Znamy sie ponad rok. Od miesiaca mieszkamy razem. Wczesniej pomieszkiwalam u niego - weekendy, czasem w tygodniu, wspolne zakupy, obiady, kolacje itd. Na poczatku bylo cudownie, wielkie zakochanie z obu stron. Wciaz sobie powtarzalismy jak do siebie pasujemy, jak super ze sie poznalismy itd. Teraz czasem tez to sobie mowimy ale ja juz w to tak nie wierze. Nie wiem dlaczego. Bardzo czesto jestem smutna. Nie umiem tego opisac. Taki jakis dystans. Nie umiem byc dla niego taka dobra i czula jak kiedys. Moze dlatego ze widze, ze on tego nie wymaga, nie pragnie. Mam wyrzuty sumienia jakies nieopisane. Jakis zal. Moze to przez to ze ja po klotni, sprzeczce sie zamykam. Nie umiem pozniej byc juz taka jak wczesniej, nie umiem zapomniec i wybaczyc tylko wciaz o tym mysle. I narasta we mnie ten zal, blokada. Niby jest wszystko ok, ale cos mi nie gra. Moze czuje sie niekochana? Moj chlopak kiedys byl aniolem. Teraz coraz czesciej cos mu nie pasuje, coraz czesciej jakies uwagi, klotnie. A ja biore wszystko na siebie i po klitni nadal jest mi zle.
Wieczory juz nie sa takie swietne, mile, juz sie tak nie tulimy. Nie wspomne o seksie. Jak jest raz w tygodniu to maks. Kiedys codziennie. Wieczorem mowi, ze rano. Rano wstaje i nic. Wszystko ja inicjuje. Jego inicjacja wyglada tak, ze zartem mowi "umawiamy sie na seks?". Masakra.. Jak juz dojdzie do zblizenia to 10 min i wszystko.
Chcialam sie wygadac a moze ktos cos mi podpowie, zapyta, nakieruje. Bo sama nie wiem do konca o co chodzi. Czy ja wszystko wymyslam, czy moze faktycznie jest zle?