusów?:)
Najwięcej pracy musiałam włożyć z walką z depresją- i tu nie było mowy o kompromisach- leczenie farmakologiczne i terapia.
Wracając do tematu- nie boję się samotności...mam pracę, wykształcenie, fakt będę musiała zmienić mieszkanie, ale nie o to chodzi.
Boli mnie fakt, że po latach uwierzyłam, że mój mąż kieruje się wyższymi uczuciami w które nie wierzyłam a tu jednak zonk. Sądzę, że sprawdzał swoje ego, chciał zdobyc kogoś niezdobywalnego.
Obecnie spod płaszcza ucZciwego człowieka wyszła bestia. Czekałam na to tyle lat, aby sobie kolejny raz wmówić , że miłośc to wyimaginowany slogan stworzony dla łatwo wierny mas...a kiedy to już nastąpiło jest mi żal...nie siebie, nie jego ale dziecka. Jak mam mu wytłumaczyć, że schemat się powtarza, że nie będzie teraz fajnie....
Nie wiem o co chodzi z tym facetami. Zawsze byłam osobą wycofaną, nigdy nie odkrywałam swoich kart, byłam lekceważąca, a to działało na nich odwrotnie- przyciągająco.
Reasumując- nie wiem czy mam w sobie na tyle siły aby przechodzić przez całe to bagno związane z rozwodem. Oczywiście nie będę zabiegać o jakąś szansę bo skoro nie ma między nami szacunku to nie widzę sensu wspólnego bytowania, aczkolwiek mamy ułożony pewien system funkcjonowania i jest mi z tym wygodnie. Czy można żyć razem ale osobno? Podzielić się obowiązkami wiecie fifti fifti i i żyć według ścisle określonych reguł?
A może jest to cyniczne?
Napisz coś więcej o mężu, dlaczego sądzisz, że wyszła z niego bestia? Bo dla osoby postronnej czytającej Twój pierwszy post wygląda to tak: kobieta zrobiła facetowi piekło z życia, najpierw go odpychała, raniła, potem wyszła za niego nie wiadomo po co, była zimna, nigdy nie okazywała uczuć, nie mówiła, że kocha, ZDRADZAŁA go i ZMARNOWAŁA mu kawał życia... A on wreszcie ma tego dość, chce mieć jeszcze szansę na ułożenie sobie życia z - wybacz - normalną, ciepłą, kochającą kobietą, a dzieckiem chce się zająć, bo uważa, że Ty nie jesteś dobrą matką, WZOREM dla malucha.
BabaOsiadła czy z tobą jest wszystko ok? ręce opadają z wrażenia,
Ze mną o.k., ja nie szukam pomocy na forum. Piszę Ci tylko, jak to wygląda z punktu widzenia Twego męża. Opisujesz, jak go traktowałaś i czekasz na co? Na pogłaskanie po główce?
Nie szukam pomocy, nie oczekuję oceniania, wybielania siebie itd.
O męzu napisałam głownie w kontekście chęci opieki nad dzieckiem i tylko o małą mi chodzi, boję o jej emocje o to jak zareaguje na nasze roztanie....
Chyba żadne forum nie słuchy ocenianiu tym bardziej jeśli druga strona sobie tego nie życzy:)
Ja Cię nie oceniam. Dla lepszego obrazu Waszej sytuacji chciałam uzyskać informację, co złego robi Twój mąż, że twierdzisz, iż wyszła z niego bestia. Mocne słowa, sama przyznasz.
I tak właściwie nie dość wyraźnie sprecyzowałaś, czego oczekujesz od forumowiczów. Opisałaś całe swoje życie, potem to, jak zachowywałaś się w małżeństwie i nie jesteś pewna, czy masz się rozwieść, czy żyć dalej z mężem pod jednym dachem jak obcy ludzie.
Wiemy już, jak Ty traktujesz męża. Żadna mała dziewczynka nie powinna na to patrzeć. A czy mąż jest złym człowiekiem, czy tylko ma dość tego, co mu zgotowałaś? Jak zajmuje się córką? Jeśli się rozwiedziecie, to na 99% córka zostanie z ojcem. A jeśli Ty ją "dostaniesz", to dasz sobie radę sama? Natomiast jeśli będziecie dalej żyć pod jednym dachem, to jak załatwicie sprawę Waszych drugich związków (bo co, reszta życia w celibacie?)? To są pytania, na które tylko Ty i Twój mąż możecie sobie odpowiedzieć, na forum będą padały różne rady.
I tak jak do katolandu mi daleko, tak niestety musicie przyjąć do wiadomości, że najważniejsza jest teraz córka i musicie zrobić wszystko, by nie wyrosła z niej kolejna młoda kobieta z dysfunkcjami (a jaki wpływ na życie mają rodzice, wiesz sama).
Ok może faktycznie powinnam usystematyzować przekazywane informacje.
Mąż jest świetnym ojcem- i nigdy nie będę tego negować. Większość moim problemow rozwiązałam jeszcze przez ślubem- walka z depresją. Byliśmy parą 3 lata i w tym czasie przez rok brałam leki i chodziłam na terapię. W momencie ślubu mogłam odstawić leki i chodziłam tylko na terapię.Po ślubie odrazu zdecydowaliśmy się na dziecko. Niestety moja ciąża była zagrożona- prawie 9 mcy leżałam w szpitalu. Walczyłam aby utrzymać tą ciążę, ale nieukrywam, że bardzo się od siebie odsunęliśmy. On rozkręcał firmę ja żyłam lekami nad podtrzymanie i kolejnymi krwotokami-ale udało się, mała urodziła się w 8 mc ciąży.
Niestety pojawiły się problemy z wcześniactwem, ciągłe choroby stres. Żyliśmy tylko dzieckiem- tzn. ja
Jak mała miała rok wyjechałyśły do szpitala na prawie 2 miesiące. To była dla nas jedyna szansa- niestety w tym okresie byłam zupełnie sama. Mała miała operację, dzień i noc sama się opiekowałam dzieckiem bo on musiał wyjechać w tym okresie.
Byłam przerażona, zmęczona- w tym okresie schudłam 8 kg. Po powrocie do domu on znowu żył pracą a ja kogoś poznałam. Pisałam już że trwało to 3 miesiące. To ja zakończyłam ten związek. Miałam chore dziecko, sama nie byłam w najlepszej kondycji. Nigdy się nie zakochałam- liczyłam jedynie na chwile zainteresowania, troski.
Mąż o niczym nie wiedział, bo do tej pory nie interesuje go nic oprócz pracy i dziecka. Mąż stał się agresywny, ciągle się kłócimy - a na spokojnie potrafimy rozmawiać jesdynie o dziecku.
To nie jest tak, że zmarnowałam mu życie. Fakt, miałam romans, ale on nei był wynikiem moich fanaberii, chęci zabawy czy skoku w bok- szukałam chyba pocieszenia, czułam się samotna.
Obecnie sytuacja wygląda tak- że dzień bez kłótni jest dniem straconym. Codziennie słyszę:
- nie wiesz
- nie umiesz
- nie znasz się
- to ja mam rację
-nie dyskutuj
- nie ośmieszaj się
itd.
Wiem, że jest wyłącznie, ze mną z powodu dziecka- nie chce go stracić. Sam niejednokrotnie mi mówił, że nie rozwodzi się tylko z powodu dziecka. Więc mu powiedziałam, że to ja złożę wniosek rozwodowy, że się wyprowadzam.
i tak zrobiłam....po tygodniu błagał, żebym wróciła. Że zaczniemy ratować małżeństwo.
Niestety po miesiącu znowu usłyszałam, że żałuje iż nakłaniał mnie do powrotu, ale nie chce się roztać
Czuję się jak w jakiejś chorej komedii....
Ok może faktycznie powinnam usystematyzować przekazywane informacje.
Mąż jest świetnym ojcem- i nigdy nie będę tego negować. Większość moim problemow rozwiązałam jeszcze przez ślubem- walka z depresją. Byliśmy parą 3 lata i w tym czasie przez rok brałam leki i chodziłam na terapię. W momencie ślubu mogłam odstawić leki i chodziłam tylko na terapię.Po ślubie odrazu zdecydowaliśmy się na dziecko. Niestety moja ciąża była zagrożona- prawie 9 mcy leżałam w szpitalu. Walczyłam aby utrzymać tą ciążę, ale nieukrywam, że bardzo się od siebie odsunęliśmy. On rozkręcał firmę ja żyłam lekami nad podtrzymanie i kolejnymi krwotokami-ale udało się, mała urodziła się w 8 mc ciąży.
Niestety pojawiły się problemy z wcześniactwem, ciągłe choroby stres. Żyliśmy tylko dzieckiem- tzn. ja
Jak mała miała rok wyjechałyśły do szpitala na prawie 2 miesiące. To była dla nas jedyna szansa- niestety w tym okresie byłam zupełnie sama. Mała miała operację, dzień i noc sama się opiekowałam dzieckiem bo on musiał wyjechać w tym okresie.
Byłam przerażona, zmęczona- w tym okresie schudłam 8 kg. Po powrocie do domu on znowu żył pracą a ja kogoś poznałam. Pisałam już że trwało to 3 miesiące. To ja zakończyłam ten związek. Miałam chore dziecko, sama nie byłam w najlepszej kondycji. Nigdy się nie zakochałam- liczyłam jedynie na chwile zainteresowania, troski.
Mąż o niczym nie wiedział, bo do tej pory nie interesuje go nic oprócz pracy i dziecka. Mąż stał się agresywny, ciągle się kłócimy - a na spokojnie potrafimy rozmawiać jesdynie o dziecku.
To nie jest tak, że zmarnowałam mu życie. Fakt, miałam romans, ale on nei był wynikiem moich fanaberii, chęci zabawy czy skoku w bok- szukałam chyba pocieszenia, czułam się samotna.
Obecnie sytuacja wygląda tak- że dzień bez kłótni jest dniem straconym. Codziennie słyszę:
- nie wiesz
- nie umiesz
- nie znasz się
- to ja mam rację
-nie dyskutuj
- nie ośmieszaj się
itd.
Wiem, że jest wyłącznie, ze mną z powodu dziecka- nie chce go stracić. Sam niejednokrotnie mi mówił, że nie rozwodzi się tylko z powodu dziecka. Więc mu powiedziałam, że to ja złożę wniosek rozwodowy, że się wyprowadzam.
i tak zrobiłam....po tygodniu błagał, żebym wróciła. Że zaczniemy ratować małżeństwo.
Niestety po miesiącu znowu usłyszałam, że żałuje iż nakłaniał mnie do powrotu, ale nie chce się roztać
Czuję się jak w jakiejś chorej komedii....
Ja tez nie dopatrzylam sie tutaj zadnych oznak bestalstwa. Zwyczajnie zmeczony praca i niezrownowazona zona, mezczyzna, ktory moze jeszcze kocha ale juz chyba ma dosc takiego zycia. Calkowicie zgadzam sie z Baba.
Każdy z was, i Ty, i mąż inaczej reagujecie na trudy codziennego życia i problemy związane z ciążą, wcześniactwem i wychowywaniem dziecka.
Nie każdy posiadł umiejętność opowiadania o swych problemach. Część osób przeżywa te problemy bardzo w środku siebie. Na zewnątrz prezentując obojętność, spod której wychodzą uczucia zniecierpliwienia, złości, rozdrażnienia. Każde z was, miast rozmowy, uciekło w pracę. To też sposób na zapomnienie o kłopotach, zmęczeniu i braku nadziei.
Może najwyższa pora na próbę wzajemnego odczytywania uczuć i zajęcia się tą drugą osobą, miast rozpamiętywania żali, nieudanych chwil i pretensji.
KrólewnoZdrewna, strasznie trudno coś Ci poradzić.
W jednym z postów pytasz czy można życ razem, ale osobno. Mozna, znam wiele takich par, ale nie jest to dobre zycie. Zwykle oboje są pełni goryczy i mają poczucie zmarnowanego życia.
Nie doradzę Ci takiej opcji.
Jeśli chcesz odejść, to odejdź, ale jeśli zdecydujesz się zostać, to pracuj nad sobą i związkiem z mężem.
Jesteś DDA i ma to wpływ na Twoje relacje z mężem. Pragniesz bliskości i jednoczesnie jej unikasz, bo się jej boisz. Masz łatwość "oddalania się", jesteś jak balonik na sznurku, trzeba Cię mocno trzymać bo odfruniesz i nie wrócisz. Nie angażujesz się.
Dzieciństwo było bolesne i zostawiło rany. A ze zranieniami ludzie radzą sobie w dwójnasób. Albo je "zamrażają" tak by NIC nie czuć, albo pozostawiają otwarte, a wtedy każde przypadkowe musnięcie powoduje ból. Mówię tu o ranach emocjonalnych.
Wydaje mi się, że "poradziłaś" sobie ze swoimi zranieniami w ten pierwszy sposób. O tym świadczy tez Twój nick, KrólewnoZdrewna. Żyłaś tak, by niewiele Cię dotykało. Niezdobywalna.
To nie jest zarzut. Nie można miec za złe dziecku, że aby prztrwać zatrzasnęło drzwi za swoją delikatnością i wrazliwością.
Twój mąż był uparty i nieustępliwy. Ignorował Twoje odrzucenie, lekceważenie i wycofanie. Nie przestraszył się tego, że nie powiedziałaś slowa o miłości. Mocno Cię trzymał i nie puszczał. Myślę, że tego chciałaś. A potem....puścił sznurek i mocno się oddaliliście od siebie. Może rzeczywiście się zmęczył, może miał dość tego, że tylko jemu zależy? Nie wiem. Wiem tylko, że trudno żyć z kimś kto jest niezdobywalny. Bo on Cię nie zdobył mimo tego, że został Twoim mężem i ojcem Twojego dziecka. Nie zdobył Twojego serca, Twojej ufności, ani Twojej bliskosci. Nie mów, nie czuj, nie ufaj - tego się uczą dzieci żyjące w rodzinie alkoholowej. I kierują się takim przesłaniem także wtedy, gdy są dorosłe i nie zależą już od rodziców. To często powoduje, że nie udają się im związki. No bo jak być w związku bez słów, uczuć i zaufania?
To taka garść moich refleksji po przeczytaniu Twojej historii.
Piszesz, że przeszłaś terapię w związku z depresją. Nie wiem w jakim stopniu dotyczyła ona DDA.
Jeśli w niewielkim, to moze warto skorzystać z terapii nakierowanej właśnie na to?
Serdecznie Cię pozdrawiam Królewno!